Trudne szczęście
– Ale jak to się rozwodzimy? Maciek, chyba żartujesz?!
Małgorzata spoglądała na męża i nie mogła zrozumieć. Rozwód? Przecież są razem już prawie dwadzieścia pięć lat! Za dwa tygodnie mieli obchodzić srebrne wesele… albo już nie będą? Myśli plątały jej się w głowie. A co z bankietem, gośćmi? Zaproszenia już rozesłane… Wszyscy przyjadą. Cała rodzina się zjedzie. Znajomi co chwilę dzwonią, pytając, co wypada podarować… Ba, niektórzy, jak na przykład najlepsza przyjaciółka, Wiesia, już nawet przesłali prezent. Szkoda, że nie przyjedzie w ciąży i na tym etapie lepiej, żeby nigdzie nie latała. Niech siedzi w domu, zobaczą się innym razem, pewnie jeszcze niejeden tort razem zjedzą. To właśnie Wiesia poznała Małgorzatę z Maćkiem, swoim kolegą z roku. A potem na weselu wykrzykiwała Gorzko!, chowając się za bukiet, którego Małgorzata nawet nie rzucała, bo wolała oddać przyjaciółce.
– Nie rozumiem tylko czemu twój Piotrek tyle zwleka? Taką dziewczynę przegapić!
– Nic się nie martw, Gosiu Wiesia poprawiała fryzurę Małgorzacie. Wszystko w swoim czasie. Jeszcze nie dojrzał. Po co mi surowy mąż? Żeby się znudził przez dwa lata i rozwód był jak w banku? I potem dzielenie majątku, dzieci, psy, bo już mnie cała jego rodzina pokochała? No, dziękuję. Spokojnie poczekam na zbiory.
– No, zaplanowałaś sobie te dwa lata jak operację logistyczną! Małgorzata śmiała się do łez, patrząc jak przyjaciółka zamaszyście poprawia makijaż.
– Ja nie umiem na pół gwizdka! Jak już robić coś, to od razu całość!
– A dzieci, Wiesiu? Od razu cała dwójka? A może nawet trójka?
– Oczywiście! Najlepiej trojaczki, wtedy za jednym razem po sprawie. W mojej rodzinie to norma. No i status Matki Roku gwarantowany! I po co się ograniczać?
– O rany, to brzmi jak plan wyższego szczebla! Małgorzata była niemal pewna, że Wiesia osiągnie wszystko, czego tylko zapragnie.
Tak też się stało, chociaż, jak to w życiu, los potrafi być bardziej przewrotny niż człowiek: Wiesia nie została mamą bliźniąt, tylko… trojaczków. Najwyraźniej niebo naprawdę miało do niej poczucie humoru i pragnęło przetestować jej odporność.
Wiesia poradziła sobie śpiewająco. Rzeczywiście jej mąż musiał się nie raz nagimnastykować z pomocą bo Wiesia działała nie tylko na froncie rodzinnym, ale i dyplomatycznie, nakłaniając go uprzejmie, by gnał przez pół miasta pomagać teściowej z szafą, jeśli chciał na obiad smażone ziemniaki z grzybami. Grzeczność i pragmatyzm cała ona!
Kiedy Wiesia urodziła, dwie babcie i jeden dziadek bo jej ojca już dawno ze świata zabrało byli w pełnej gotowości, by pomagać z maleństwami. Dzięki temu Wiesia odchowała dzieci (chorutkie, przez pierwsze tygodnie w strefie podwyższonego ryzyka!) i, zamiast zaliczyć matczyne wypalenie, zapisała się na studia.
– Zwariowałaś, Wiesiu?! Małgorzata była w szoku. Ty naprawdę masz czas na wszystko?
– A kto się ośmieli postawić trójce dzieci matce złą ocenę? Przynajmniej głowa mi się nie zlasuje na macierzyńskim. Poza tym zostaniesz ekonomistą-prawnikiem w jednym i komu to przeszkadza?
Wiesia dostała dyplom, a potem podjęła swą pierwszą pracę, przekonując szefa, że jej pensja spokojnie starczy na nianię (co w rzeczywistości nie było konieczne, bo babcie radziły sobie świetnie).
– Wiesiu, przecież to ledwo starcza na życie! Co ci zostanie dla siebie?
– Po pierwsze niani nie potrzebuję, a po drugie liczy się doświadczenie. Papier to jedno, a praktyka drugie. Wolę przez dwa lata wyżyć na minimum, a potem sama wybrać, gdzie pójdę dalej. Wolność!
