To tylko próba, nic więcej!

Mogłabym tak, tylko spróbować…
„Nas nie wliczajcie do wspólnego budżetu. Przywieziemy swoje” – napisała Magdalena w czacie. – I ogólnie jesteśmy na diecie, jemy jak wróbelki…

I to był pierwszy dzwonek.

Ania siedziała w autobusie, trzymając telefon w jednej ręce. Drugą przyciskała do siebie obszerną torbę. Przeczytała wiadomość dwa razy. Może tylko jej się wydawało? Wiadomość była uprzejma, ale… jakby ktoś już wcześniej kopał tunel, szukając luk.

Czat dotyczący majowego wyjazdu ciągle migotał w powiadomieniach. Niedawno dołączyli tam nowi ludzie. Marek i Magdalena byli znajomymi Kamila, a on był szanowanym i sprawdzonym, od dawna w ich grupie, więc nikt nie miał wątpliwości.

Atmosfera była ciepła i przyjazna. Wszyscy mieli gdzieś po trzydzieści lat. Dorośli, odpowiedzialni, zorganizowani, ale z poczuciem humoru. Znali się od dawna, więc w grupie było wiele niepisanych zasad. I każdy miał swoją rolę.

Kamil wprowadzał nowych. Ania zajmowała się organizacją spotkań i wyjazdów. Już przygotowała listę uczestników, zaproponowała trasę, umówiła wynajem domków nad jeziorem – z werandami, altaną i nawet porządnym prysznicem. Wszyscy się zgodzili, zaczęli omawiać zakupy. Na liście były kiełbaski, grzyby, węgiel, ketchup, wino.

I nagle pojawiło się to:

„Nas z Markiem nie liczcie – napisała Magdalena. – Jesteśmy na diecie, gotujemy sobie osobno. Nic nam nie trzeba.”

Ania odpowiedziała neutralnie: „Ok, jak uważacie”. I odłożyła telefon.

Generalnie – to nie problem. Może ktoś jest na zdrowej diecie, ktoś na keto. Niech nawet ładują wodę według faz księżyca. W grupie był już gość, który nigdy nie dokładał się do mięsa, bo był zapalonym wegetarianinem. Ale za to zawsze przywoził więcej warzyw niż mógłby zjeść, a jego wege-szaszłyki z grilla były tak dobre, że nie sposób było się oderwać.

Więc dziwactwa – to codzienność. Ważne, żeby ludzie byli fair i uczestniczyli. Ale dlaczego to „nas nie liczcie” wywołało u Ani ciarki? Coś w tej frazie było… śliskie. Postanowiła jednak nie wyciągać pochopnych wniosków.

W dzień wyjazdu pogoda była bajkowa. Ciepło, świeżo, lekki wietrzyk. Wszyscy stawili się na czas, niczego nie zapomnieli, nawet nie musieli wracać po sztućce, deseczkę czy korkociąg. Zapach sosny i orzeźwiające powietrze szybko poprawiły wszystkim humory.

Zamieszkali w domkach, rozpakowali się, niektórzy od razu poszli rozstawiać grilla.
Magdalena i Marek dojechali pod wieczór, gdy większość spraw organizacyjnych była załatwiona. Ich „własnym” okazała się torba z małym blokiem sera, kilkoma pomidorami, paczką ryżowych chlebków i dwiema butelkami piwa. Ania zerknęła, gdy wyjmowali swoje zapasy, i pomyślała: „Na wieczór – może. Ale na trzy dni?”

Usiedli na ławce, początkowo z boku. Zjedli swój ser, stuknęli się butelkami, trochę pozowali do zdjęć na tle zachodu. Potem powoli zaczęli podchodzić do reszty. Po pół godzinie Marek już stał przy grillu.

„Co tu tak pachnie? Kiełbaski? Oj, z wami na diecie ciężko wytrzymać” – zaśmiała się Magdalena, przysuwając się bliżej.

Ania spojrzała na Kasię obok. Ta lekko wzruszyła ramionami. No cóż, nie wygonisz, trzeba poczęstować. W ich grupie nie było w zwyczaju robić komuś przykrości, zwłaszcza nowym.

Do nocy Magda i Marek jedli i pili ze wszystkimi jak starzy znajomi. Śmiali się, opowiadali kawały, śpiewali przy gitarze. I trzeba przyznać – byli sympatyczni, wyluzowani, nie próżni. Nie wywierali złego wrażenia. Ale Ania miała dziwne uczucie, że zostali wykorzystani.

Zasnęła z tym niepokojem. Nie z żalem, bo żalu nie było. Tylko gdzieś zrodziło się pierwsze ziarno irytacji. Rodzice zawsze uczyli ją: jeśli chcesz być częścią drużyny – graj fair i pokaż swoje karty. Ale Marek z Magdą weszli do gry, trzymając swoje asy w rękawie. A wygrane dzielili ze wszystkimi.

Już wtedy, tej pierwszej nocy, Ania pomyślała: „Jeśli się to powtórzy – trzeba będzie coś zrobić”. I ta myśl ją zestresowała, bo jakoś głupio było wychowywać nie dzieci, a dorosłych. Spróbowała jednak otrząsnąć się z negatywnych emocji. Przyjechali tu odpocząć, nie wglądać w cudze talerze. Na razie to tylko jednorazowy incydent.

Ale, jak pokazały kolejne wyjazdy, to nie była tylko dziwaczna fanaberia. To był sprytny sposób, żeby żyć na cudzy rachunek.

„Znowu się sk„Znowu się zrzucacie? No to my jak zwykle – będziemy ze swoimi sałatkami” – zaśmiała się Magdalena w wiadomości głosowej, a w tle słychać było, jak Marek krzątał się w kuchni, pewnie krojąc kolejny kawałek sera.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 − trzy =

To tylko próba, nic więcej!