Dzisiejszy wieczór miał być wyjątkowy. Zarezerwowałem stolik w „Złotym Pawilonie”, najdroższej restauracji w Poznaniu. Kinga spóźniała się już dziesięć minut, a to zawsze psuje mi humor. Punktualność to jedna z najważniejszych cech, które cenię w ludziach.
Ziewnąłem, przewracając po raz kolejny kartę menu, choć doskonale wiedziałem, co zamówię. Zmęczenie i niedawna rozmowa z ojcem mieszały mi myśli. Gdy już sięgałem po telefon, drzwi restauracji otworzyły się z hukiem.
„Kochanie, przepraszam za spóźnienie!” Kinga podbiegła do stolika jak wesoły wicher w jasnoniebieskiej sukience, która podkreślała jej smukłą sylwetkę. Pochyliła się i szybko pocałowała mnie w policzek. Pachniała wiosennymi kwiatami i czymś tak znajomym, że cała moja irytacja momentem zniknęła.
„Wiesz, że nie lubię czekać” próbowałem zachować powagę, ale usta same rozciągnęły się w uśmiechu. Nie dało się na nią złościć.
„A ja uwielbiam, gdy taki przystojny mężczyzna na mnie czeka” strzeliła do mnie przekornym spojrzeniem. „Wyobraź sobie, utknęłam na światłach, potem jakaś staruszka wleczła się przez przejście myślałam, że oszaleję!”
Roześmiałem się:
„Znam cię, pewnie pół godziny nakładałaś makijaż.”
„Co ty!” udawała oburzenie. „Tylko dwadzieścia pięć minut!”
Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Jej kasztanowe włosy opadały falami na ramiona, niebieskie oczy błyszczały, a dołeczki w policzkach czyniły uśmiech wyjątkowo czarującym.
Za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Dwa lata temu się poznaliśmy, półtora byliśmy razem, rok byliśmy zaręczeni. A teraz
„Za nas?” uniosłem kieliszek szampana.
„Za nas” uśmiechnęła się, ale w jej oczach mignęło coś, co sprawiło, że serce ścisnęło mi się niepokojem.
Zamówiliśmy i rozmawialiśmy o mijającym dniu. Kinga, jak zwykle, opowiadała żywo o swojej pracy w przychodni, o zabawnym przypadku z małym pacjentem, o tym, jak ordynator znów ją pochwalił, nazywając „złotą pielęgniarką”.
„A u ciebie co nowego w pracy? Projekt z tatą idzie do przodu?” zapytała, wkładając do ust kawałek łososia.
„Normalnie” wzruszyłem ramionami. „Wszystko zgodnie z planem, ale terminy, jak zwykle, gonią.”
Skinęła głową i nagle, jakby od niechcenia, spytała:
„A propos terminów Kiedy w końcu ustalimy datę ślubu?”
Zamarłem. Znowu to.
„Kinga, mówiliśmy o tym. Jak tylko skończymy projekt z ojcem”
„Tak, tak, pamiętam” machnęła niecierpliwie ręką. „Ale to trwa już pół roku! Krzysiu, nie chcę już dłużej czekać. Jesteśmy zaręczeni od roku. Po co tyle zwlekasz?”
„Nie zwlekam. Po prostu teraz nie jest najlepszy moment.”
„A kiedy ten 'najlepszy moment’ nadejdzie? Jak będę miała pięćdziesiąt lat? Chcę być twoją żoną, rozumiesz? Nie dziewczyną, nie narzeczoną żoną!”
„Kinga, mam teraz tyle pracy, że głowy nie mogę podnieść”
„Oj, daj spokój! Jakbyś musiał sam wszystko organizować! Wystarczy, że przyjdziesz we wskazanym miejscu o wskazanej godzinie!”
„Nie o to chodzi” zacząłem się irytować. „Chcę, żeby wszystko było idealne.”
„Ja też!” zawołała. „I wiesz, co będzie idealne? Ślub na wyspie! Mówiliśmy o tym. Już nawet przeglądałam katalogi. Malediwy, Bali, Seszele wybierz, które chcesz! Tam wszystko załatwią, my tylko przyjedziemy.”
„Znowu ta wyspa! Chodzi ci o pokaz, żeby wszyscy zzielenieli z zazdrości?”
Kinga gwałtownie odsunęła talerz:
„Więc tak? Myślisz, że jestem z tobą dla pieniędzy? Że zależy mi tylko na luksusowym weselu?”
„A nie?” słowa wyleciały, zanim zdążyłem je powstrzymać. „Tylko o tym mówisz o ślubie, o wyjazdach, o tym, co chcesz zobaczyć Nigdy nie słyszę, że po prostu chcesz być ze mną!”
„Jesteś nie do zniesienia!” w jej oczach pojawiły się łzy. „Chcę tylko być twoją żoną! A ty wymyślasz głupie wymówki! Jeśli nie chcesz się żenić, to po prostu powiedz!”
„Nie wymyślam!” podniosłem głos, aż kilku gości odwróciło się w naszą stronę. „Dlaczego ciągle na mnie naciskasz?”
„Bo cię kocham, głupcze! A ty tego nie rozumiesz! Albo może po prostu tego nie chcesz!”
Gwałtownie wstałem i rzuciłem na stół kilka banknotów:
„Wiesz co? Nie będę tego teraz rozmawiał. Nie będę się tu poświęcać. Dzwonij, jak się uspokoisz.”
Szybkim krokiem wyszedłem, ignorując zdezorientowane spojrzenie kelnera i ciche łkanie Kingi za plecami.
***
Pędziłem przez wieczorne ulice Wrocławia, znacznie przekraczając prędkość. BMW płynnie wchodziło w zakręty. Włączyłem muzykę na pełną głośność, próbując zagłuszyć własne myśli, ale to nie pomagało.
Dlaczego z Kingą stało się tak skomplikowane? Gdy się poznaliśmy, wszystko było inne. Przypomniałem sobie nasze pierwsze spotkanie.
Wszedłem wtedy do przychodni ojca po dokumenty. Witold Nowak jeden z najlepszych kardiologów w kraju i właściciel sieci prywatnych klinik nigdy nie oddzielał pracy od rodziny.
„Biznes powinien zostać w rodzinie” mawiał.
Ja, jedyny syn i spadkobierca, od dziecka byłem otoczony nie tylko troską rodziców, ale i szczególną uwagą wszystkich wokół.
W szkole, na studiach, w pracy wszędzie traktowano mnie inaczej niż innych.
Do dwudziestu pięciu lat zdążyłem zmęczyć się dziewczynami, które widziały we mnie tylko portfel i pozycję. Długonogie modelki, ambitne bizneswoman, salonowe lwice wszystkie wydawały się nosić te same maski, ukrywając za uśmiechami chłodne spojrzenia.
A potem poznałem Kingę.
Tego dnia stała przy recepcji, wypełniając dokumenty. Prosty biały fartuch pielęgniarski, włosy spięte w kucyk, nic więcej. Gdy podniosła wzrok i uśmiechnęła się do mnie, poczułem, jak coś się we mnie przesuwa. W jej spojrzeniu nie było fałszu tylko szczere ciepło i jakiś szczegól



