Od dziesięciu lat jestem mężatką i przez te wszystkie dziesięć lat teściowie uparcie próbują mnie ściągać na swoją działkę. Jestem mieszczuchem do szpiku kości. Nie potrzebuję tych ogrodowych „radości”, ale moi teściowe po prostu nie mogą bez tego żyć, jeśli przynajmniej kilkanaście razy w sezonie nie zobaczą mnie w swoim ogrodzie. Powiedziałam im już pierwszego dnia, że nie będę grzebać w ziemi, ale mój mąż nalegał, żebym przynajmniej od czasu do czasu pomagała jego rodzicom. Przez pierwsze lata moi teściowie uciekali się do sztuczek. Zapraszali nas na grilla. Mięso oczywiście było, ale dopiero po ciężkim dniu pracy, podczas którego pracowaliśmy w ogrodzie warzywnym.
Udało mi się jedynie w czasie ciąży, chociaż i wtedy teściowa narzekała. Nie chciałem też jechać z dwuletnią córką na dalekie wypady, ale teściowa kusiła jagodami, które zjadała moja córka. Zwykle zdawałam sobie sprawę, że będę musiała poradzić sobie ze wszystkimi krzakami, zebrać wszystkie plony. Kilka lat temu teściowie kupili także ziemię obok, a potem opuścili mieszkanie swojej córki i sami przenieśli się na wieś. Ogłosili nam, że zostawią mieszkanie w spadku córce, a synowi – działkę, jednak w tym roku teściowie dopiero się rozpędzili.
Wycięli ogród, aby zwiększyć powierzchnię działki i zasadzić wna całym terenie ziemniaki. Potem odmówiłam tam pojechania.
– My tu ciężko pracujemy, a wy tam leżycie na kanapach. W sklepach wszystko jest drogie, a tutaj mamy swoje. Bez chemii – próbowała zawstydzić teściowa.
– Pracuję, a w weekendy wolę poświęcić czas domowi i rodzinie, a nie być posłusznym parobkiem – odparłam – Twoja córka siedzi w domu, niech pomaga.
– To ziemia, którą dostaniecie, a nie ona.
Czy ja naprawdę potrzebuję tej ziemi? Co mam z nią zrobić? Tyrać mimo wszystko? Bardzo dziękuję, ja nie chcę przez całe życie babrać się w ziemi.



