Pokrywka garnka cicho zadźwięczała o blat. Wyłączyłam kuchenkę i zmęczonym uśmiechem spojrzałam na swoje odbicie w szafce kuchennej.
Gorąca, esencjonalna zupa. Krzysiek wróci z pracy i w końcu zjemy rodzinną kolację.
Do kuchni bezceremonialnie weszła teściowa, Halina Stanisławówna. Poruszała się po moim maleńkim mieszkaniu jak inspektor na przeglądzie, a jej wzrok przesunął się po mnie z tym znanym, ledwo zauważalnym lekceważeniem.
Co to ma być?
Zupa. Gorąca.
Bez pozwolenia wzięła chochlę, nabrała trochę, podniosła do ust. Jej twarz wykrzywiła się, jakby skosztowała trucizny. Zastyg



