Antoni, błagam, pilnuj, żeby ona nie zamieszała w kuchni. Pamiętasz, ile kosztował ten remont i ile serca włożyłam w te szare fronty, Polona stała w przedpokoju, nerwowo ściskając pasek torebki.
Antoni, z kubkiem porannej kawy, machnął ręką z uśmiechem.
Polu, po co się martwisz? Mama przyjechała tylko na tydzień, bo w jej mieszkaniu wymieniają rury. Co ona, nasz wróg? Przynajmniej ugotuje barszcz, nie będziesz musiała stać przy kuchence wieczorem.
Barszcz to świetnie, ale naprawdę proszę, pilnuj, żeby nie zaczęła ulepszać przestrzeni. Pamiętasz, jak w poprzednim mieszkaniu przykleciła w korytarzu pas z delfinami, bo uznała białe tapety za nudne? Tydzień myłam ten klej
O, nie przypominaj sobie tych dawnych wpadek. Mama tylko chce przytulności. No, biegnij, spóźnisz się. Ja pracuję z domu, wszystko pod kontrolą.
Polona westchnęła ciężko, pocałowała męża w policzek i ruszyła w drzwi. Serce biło jak szalone. Kuchnia była jej sanktuarium, dumą i miejscem mocy. Przez trzy miesiące z projektantem wybierali odcień frontów głęboki, matowy grafit. Blat z naturalnego kamienia, minimalistyczne linie, ukryte okucia. Żadnych zbędnych słoików, magnesów na lodówce ani krzykliwych ręczników. Ten minimalistyczny styl zapłaciła wysoką ceną, a każda rysa na powierzchni była dla niej osobistą raną.
Walentyna Janik, teściowa Polony, hałaśliwa, energiczna kobieta z nieugiętym poczuciem piękna, przyjechała wczoraj wieczorem. Od razu oceniła mieszkanie: U młodych jak w szpitalu czysto, ale nie ma na co popatrzeć. Polona zamknęła usta, przypisując to zmęczeniu po drodze.
Dzień w pracy ciągnął się bez końca. Polona co chwilę chciała zadzwonić do Antoniego, ale powstrzymywała się: mężczyzna był dorosły, obiecał czuwać. Poza tym miał ważny raport, a domowe paranoje były nieprofesjonalne.
Podczas lunchu nie wytrzymała i wybrała numer męża.
Co słychać? Jak mama?
Wszystko w porządku odpowiedział Antoni, trochę zbyt pogodnym tonem, ale z nutą napięcia. Mama… eee… trochę porządkuje. Upiekła pierogi. Zapach rozchodzi się po całym korytarzu!
Pierogi? Polona zmierzyła się. Antoni, ona włączyła piekarnik? Zrobiła coś z panelem dotykowym? Tam jest blokada.
Zrobiła, zrobiła, jest sprytna. Polu, mam spotkanie na Zoomie, pogadamy wieczorem, ok? Całuję!
Rozłączył się nagle. Polona spojrzała podejrzliwie na telefon. Trochę porządkuje w wykonaniu Walentyny mogło oznaczać wszystko, od mycia naczyń po przemeblowanie.
Resztę dnia Polona spędzała jak na kolcach. W jej głowie przewijały się koszmary o tłustych plamach na matowych frontach, odpryskach kamienia, roztopionych plastikowych płytach. Rzeczywistość, która czekała ją w domu, przewyższyła najśmielsze koszmary.
Winda otworzyła się, a w powietrzu unosił się aromat smażonej cebuli, drożdżowego ciasta i, co dziwne, wybielacza. Polona otworzyła drzwi kluczem.
Jestem w domu! krzyknęła, zrzucając buty.
Odpowiedział cisza. Z kuchni dochodziło wesołe śpiewanie Walentyny i stukot naczyń. Polona weszła na korytarz. Drzwi kuchenne stały otwarte. Weszła prosto, a torby wypadły z jej dłoni.
Kuchnia jej surowy, grafitowy raj rozpadł się w jedną wielką feerię barw.
Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to kolory. Jaskrawe, krzyczące, bezlitosne.
Idealnie czysty, pusty kamienny blat został pokryty jaskrawą, pomarańczową serwetą w kwiaty słonecznika. Brzegi serwety zwisały nierównymi falami, zasłaniając górne szuflady dolnego bloku.
O, Polonia przyszedł! wołała Walentyna w kolorowym fartuchu (którego Polona nigdy nie widziała), odwracając się od kuchenki, promieniejąc rumianą twarzą. A my tu się przytulamy! Zaraz nakarmię, już się rozgrzewam.
