– On i tak nie ma szans na przeżycie – powiedziała żona obcym, zimnym tonem. – Przyjedź sam i porozmawiaj z lekarzem, jeśli mi nie wierzysz. Tam są pielęgniarki, wszelkie warunki. W końcu nie na darmo wymyślono opiekę paliatywną, wszyscy tak robią…
Irek urodził się dwa miesiące przed terminem, od razu trafił na intensywną terapię. Na początku nic nie mówiono, później pojawiła się nadzieja – sam zaczął oddychać, przybierał na wadze. Gdy wyszedł ze szpitala, wciąż był taki malutki, że Franek bał się go brać na ręce, żeby przypadkiem nic mu nie zrobić. Ale gdy Irek budził się i cicho płakał w nocy, Iwona nie wstawała do niego, więc Franek musiał jakoś się dostosować. I do lekarzy Iwona nie chciała go prowadzać, mówiąc, że to przez lekarzy tak się stało, bo przecież robiła wszystkie badania i USG, mówili, że wszystko jest w porządku. A czy to jest w porządku? Trzy miesiące, a on nawet głowy nie trzyma.
Franek sam zapisywał się do lekarzy, słuchał niezrozumiałych słów, od których język mu drętwiał, oddawał z synem badania, za każdym razem dziecinnie zamykając oczy, gdy pielęgniarka próbowała znaleźć żyłę. W końcu trafił do genetyków w centrum wojewódzkim, którzy wyjaśnili, że Irkowi można pomóc, ale potrzebne są specjalne leki. Dlatego Franek pojechał do pracy za granicą – kolega dawno go namawiał, tam dobrze płacili, ale Iwona ciągle go nie puszczała. Teraz nie było wyjścia. I wyjechał. Myślał, że syn jest z Iwoną i wszystko jest w porządku, a tu się okazało inaczej. Babcia nic mu nie mówiła, choć czuł, że coś przed nim ukrywa.
– Wszystko dobrze, synu, pracuj – powtarzała.
Okazało się, że cały czas to właśnie babcia chodziła do szpitala do Irka – rozmawiała z nim, smarowała kremem przeciw odleżynom, robiła masaż. Iwona wyszła do pracy, a jemu nic nie powiedziała. Przyznała się tylko wtedy, gdy Franek powiedział, że przyjedzie na miesięczny urlop.
– Iwona, to przecież nasz syn! – oburzył się. – Jaka opieka paliatywna, po co ja pracuję? Przecież lekarz powiedział, że leki…
– Jakie leki! – krzyknęła Iwona. – Widziałeś go w ogóle? Nie było cię tu pół roku, więc nie mów mi, co i jak mam robić! Jestem jeszcze młoda i chcę żyć dla siebie. A dziecko można inne urodzić. Nie chcę, jak matka, całe życie zmieniać pieluch!
Młodszy brat Iwony miał dziecięce porażenie mózgowe, i gdy się poznali, Franek był pod wrażeniem, jak delikatna i subtelna Iwona dźwiga brata, sadza go na wózku i czyta mu książki. To właśnie dlatego ją pokochał. Tylko że Iwonie chyba wystarczyło miłości tylko dla brata.
– Jeśli nie zabierzesz syna do domu, złożę pozew o rozwód – zagroził Franek.
– No, to składaj! Straszenie mnie! Przetrwałam jakoś bez ciebie do tej pory, i dalej przetrwam.
Nie sądził, że naprawdę odejdzie. Ale Iwona odeszła, jeszcze zanim przyjechał, już jej nie było. Klucze do mieszkania oddała jego babci, która już dawno się domyślała, tylko Franiowi nic nie powiedziała – przez te pół roku Iwona znalazła kogoś, do kogo mogła się przeprowadzić.
– Nie martw się, synu, damy radę. Pomogę ci z Irkiem, tylko musisz poszukać tutaj pracy – sama z nim nie dam rady.
Franek sam to rozumiał – babcia dawno chorowała, sama potrzebowała opieki, tylko że nie mógł jej spłacić, nie mógł się rozdzielić na dwie części.