Małgorzata patrzyła na Wiesię i nie mogła się nadziwić, jak ona to robi: nie pada na nos, nie narzeka, nie stoi w miejscu jak Małgorzata. Odkąd pamiętała, Gosia miała kłopoty z podjęciem decyzji nawet wybór rajstop do przedszkola urastał do tragedii.
– Ale jak coś postanowisz, to już. Jesteś taka solidna. Ja jestem jak mucha w słoiku! pocieszała ją Wiesia. Jesteś konserwatystką, Gosiu. A konserwatyści to najbardziej niezawodni ludzie na świecie.
Niezawodni… Tak, tylko co z tego? Małgorzata czuła, że Maciek docenił jej niezawodność jak nogę w drzwi. Po tylu latach? Po co? Przecież dogadali się już z faktem, że nie będą mieli dzieci i nauczyli się tym żyć. Małgorzata przez jakiś czas pracowała jako wolontariuszka w domu dziecka, ale bardzo szybko zrozumiała, że nie umiałaby pokochać cudzego dziecka. Chyba nie chodziło o pieniądze czy brak sił, lecz o obawę, że nie zostanie matką taką, jak trzeba. Nawet nie umiała zdefiniować, jak trzeba, ale coś jej mówiło, że to wymaga innego serca niż tylko chęci.
– Jeszcze nie spotkała pani swojego dziecka tłumaczyła jej dyrektorka domu dziecka, pani Barbara. Jak swojego zobaczycie to od razu zrozumiecie. Nic was wtedy nie zatrzyma.
– A jeśli jednak nie? Jeśli nie jestem stworzona do bycia matką? Małgorzata układała prezenty na stołach, byle tylko nie patrzeć na dzieci biegające w kółku wokół choinki.
– Trudno, nie każdemu się udaje. I lepiej tak, niż jakby pani przez litość zabrała dziecko, a potem nie uniosła tego ciężaru. Napatrzyłam się tutaj, jak oddaje się dzieci drugi raz. Odwagi niech pani nie brakuje, by powiedzieć sobie nie.
Ta rozmowa wprowadziła Małgorzatę w taki dołek, że o mało nie zaczęła wyrabiać papierów na chłopca, Michała. Na szczęście Wiesia powstrzymała ją jak umiała:
– Jesteś pewna, że potrafisz kochać? Jeśli masz choć cień wątpliwości odpuść. To dziecko, nie rzecz. Chcesz wypróbować? Przyjedź do mnie i pouważaj na moją trójkę zobaczysz, czy być mamą to twój temat.
Małgorzata nie skorzystała z tej oferty. Od tej pory pomagała na odległość, a o Michale myślała często. Stał się dla niej symbolem tego, że w życiu trzeba postępować tak, by nikogo nie skrzywdzić.
Małgorzata otuliła się ramionami. Zimno… Chociaż przecież ledwie jesień, a ogrzewanie już grzeje. Co ona teraz powinna zrobić? Może pomóc Maćkowi się spakować? Ciepłe rzeczy też? Teraz niby jeszcze nie ma zimy, ale w Polsce lato zawsze jest krótkie i zaraz trzeba wyjmować szalik. To nie to, co u mamy pod Poznaniem, gdzie zima ledwie udaje, że jest! Tam Małgorzata nie znała, co znaczy marznąć… przez całą zimę cienka kurteczka wystarczała.
Nagle uświadomiła sobie, czego jej teraz najbardziej trzeba: do mamy. Zniknąć z nią w górach na kilka dni, żadnych ludzi, żadnych rozmów, sama wolność… Tylko mamy już nie było. I Maćka wkrótce też nie…
Ale jej niepotrzebna ta cała wolność. Potrzebuje męża obok. Żeby wszystko było po staremu: kawa do śniadania i w środku nocy, rozmowy do rana, po prostu bo się nie śpi. Wypady do teatru albo za miasto nigdy nie byli mistrzami planowania, zawsze wszystko działo się nagle i bez wyraźnego powodu. Maciek potrafił zadzwonić w środku dnia i powiedzieć:
– Gosia, co robisz?
– Zapracowana! Dwa spotkania rekrutacyjne i potem bank.
– To zostaw to wszystko. Jedziemy do lasu?
Małgorzata rzucała wszystko i już godzinę później szli razem przez las, nawet nie musieli rozmawiać, było po prostu… dobrze.
