Halinko, może u was zostanę na lato powiedziała Elżbieta Stanisławowa, wycierając ręce w kuchenną ścierkę. Mieszkanko mi zalał sąsiad z góry, teraz remont trzeba robić. Robotnicy mówią, że do jesieni nie skończą.
Halina zastygła z chochlą w ręce nad garnkiem barszczu. Lato z teściową? Trzy miesiące pod jednym dachem? W myślach przeliczyła wszystkie nadchodzące wakacje dzieci, urlop męża, wyjazdy na działkę… A przez cały ten czas obok będzie Elżbieta Stanisławowa ze swoimi uwagami, radami i tym niezadowolonym spojrzeniem.
Oczywiście, mamo usłyszała swój własny głos. Zostańcie. Gdzie indziej mielibyście iść.
No to świetnie! ucieszyła się teściowa. Nie będę ciężarem, pomogę, zajmę się wnukami. Wiesiek w pracy przepada, a ty sama z dziećmi się męczysz.
Wiesław rzeczywiście wracał późno z biura, ale Halina doskonale radziła sobie z dziesięcioletnim Krzyśkiem i siedmioletnią Zosią. Radziła sobie, dopóki w ich uporządkowane życie nie wdarła się Elżbieta Stanisławowa ze swoimi zasadami.
Już następnego dnia teściowa wzięła się za porządki. Ponownie umyła wszystkie naczynia, bo według niej Halina źle spłukiwała detergent. Przestawiła produkty w lodówce, tłumacząc, że wędlina musi leżeć tylko na górnej półce, a nie byle gdzie. Dziecięce zabawki starannie poukładała w pudełka i wyniosła do schowka.
Po co w domu bałagan? oznajmiła Zosi, która szukała swojej ulubionej lalki. Pobawiłaś się, posprzątaj.
Zosia rozpłakała się, a Halina, zaciąwszy zęby, poszła wyciągać zabawki z powrotem.
Elżbieto Stanisławo, dzieci powinny czuć się w domu swobodnie spróbowała zaprotestować.
Swobodnie nie znaczy po chamsku ucinała teściowa. Za moich czasów dzieci były dobrze wychowane.
Krzyś, słysząc rozmowę, burknął coś pod nosem i poszedł do swojego pokoju. Od początku unikał babci, a ta nieustannie go poprawiała: albo słucha muzyki za głośno, albo za długo siedzi przy komputerze, albo hałasuje z kolegami na podwórku.
Wieczorem Wiesław wrócił z pracy zmęczony i głodny. Halina, jak zwykle, odgrzała mu obiad, ale zanim zdążyła podać, wtrąciła się Elżbieta Stanisławowa.
Wiesiu, zupełnieś schudł! lamentowała, nakładając synowi pełną miskę barszczu. Hala źle cię karmi, same te sklepowe półprodukty. Jutro pójdę na targ, kupię prawdziwego mięsa, zrobię kotlety.
Mamo, nie trzeba, mamy wszystko próbował ją powstrzymać Wiesław, ale matka już się rozpędziła.
Jak to nie trzeba? Ty jesteś moim synem, ja się o ciebie troszczę! A tu patrzę, zupełnie was zaniedbali… Koszule nie wyprasowane wiszą, skarpety z dziurami. Za moich czasów żona dbała o męża jak należy.
Halina poczuła, jak w środku wszystko w niej wrze. Cały dzień prała, sprzątała, gotowała, woziła dzieci do szkoły i na zajęcia, a tu jeszcze zarzuty o brak troski o rodzinę.
Dbam o rodzinę powiedziała cicho, ale stanowczo. Po prostu mamy inne czasy, Elżbieto Stanisławo.
Czasy, czasy skrzywiła się teściowa. A rodzina zawsze taka sama.
Wiesław milczał, metodycznie zajadając barszcz. Nigdy nie wtrącał się w konflikty między żoną a matką, wolał przeczekać. Halinę to wściekało najbardziej mógłby czasem ją wesprzeć.
Po tygodniu wspólnego mieszkania napięcie sięgnęło zenitu. Elżbieta Stanisławowa krytykowała wszystko: sposób gotowania Haliny, wychowywanie dzieci, prowadzenie domu. Wstawała o szóstej rano i hałasowała w kuchni, przygotowując śniadanie jak należy. Dzieci narzekały, że babcia nie daje im spokojnie zjeść, ciągle poprawia, jak trzymać łyżkę i ile gryźć.
Mamo, może pojedziecie do cioci Basi w odwiedziny? zaproponował Wiesław podczas kolejnej rodzinnej awantury. Przecież was zapraszała.
A co, ja tu jestem niepotrzebna? oburzyła się Elżbieta Stanisławowa. Pomagam, staram się, a mnie się chce wyrzucić! Basia mieszka w kawalerce, tam miejsca nie ma. Czy ja wam przeszkadzam?
Nie przeszkadzacie skłamała Halina. Tylko…
Tylko co? Mów wprost, co myślisz!
Tylko mamy różne spojrzenia na życie ostrożnie powiedziała Halina. I inaczej wychow


