Teściowej zafundowałam taki prezent, że jej od razu ciśnienie podskoczy! Za każdym razem, gdy na niego spojrzy, dostanie dreszczy. Ale nie pozbędzie się go, nie wyrzuci. Będzie musiała trzymać na widoku! Ot, karma wraca, pani Danuto! Przez 15 lat, odkąd jesteśmy z Piotrem po ślubie, nie powiedziała mi ani jednego miłego słowa. Cicha, ponura, nawet krzywy uśmiech to już sukces. Inne przynajmniej sykną przez zęby, a ta tylko przewierca mnie spojrzeniem spod swoich wielkich, ciemnych okularów. Staram się nie jeździć do niej wizyty ograniczam do symbolicznej pięciominutówki raz w roku opowiadała Iwona swojej przyjaciółce Grażynie.
Ta słuchała z ożywieniem, kiwając głową. W środku aż w niej gotowało ona też specjalnych uczuć do swojej Zofii (ekhm, teściowej rzecz jasna) nie żywiła.
Tradycją stało się, że raz na dwa tygodnie trzy przyjaciółki z dzieciństwa Iwona, Grażyna i Marta wpadały do siebie na sobotnie babskie popołudnia. Iwonka pracowała jako fryzjerka i wymyślała wszystkim nowe fryzury. Akurat dziś wpadła tylko na chwilę klienci czekali. Grażyna, kucharka w szkolnej stołówce, zawsze przynosiła górę smakołyków, jak to mówił syn Iwonki, Jasiek.
Była jeszcze trzecia Marta, pielęgniarka, która ostatnio przeniosła się do nowej przychodni. Dokąd dziewczyny nie wiedziały, bo ledwo chciały zapytać, a tu rozmowa znów zeszła na temat teściowych.
No nie trawię jej, mojej Danuty! Jest dla mnie nikim. Jakby jej nie było, to… znowu zaczęła Iwona.
I właśnie wtedy cicho dotąd siedząca Marta wtrąciła się z półuśmiechem:
I co Iwonka, od razu lżej by ci było?
Pewnie syknęła Iwona, nagle cicho.
Przypomniała sobie, jak dziś niosła swój prezent pięknie zapakowany, złośliwy uśmieszek na ustach. Jak wręczała go teściowej Danucie, która, niczym dziecko, od razu zaczęła rozrywać papier. Ale Iwona ją ostrzegła: rozpakujesz dopiero, jak mnie już nie będzie. I tak jej zepsułam urodziny!
Pytałyście, gdzie się podziałam w pracy zaczęła nagle Marta.
Dziewczyny się wyprostowały.
Do prywatnej kliniki? domyśliła się Iwona.
Teraz to będziesz zarabiać jak szalona! jęknęła Grażyna.
Do hospicjum po prostu odpowiedziała Marta.
Zapadła cisza.
Ale po co? wykrztusiła w końcu zaskoczona Grażyna.
Przecież tam ludzie są bardzo chorzy Nie boisz się? No i pieniądze? kręciła głową Iwona.
No już, dziewczyny, te wasze pieniądze, pieniądze. Iwona, przepraszam, ale muszę ci coś powiedzieć. Jesteś głupia, Iwono szepnęła Marta.
Kto? Ja czy moja teściowa? fuknęła Iwona.
Ty, Iwono. To, co robisz i co mówisz, to podłość. Nie znam dobrze twojej Danuty. Ty powtarzasz, że cię nie chwali? Ale jak z Piotrem potrzebowaliście pieniędzy na powiększenie mieszkania, kto sprzedał swoje dwupokojowe w centrum i przeniósł się na obrzeża? Twoja teściowa bez słowa sprzeciwu. A kto jeździł z chorym Jaśkiem do specjalisty w Warszawie? Przecież ten profesor to syn przyjaciółki twojej teściowej. Twój synek dzięki nim wyzdrowiał inni nie mieli takiego szczęścia. A gdy po spotkaniu klasowym tak się zabawiłaś, że rano ocknęłaś się u kolegi, i mimo że nic się nie stało jasno wiesz, że dla Piotra to byłaby katastrofa kto cię pobrał z opresji i powiedział Piotrowi, że spałaś u niej? Znowu Danuta.
Iwona, ty gryziesz rękę, która cię karmi i głaszcze. Tak tylko obrazowo mówię. Ileż to razy wpadałyśmy do ciebie i wsuwałyśmy te ogórki, dżemy, leczo, które twoja teściowa dla was robi? A ty nawet pomidora od pomarańcza nie odróżnisz.
Są ludzie, którzy nie są wylewni. Oni nie wyznają uczuć słowami, tylko czynami. Inni będą pięknie lać wodę do uszu, a roboty z tego żadnej wybuchnęła Marta.
Dzięki, przyjaciółko. Myślałam, że mnie poprzesz! obruszyła się Iwona.