Tylko że takie dobrze zostało już za nią. Teraz to przeszłość. Zapamięta to Maćkowi pewnie szybko ułoży się przyszłość z nową kobietą, która czeka z dzieckiem… Dzieckiem! Czy to rzeczywiście tylko o dziecko chodziło, całe te lata? A może po prostu całe ich małżeństwo to była jedna wielka iluzja? Pierwsze Małgorzata jakoś mogła zaakceptować, ale drugiego nie. Bo co z niej za kobieta, jeśli przez tyle lat nie potrafiła uczynić jednego mężczyzny naprawdę szczęśliwym?
Stała przy oknie kuchennym, tuląc wychudzone kolana do rozgrzanej kaloryferów i zmuszała się do ruchu. Słyszała jak Maciek chodzi po mieszkaniu, otwiera szuflady, trzaska drzwiami. Aż potrząsnęło ją tak, że doniczka z jedyną rośliną w mieszkaniu prezent od Wiesi przesunęła się na skraj parapetu. Gdy wreszcie zatrzasnęły się drzwi wejściowe, Małgorzata rozluźniła dłonie i opadła na parapet, jakby chciała go skruszyć. Potem wyprostowała się, zrzuciła doniczkę na podłogę i wrzasnęła na całe gardło.
Wcale nie było jej lżej. Ziemia z walającymi się kawałkami ceramiki dziwnie ją ocuciła. Akurat: czarno… Wszystko teraz jest czarne, nic jasnego już nie będzie. Nie ma już światła odeszło, właśnie zamknęło drzwi i zostawiło ją samą jak palec. Zostało tylko po omacku bo punktów orientacyjnych brak.
No, prawie…
W końcu oderwała się od grzejnika, przeszła przez odłamki, nie zwracając uwagi na piekący ból w poranionej stopie, dotarła do sypialni i chwyciła telefon z ładowarki.
– Wieeeeesiaaaa…
To nie był płacz raczej skowyt rannego zwierza wyrywający się z głębi. Więcej już nic nie zdołała powiedzieć, ale Wiesia nie potrzebowała więcej słów. Zrozumiała od razu.
– Maciek odszedł?
– Taaak…
– No jasne. Przygotuj się, jutro jestem u ciebie.
– Zwariowałaś?! Małgorzata natychmiast się ocknęła na dźwięk tego jej rzeczowego tonu. Nie wolno ci! Przecież jesteś w dziewiątym miesiącu! Jak coś się stanie, nie wybaczę sobie…
– Wiedziałaś?
– Miałam przeczucie. Ostatnio, jak byliście u mnie, Maciek nawet nie umiał na mnie spojrzeć. Teraz wszystko się układa. Gosi, uwierz, będzie lepiej…
– Lepiej? Nie mam już nic! Nic… Całe życie poszło się… wiesz gdzie.
– Kup sobie sukienkę.
– Co proszę? aż upuściła telefon.
– No, to co słyszałaś. Tę krwistoczerwoną, na którą i tak żałowałaś pieniędzy. Kup ją. Zaraz. I potem mi pokaż na zdjęciu. Nie siedź w domu, nie zawodź. Potem wsiadaj w pociąg albo samolot, przyjedź do mnie idziemy w góry.
– Do gór?! Wiesia, przecież ty zaraz rodzisz!
– I co z tego? W hotelu z łazienką się zatrzymamy. Niedaleko. Potrzebuję tego równie mocno. Piotrek na zawodach, a dziewczyny na obozie. Jak nie teraz, to w ogóle. Dawaj numer lotu za pół godziny, nie stresuj ciężarnej!
Rozłączyła się, a Małgorzata gapiła się na komórkę w osłupieniu. Co robić?
Odpowiedź nasunęła się sama. Małgorzata podeszła do lustra. To ona: nie dziewczynka, ale też nie staruszka. Żałować się nie wolno! To nie czas na pogrzebanie żywcem! Jeśli Maciek myśli, że ona zaszyje się w czarnej rozpaczy niedoczeka się. Wiesia ma rację.
Przebiegła palcami przez włosy, wytarła oczy, wyprostowała się. Czas działać. Jeśli teraz usiądzie, to już z tego nie wstanie.
Telefon w ręce parę kliknięć i wszystkie plany na najbliższe dni anulowane. Dwa telefony, restauracja odwołana. Gotowe.
Małgorzata sięgnęła po miotłę jakby nie miała dwóch odkurzaczy, jak u porządnej Polki! Posprzątała kuchnię, wazony powynosiła. Doniczkę kupi potem.
Sukienka leżała jak uszyta na miarę. Czerwień wołała z daleka w końcu, na wyrazie uczuć zrobiona! Kiedyś Małgorzata wybierała stonowane beże, żywsze barwy zostawiała Wiesi. Teraz to się zmieniło. Może nie jest aż taka niewidzialna, jak kiedyś myślała?