Franka wychowywała babcia. Matka, całkiem udana piosenkarka, przywiozła go do babci na miesiąc, ale nigdy nie zabrała. Przesyłała pieniądze regularnie, dopóki chodził do szkoły, a potem, widocznie, stwierdziła, że wystarczy, sam sobie poradzi. W młodości Franek myślał, że mama go kocha, tylko życie ma trudne: koncerty, nagrania, fani… Pojechał nawet sam na jej koncert – kupił ogromny bukiet róż, marzył, jak jej go wręczy, jak ją rozpozna i ucieszy się, powie prosto ze sceny – to mój syn!
Ale wszystko poszło nie tak: najpierw długo go nie zauważała, w końcu wzięła bukiet, nawet nie patrząc, i rzuciła go gdzieś w kąt. A przecież Franek prawie całą wypłatę wydał na ten bukiet. Po koncercie z trudem przedostał się za kulisy, próbował wyjaśnić, że jest jej synem, ale matka nie chciała go wpuścić. Kazała przekazać, że jest zmęczona, i że oddzwoni. Czekał na jej telefon miesiąc, nie odchodził od telefonu. Ale ona nigdy nie zadzwoniła.
Teraz już o niej nie myślał, a gdy słyszał jej piosenkę w radiu, natychmiast przełączał, choć kiedyś znał je na pamięć. Babcia była mu i ojcem, którego nigdy nie poznał, i matką. A teraz dla Irka też stała się matką – opiekowała się nim jak mogła, a Franek dostał pracę z normalnymi godzinami, aby babcia nie musiała się przemęczać. Iwona nawet nie dzwoniła, gorsza od jego matki – ta przynajmniej czasem udawała, że ma dziecko.
– Franku, miałam dziś taki intensywny sen – opowiedziała pewnego dnia babcia. – Twój dziadek, niech spoczywa w pokoju, prosił, bym przyniosła mu wody ze studni. Mówię – jak mam nieść, gdy moje nogi nie chodzą! A on mówi – tutaj wszyscy chodzą. Patrzę, a pod nogami trawa taka – zielona-zielona! I miękka jak puch. Idę po niej, a nogi same suną i nawet nie bolą! Nabrałam wody i patrzę do tej studni. Widzę cię w garniturze i krawacie, a obok taka ładna dziewczyna, z dołeczkami na policzkach. W welonie. Czuję, że to sen proroczy – znajdziesz sobie dobrą żonę, nie taką lekką jak tamta!
– Babciu, jaka żona! Jeśli własna matka nie chciała się opiekować Irkiem, kto się zgodzi?
A następnego dnia babcia się nie obudziła. Sen proroczy, widocznie, był, tylko nie o tym – teraz to ona przynosi wodę dziadkowi, a nie małemu Irkowi.
Co teraz robić, Franek nie wiedział. Matka pomogła z pogrzebem, nawet sama przyjechała, ale mimo wszystko musiał ponieść wydatki, prosić ją o pieniądze byłoby wstyd. Lecz po kilku tygodniach matka sama zadzwoniła i powiedziała:
– Znalazłam opiekunkę dla twojego syna. Będę jej płacić, nie martw się.
Taka hojność zaskoczyła Franka, chciał najpierw odmówić, powiedzieć, że nic od niej nie chce, ale zmienił zdanie – nie czas na dumę, gdy kończą się lekarstwa.
Czemuś spodziewał się doświadczonej kobiety, takich w szpitalach widział wiele, gdy zajmował się Irkiem, wszystkie podobne były do jego babci z młodości – energiczne, proste, znające się na rzeczy. Ale najwyraźniej matka postanowiła i tu zaoszczędzić – przysłała jakąś absolwentkę, dziewczyna od razu przyznała, że to jej pierwsza praca.
– Nie martw się, przeszłam specjalne kursy i wszystko umiem – powiedziała pewnie, ale jej głos drżał.
Mógł zadzwonić do matki i powiedzieć, że taka młoda dziewczyna nie poradzi sobie z Irkiem, ale nie chciał z nią rozmawiać. Franek postanowił więc poczekać, może te kursy jednak coś dają.
Dziewczyna miała na imię Marysia. Dzwoniła do niego co pół godziny.
– Panie Franku, to normalne, że czkawka go męczy?
– Proszę go przytrzymać pionowo. I do plecków coś ciepłego przyłożyć, ręcznik można rozgrzać na żelazku.
– Panie Franku, tak ciężko oddycha, boję się!
– Marysiu, inhalator, przecież mówiłem…
I tak w kółko.