W jej duszy coś się poruszyło. Jeszcze niedawno podsycała tę złośliwą satysfakcję z wymyślonej zemsty na teściowej. A teraz ten wewnętrzny, uporczywy, irytujący wyrzut sumienia zaczął ją kąsać coraz mocniej.
Grażyna, która w międzyczasie zjadła pięć kapuśniaczków (u niej stres wywoływał niekontrolowany apetyt), milczała i już nie stawała po stronie Iwony.
W zasadzie powinna się obrazić, trzasknąć drzwiami, pokłócić się z Martą i wyjść. Już miała to zrobić Ale ten paskudny robaczek sumienia nie pozwalał.
Chyba zapomniałyście, że nie mam już mamy? I żyję z tą stratą odparła Marta. A ty, Iwono, masz i matkę, i teściową. Po co się tak pastwisz nad starszą kobietą? Stawiasz się wyżej od niej? Pamiętam, jak kiedyś nazywałaś ją wieśniaczką. A ja mam pytanie: strzyżesz nas, układasz nam fryzury dzięki, niech ci Pan Bóg wynagrodzi. Ale kiedy ostatni raz ostrzygłaś Danutę albo jej podmalowałaś włosy? dopytała Marta.
Wewnątrz Iwony zrobiło się cicho, przez gardło nie przeszło ani słowa. I wbrew sobie odpowiedziała prawdę:
Nigdy.
Serio? Jesteś niemożliwa! Ja moją Zofcię zawsze częstuję! I makowcem, i ciastem, na Wielkanoc piekę jej mazurki. Taka się wtedy cieszy! Jej rączki, jak takie małe poduszeczki, aniołek normalnie! rozczuliła się Grażyna.
Wyrzuty sumienia zamilkły zupełnie. Iwona zrozumiała, że już nikt jej nie trzyma na miejscu.
Przed oczami przemknęły wspomnienia. Rączki Danuty duże, spracowane, z widocznymi żyłami. Brzydkie, jak jej się zdawało. I twarz nazywała ją dla siebie stara kartofla. Co ona w ogóle o niej wiedziała?
Niewiele. Ale za to obecność, gdy była potrzebna, była nie do przecenienia. Piotr opowiadał, że kiedyś miał dwie siostry obie długo chorowały i umarły. Danuta opiekowała się nimi, a potem jeszcze chorym mężem. Został jej tylko Piotr najważniejszy, wyczekany, ostatni skarb. A ona, Iwona, kochała go już 15 lat, ciągle tak samo.
On taki dobry, pracowity, troskliwy. Jaki jest, taka go matka wychowała! Mógłby być draniem, a nie jest. A ja zamiast doceniać teściową, ciągle ją żartem popędzam… przemknęło jej przez myśl.
Sama wszystkich strzyżesz, a jej nigdy nie zaproponowałaś. Dlaczego? rozdzwonił się w jej głowie ten mały robaczek winy.
Iwona aż podskoczyła.
Iwonko, wszystko w porządku? pochyliła się Marta.
Potrząsnęła głową, walcząc z napływającym wzruszeniem. Nagle cały żart prysł, niewidzialna tama w środku się przełamała. Trzeba zmienić temat, wyjść, uratować się. A miało być tak zabawnie! Nie wyszło.
I jak ci w hospicjum, Marto? spytała cicho.
Nigdy nie zapomnę ich oczu odpowiedziała Marta. Często czuję się bezradna, ale jednocześnie jest w nich światło. Padają ważne słowa o wieczności, o sprawach niedokończonych. Widziałam, jak młody mundurowy przyjeżdżał do chorej mamy złota na matkę wysypywał, ale nie zabrał jej nigdy do rodzinnej wsi, o której marzyła. Kiedy odeszła, klęczał, wołając: Mamusiu, wróć, przecież wszystko dla ciebie zrobię!. Lub ten starszy pan, były wojskowy, co codziennie przynosił chorej córce nowe spineczki miała ich całą kolekcję, mimo że włosów już prawie żadnych. Były jak promyki nadziei.
Niektórzy opłakują na grobach ukochanych, inni żyją, kłócą się, knują, a potem nagle tracą to, co najdroższe. Ale człowiek ciągle myśli, że nad wszystkim panuje. A to nieprawda westchnęła Marta.
Grażyna spojrzała na pustą już miskę po pierogach. Ale dobrze zaraz w domu zrobi nową porcję. Zwinęła telefon i napisała do męża SMS-a, aby dziś koniecznie zaprosił całą rodzinę, łącznie z teściami, na wieczorne oglądanie filmu i przekąski.
Lecę! Szykuje się rodzinne zebranie! Pa, dziewczyny! rzuciła, jak frywolna jaszczurka, Grażyna.
Iwona też się zebrała. Drżącą ręką zaczęła szukać kluczy w torebce. Rzuciła ją, wszystko się wysypało na podłogę. Marta pomagała jej zbierać, obie w ciszy.