Nie. Lustro pokazywało zupełnie inną kobietę… Zmęczoną? Na pewno. Ale nie złamaną.
Lot był z przesiadką, co nawet jej nie przeszkadzało miała czas oderwać głowę od smutku.
Wyjazd się udał. Z Wiesią zwiedziły wszystkie ścieżki wokół hotelu dużo rozmawiały i śmiały się, czasem milcząc długo. Małgorzata czuła, jak powoli puszcza.
– Wróć do siebie, Gosiu. Po co siedzieć samej? Interesy? W nowym mieście aż się prosi otworzyć kolejny dziecięcy klub. Możesz mieszkać z tatą albo blisko, i doglądać. On ostatnio często choruje, przyda się mu pomoc. Przemyśl.
Małgorzata przemyślała i uznała: Wiesia ma rację.
Rozwód, sprzedaż mieszkania, samochodu, załatwienie formalności w sprawie działalności. Próbowała odsunąć emocje na bok. Kilka razy musiała spotkać się z Maćkiem, ale potem wywaliła go z kontaktów i kazała samej sobie zapomnieć o byłym mężu.
Nowy etap zaczęła w Poznaniu wśród kwitnących jabłoni i pierwszych promieni ciepłego słońca. Nie zamieszkała z ojcem, wolała kupić mieszkanie w sąsiedztwie. A wszystko dlatego, że skromna i pogodna kobieta, która otworzyła jej drzwi u ojca, dała Małgorzacie do zrozumienia, że miłość nie ma wieku. Lubiła i akceptowała Ludwikę nową partnerkę taty bo widziała, jak błyszczą ojcu oczy. Lepiej, żeby nie musiał spędzać starości samotnie.
– Twój tata to jeszcze całkiem przystojniak, Gosiu śmiała się Ludwika i spoglądała na Małgorzatę z czułością. Miłość istnieje czasem trzeba tylko poczekać i nie zamykać się w sobie.
Może i dla niej życie ma jeszcze jakąś niespodziankę?
Rok minął bez echa. Dwa otwarte dziecięce centra pełne wrzasku i śmiechu. Poza tym odważyła się w końcu na psa, o którym marzyła od lat. Wieczorem jednak czasem dopadał ją żal, że życie nie potoczyło się inaczej. Przychodziła wtedy ciemność i marzyła, żeby Maciek przeszedł przez kuchnię z pytaniem Gosia, co ci? Pogadamy? Zrobię ci herbatę?
Nie potrafiła się przestawić Maciek wciąż siedział gdzieś w zakamarkach jej duszy.
Nawet urzędowe perypetie były miłe okazja, by ruszyć się z miejsca.
Wszystko załatwiła w ciągu dnia. Miała jeszcze trochę czasu do pociągu powrotnego, więc powłóczyła się po mieście. Przeszła się pod dawny dom. Po dziecięce centra jedno zostało, drugie ktoś zamknął, nie wytrzymał presji rynku. Pilnowane przez młodego chłopaka pełne było dzieci a on, udając niedźwiedzia, rozśmieszał je do łez. Dobre miejsce. Dobry facet.
W końcu poszła przez park. Usłyszała znajome huczenie fontanny. Wtedy go zobaczyła siedział na ławce, pchał wózek. Serce Gosi zabiło mocniej. Dopiero po chwili poznała Maćka. Zbladł, jeszcze bardziej, niż pamiętała. Starszy się zrobił wyraźnie: głowa prawie siwa, jeszcze bardziej zgarbiony. Siedział nienaturalnie, zupełnie jakby próbował się zwinąć w kłębek.
Miała ochotę cofnąć się do tyłu, odejść, udawać, że nie widzi… Ale nie mogła. Zna Maćka jak własną kieszeń. Wiedziała, co powiedzieć, jak pocieszyć jeśli tylko jej pozwoli.
– Maciek…
Drgnął i opuścił głowę.
– Cześć, Gosiu.
Usiadła obok pytając głupio, aż ją skręciło z wstydu.
– Jak tam?
– Słabo, Gosiu. Bardzo słabo.
– Dlaczego?
Bo jestem sam. Jestem nieprzystosowany. Straciłem wszystko dobre przez jeden przypadek.
– Ty bredzisz spojrzała na niego przenikliwie. Masz wszystko więcej niż ja.
Wskazała brodą na wózek.
– Chłopiec czy dziewczynka?
– Córeczka. Ewa.
– Masz młodą żonę, masz córkę czego ci więcej do szczęścia trzeba?