Ale po dwóch tygodniach zaaklimatyzowała się i wydawało się, że lepiej sobie radzi. Franek musiał jednak znaleźć inną pracę – godziny pracy miała do szóstej, a on musiał jeszcze zdążyć wrócić. Zatrudnił się na budowie, tam był elastyczny grafik, ale wszystko na czarno. Obiecywali dobrze zapłacić, ale kiedy…
Weekendy Franek spędzał teraz z synem – panna ta, nawet za dodatkowe wynagrodzenie, nie mogła pracować w weekendy, chińskiego uczyła się, widzicie. Opowiadała, że chce pojechać na staż do Chin, studiować akupunkturę. Była ta Marysia śmieszna, naiwna, nie tak jak jego babcia – ta zawsze wierzyła telewizji, a tamta internetowi.
Na urodziny Irka, Marysia przyjechała także w dzień wolny – przywiozła mu balonik, bardzo je lubił, i samodzierżawne ubranko. Franek był wzruszony i zaprosił ją na herbatę – kupił ciasto na tę okazję. A potem wszyscy razem poszli na spacery – ubrali Irka w nowy strój, włożyli do wózka i przywieźli mu balon, żeby mógł na niego patrzeć. Franek wiedział, że do następnych urodzin syn mógłby nie dożyć, i od tego tak trudno było oddychać. Ale w tamtym momencie, gdy prowadził go po słonecznej ulicy, a balon próbował unieść się w górę, poddając się lekkiej jesiennej bryzie, czuł się dobrze.
Ingi nie zauważył od razu, dopiero gdy zatrzymali się na przejściu dla pieszych, zobaczył jej wymalowaną twarz. Obok stały podobne koleżanki, wyglądało na to, że szły na jakieś wydarzenie. Iga jej nie zauważyła od razu, a jej twarz błyszczała i była w plamach. Odwróciła się, coś powiedziała swoim znajomym i pospiesznie przeszła na drugą stronę ulicy.
– Kto to? – spytała Marysia, zauważywszy jego napięty wzrok.
Franek powoli wypuścił powietrze z płuc i odpowiedział:
– Nikt.
– To dobrze – stwierdziła i uśmiechnęła się.
Nigdy wcześniej nie widział, jak się uśmiecha. Dołeczki na policzkach Marysi zagrały, przypominały mu coś, ale co? Niebieski balon na tle tak samo błękitnego nieba bił się tak mocno, jak i jego serce.
Mimo że mieli nie wypłacać zaangażowania, leki się kończyły, Franek nie miał wyboru – musiał zadzwonić do matki.
– Co, mało ci pomagam? – zapytała zirytowana. – Wiesz, ile płacę tej dziewczynie? Co to za z ciebie facet, że na lekarstwa nie możesz zarobić?
Ze wstydu Frankowi aż dech zaparło. Że naprawdę nie może zapewnić swojego syna? Wyłączył telefon i spuścił głowę – tak pragnął, aby babcia teraz podeszła, położyła mu rękę na ramieniu i powiedziała, że wszystko będzie dobrze…
Usłyszał lekkie kroki, i w progu kuchni pojawiła się Marysia. W dłoniach trzymała kopertę.
– Proszę – powiedziała i położyła na stole.
– Co to? – zapytał Franek.
– To na lekarstwo. Dla Irka.
Nie mógł pojąć, co to wszystko znaczy.
– Twoja matka mi zapłaciła. Dobrze zapłaciła, nie myśl. Czekałam na wyjazd do Chin, ale tak to mi nie są potrzebne – mieszkam z rodzicami, mam wszystko.
– Ale jak to z twoim wyjazdem… – zgubił się Franek.
Marysia wzruszyła ramionami.
– Gdzie teraz pojadę…
Uśmiechnęła się nieśmiało, a na jej policzkach ponownie się pojawiły dołeczki. A Franek nagle przypomniał sobie babcię i jej sen. Zaczerwienił się do korzeni włosów, sam nie wiedząc, dlaczego.
– Weź, – powiedziała zdecydowanie. – Tak będzie dobrze.
– Wszystko oddam – powiedział chrapliwie Franek, odkaszlnął i zapytał. – Skoro nie jedziesz do Chin, to może wpadniesz do nas w weekend? Popracę, jak ostatnim razem…
Marysia ponownie się uśmiechnęła i odpowiedziała:
– Z przyjemnością.