Teraz czekały ją sprawy do załatwienia. Cały wieczór wypełniony obowiązkami.
Tylko gdzieś na obrzeżach Krakowa jej teściowa właśnie patrzyła na prezent ten sam, którym Iwona chciała jej przywalić. A co, jeśli ktoś jej by taki podarował?
Byłoby jej przykro. I to bardzo. Zepsute urodziny gwarantowane.
Iwona odwołała wszystko, obdzwoniła klientów, tłumacząc się i szepcząc, że da upusty na następną wizytę. Wskoczyła do samochodu i pojechała do teściowej.
Telefon do męża Piotra był niedostępny.
Nagle dłonie spociły się jej jak w saunie. Co powie na to Piotr? To przecież jego mama…
Już się ściemniało. Z okienek maleńkiego domku na przedmieściach płynęło ciepłe światło. I nagle te kwieciste firanki w stokrotki i geranium na parapecie, które jeszcze wczoraj ją irytowały, wydały się tak znajome, tak swojskie.
Muszę przeprosić. Ale za co? Może jakiś inny prezent? Ale nie zdążę Obiecam, że coś kupię. Oj, Iwona, narozrabiałaś myślała, idąc przez ogródek.
Drzwi były otwarte. W dużym pokoju na stole leżała wielka, malowana misa z pierogami. Chłodnik litewski, ulubiona potrawa jej męża. Naleśniki z farszem. Iwona utkwiła wzrok w stole.
W tym czasie mąż rozmawiał z synem. Jaś, zadowolony, wcinał babcine gołąbki. A sama teściowa, w niebieskiej sukience z koronkowym kołnierzykiem, z długim warkoczem, stała pod ścianą.
Obok dwie sąsiadki i dziarski dziadek. Goście.
Spójrzcie, jaki piękny prezent! zachwycała się Danuta, pokazując na prezent Iwony.
I dodaje:
To od mojej Iwonki, żony Piotrka. Ona taka śliczna, prawie jak księżniczka! Jasna, delikatna. Zawsze, gdy na nią patrzę, serce śpiewa. Bóg stworzył takie piękno! A teraz Iwonka zostanie ze mną na zawsze popatrzcie, portret. Samą się popłakałam ze szczęścia, kiedy otworzyłam paczkę. Niczego lepszego nie mogłam sobie wymarzyć!
Iwonie twarz i uszy poczerwieniały na amen. Czuła się jak dziecko, kiedy stłukła wazę u babci, a winę zrzuciła na brata.
Prezentem dla teściowej był jej własny portret, ręcznie malowany przez znajomego artystę. Myślała, że Danuta ani jej nie lubi, ani nie docenia. Chciała, by teściowa miała mordę znienawidzonej synowej na ścianie i cierpiała. Wyszło zupełnie odwrotnie.
Iwonka taka ładna, że czasem aż wstydzę się coś jej powiedzieć. Jak laleczka! Oczy jak chabry, twarzyczka wyrzeźbiona z obrazu. Ja stara, brzydka, nieporadna Nie umiem pięknie mówić, wstydzę się, ale kocham ją jak własną córkę. Bóg zabrał moje dziewczynki, ale dał mi Iwonkę drugą córkę, dokładnie. Zawsze Piotrkowi mówię, że żonę ma ze złota!
Żyj teraz z tym! prychnięcie robaczka sumienia zabrzmiało ostatni raz.
Nawet nie zdążyła obiecać sobie poprawy, a czasu na szczęście jeszcze miała. Już ją zauważyli. Syn podbiegł, mąż podszedł i szepnął do ucha:
A nie miałaś pracy dzisiaj? Mama mówiła, że już ją rano odwiedziłaś.
Odwołałam wszystko Pani Danuto… mogę teraz mówić do pani mamo? Z okazji urodzin… wszystkiego najlepszego! drżący głos zdradzał wzruszenie.
I tak z chęcią padłaby na kolana jak ten syn z opowieści Marty. Przed dobrocią, mądrością i wybaczaniem.
Iwonka! Znalazłaś jeszcze czas dla starej! Patrzcie, jaka moja! zachwycała się teściowa.
Dziadek-przyjaciel pokiwał z uznaniem głową, raz na nią, raz na portret.
Wszyscy nagle rozgadali się, śmiali, atmosfera była lekka.
Iwona ucieszyła się, że świętuje dziś z rodziną, jest zdrowa, ma rodziców, którzy właśnie jadą z życzeniami, kochanego synka i męża, a do tego dobrą teściową i pracę, którą lubi. Kto bogatemu zabroni?
Siadamy wszyscy do stołu! zwoływała Danuta.
A potem będzie Dzień Piękności! Chcecie, to wszystkim zrobię fryzury! Jak ktoś chce, to farbowanie, podcinanie jak się umawiamy, to robię z przyjemnością! uśmiechnęła się Iwona.
To był jej prawdziwy prezent. Dla wszystkich.