– Nie mam żony, Gosiu. Basia… nie żyje. Poród był trudny.
Małgorzata zaniemówiła. Przestało mieć znaczenie, że to Basia rozbiła jej małżeństwo. Jedyne, co poczuła, to żal do tamtej dziewczyny, która próbowała szczęścia. A Maciek, ledwie pchając wózek, bał się nawet spojrzeć na śpiącą Ewę.
Siedzieli w ciszy długo. A potem, gdy rozmawiali, długie miesiące niewypowiedzianego nagle wylewały się lawiną aż Ewa się obudziła, zerknęła na nich, na lampy w parku i rozgwieżdżone niebo.
Małgorzata spojrzała na dziewczynkę i nagle wyraźnie usłyszała głos Barbary: Jak zobaczysz swoje dziecko, wszystko zrozumiesz, Gosiu!
Pół roku później Małgorzata spotkała się w gabinecie pani Barbary z czarnowłosym, poważnym Michałem.
– Wiesz, dlaczego tu przyszłam?
– Po mnie.
– Chciałbyś ze mną zamieszkać?
– Nie wiem. Nie sądzę, żeby pani mnie zabrała.
Patrzył na nią spokojnie. Ledwie zalśniła iskierka w oczach, gdy Małgorzata pokazała zdjęcia.
– To pani mąż?
– Tak.
– A to pani córka?
– Nie, Michałku. Nie moja.
Iskierka zapłonęła mocniej, a Małgorzata nie pozwoliła jej zgasnąć.
– Ewa nie jest moją córeczką, ale będę dla niej mamą. I dla ciebie, jeśli się zgodzisz.
– Odda mnie pani.
– Dlaczego?
– Tak robią.
– Ja nie wszyscy. Wiesz, dlaczego?
– Nie.
– Bo wiem, jak to jest stracić wszystko. I wiem, co oznacza, gdy nie masz nikogo.
– Wiem…
– Wiesz, kim jest mama, Michał?
– Nie.
– To ta osoba, która już nigdy nie pozwoli, by jej dziecko cierpiało.
– Bo pani mnie żal?
Małgorzata spojrzała mu w oczy długo.
– Nie. Chcę cię kochać. By ci było dobrze. I by Ewa miała starszego brata, który będzie ją chronić. Jak myślisz uda nam się?
Michał spojrzał na Małgorzatę. Była piękna, uśmiechała się lekko choć widać było, że bywa jej smutno. Czerwonej sukienki nie dało się nie zauważyć dotknął rękawa, chcąc się upewnić, że to nie tylko sen.
– Podoba się?
– Bardzo.
– Mnie też. Kupiłam ją, gdy wszystko się zawaliło, i od razu zrobiło mi się lepiej.
– Mnie też się podoba.
– Michałku, my nie będziemy próbować. Po prostu będziemy to robić. Na całego. Ja cię więcej nikomu nie oddam. Ale pomóż mi, proszę. Bo ja sama się tego wszystkiego uczę bycia mamą. Dla ciebie i Ewy. Spróbujesz?
Michał przytaknął powoli i Małgorzata po raz pierwszy od dawna odetchnęła.
Dwa lata później gęsiego maszerowała po górskich szlakach nowa rodzina: chuderlawy, czarnowłosy nastolatek pilnował zwinnej, wiecznie uciekającej Ewy.
– Ewa, wiesz, że w lesie są wilki…
– Nie ma!
– Są! I niedźwiedzie! Duże i bardzo głodne!
– Bo ich mama nie gotuje kaszy?
– Może nie umie?
– Nasza umie.
– To niech tamtym też ugotuje.
– Mamo! Ewa aż przystanęła. Niedźwiedzie nie lubią z grudkami!
– A ty, spryciulo! Małgorzata złapała Ewę na ręce i pocałowała w nos. To ty nie lubisz, a niedźwiedzie by się nawet z grudami nie obraziły.
– To daj im moją jutro powiedziała rezolutnie.
– Z miodem, który kupiłam wczoraj też oddać?
– Coś ty! Sama lubię ten miód. Ale jak chcesz, to dokarmimy wszystkie leśne stwory.
– Tylko potem nas nie wypuszczą z hotelu skwitował Michał.
A Małgorzata złapała go za rękę i spojrzała córce w oczy.
– Ewa, potem im ugotuję tę najlepszą kaszę na świecie, dobra?
– Dobra! zgodziła się Ewa, a wszyscy roześmiali się na cały las.
Śmiech śmigał echem po polanie, niosąc się w złote słońce. Dzień nad górami dopiero się zaczynał i był jasny.


