**Dziennik Anny**
Byłam zajęta smażeniem kotletów, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Zamierzałam wyjść z kuchni, by otworzyć.
— Mamo, to do mnie — zatrzymał mnie głos córki. — Ja otworzę.
— No dobrze. Skąd miałam wiedzieć…
— Po co stoisz? Wracaj do swoich kotletów — rzuciła rozdrażniona, odwracając się od drzwi.
— Co znaczy „swoich”? Kupiłam mięso w „Kulinarnym Raju”…
— Mamo, zamknij drzwi — przewróciła oczami.
— Mogłaś od razu tak powiedzieć. — Wróciłam do kuchni, lekko zatrzaskując drzwi. Podeszłam do kuchenki, zgasiłam gaz pod patelnią. Stałam chwilę, zdjęłam fartuch i wyszłam.
W przedpokoju Kasia wkładała kurtkę. Obok stał Marek, jej kolega, patrząc na nią rozmarzonym wzrokiem.
— Dzień dobry, Marku. Dokąd się wybieracie? Zostalibyście na obiad.
— Dzień dobry — uśmiechnął się, ale spojrzał pytająco na Kasię.
— Śpieszymy się — odparła, nawet na mnie nie patrząc.
— Może jednak zostaniecie? Wszystko gotowe — nalegałam. Marek się zawahał.
— Nie! — warknęła Kasia. — Idziemy. — Wzięła go pod rękę i otworzyła drzwi. — Mamo, zamkniesz?
Podeszłam do drzwi, ale nie zatrzasnęłam ich do końca. Słyszałam rozmowę na klatce.
— Czemu tak do niej mówisz? Pachnie pysznie, ja bym nie odmówił.
— Chodźmy. Zjemy w barze. Mam dość jej kotletów — mruknęła Kasia.
— Jak mogą się znudzić? Uwielbiam kotlety twojej mamy, mógłbym je jeść codziennie — odpowiedział Marek.
Nie dosłyszałam odpowiedzi Kasi. Głosy oddalały się.
ZamknęGdy Anna zamknęła drzwi i spojrzała na swoją rodzinę przy stole, zrozumiała, że czasem trzeba odpuścić, by na nowo nauczyć się być dla siebie ważna.