Polona nie mogła wypowiedzieć słowa. Jej wzrok błądził po pomieszczeniu, ogarniając skalę katastrofy.
Na surowych, szarych frontach, tych samych, które nie wolno było szlifować, pojawiły się winylowe naklejki w kształcie motyli. Różowe, niebieskie, sałatkowe motyle wielkości dłoni przyklejone chaotycznie na drzwiczkach.
Walentyno zachrzęknęła Polona, czując, jak drży lewy kąt oka. Co to jest?
Co? teściowa podążyła wzrokiem i uśmiechnęła się szeroko. Te motyle? Kupiłam w przejściu, kiedy biegłam po mleko. Powiedź, od razu weselej! Bo u was to szaro, ponuro, jak w celi. Teraz jest lato, radość! A nasz Antoś się podoba, co?
W kuchni pojawił się Antoni. Wyglądał winny, zerwany. Odpinał wzrok, patrząc na swoje skarpetki.
Mamo, mówiłem, że Polona może nie docenić mruknął cicho.
Co tu oceniać! wzburzyła się teściowa. Trzeba się cieszyć! Dodałam przytulności. Bo kuchnia kosztowna, a duszy brak. Pusta, zimna.
Polona podeszła do okna. Jej ulubione rzymskie zasłony w kolorze mokrego asfaltu zniknęły. Zamiast nich na karniszu wisiała biała, falująca zasłonka z haftem złotych łabędzi.
A zasłony głos Polony zgasł. Gdzie moje zasłony?
W praniu, odparła Walentyna, obracając pączka na patelni. Były brudne, szare. Moje wzięłam, bo miałam w walizce, na wszelki wypadek. I przydały się! Patrz, od razu jaśniej, elegancko! Jak w pałacu!
Polona podniosła krawędź słonecznej serwety. Pod nią było lepkie plamki.
Po co serweta? To kamień, nie można go zakrywać
O tak, kamień zimny, łokcie się krępują! przerwała Walentyna. A ja trochę ciasto rozwałkowałam, bałam się poplamić. Potem serwetę przetarłam ściereczką i pięknie! Praktycznie! Kupiłam ją w Fixprice, kosztowała grosik, a widok zupełnie inny.
Polona czuła, jak w jej wnętrzu buchają wulkany. Spojrzała na lodówkę. Dwu-metrowy stalowy gigant, którego zabroniła dotykać nawet gości, teraz przypominał tablicę ogłoszeń, przyczepiony do niego mnóstwo magnesów w kształcie świnek, kotów i miast Złotego Pierścienia.
Skąd te wskazała drżącym palcem na kolekcję magnesów.
To moje! Przyniosłam z domu, dumnie odparła Walentyna. Myślę, że i tak leżały bez sensu. A tu lodówka duża, miejsce dużo. Ten z Anapy, jedziemy tam z Antkiem, kiedy miał pięć lat. Wspomnienia!
Polona zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Trzeba się uspokoić, nie mówić nic więcej. To teściowa męża. Chciała dobrze.
Antonie, wyszeptała lodowatym tonem. Mogę cię na chwilę poprosić do sypialni?
Antoni schylił głowę i podążył za żoną. Walentyna krzyknęła po nich:
Nie szepczcie, bo zimno się robi! Siadcie, jedzcie, dopóki gorące!
W sypialni Polona zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.
Obiecałeś. Pilnować.
Polu, pracowałem! zaczął się usprawiedliwiać Antoni, nerwowo gestykulując. Miałem spotkanie w słuchawkach, klient dzwonił. Wstałem po wodę, a tu już motyle. Mówię: Mamo, Polona się obrazi. A ona: Nic, spodoba się, mam niespodziankę. Nie mogłem ich zdejmować, bo się obraziłaby!
Obraziła? syknęła Polona, grożąc krzykiem. Antonie, ona zamieniła moją kuchnię w targ wiejski! Kokardy! Słoneczniki! Motyle! Rozumiesz, że te naklejki mogą uszkodzić powierzchnię? Ten klej może zniszczyć softtouch?
Posprzątam, Polu, co się stało
Co posprzątać? Widziałeś, co zrobiła z relingami?
Nie, a co?
Ja też nie widziałam, ale boję się spojrzeć. Idź i powiedz jej, żeby przywróciła wszystko jak było. Natychmiast.
Nie mogę załamał się Antoni. To jej matka. Stara się. Ciasto od rana. Jeśli powiem, że to okropne, podniesie ciśnienie. Wiesz, jak jest wrażliwa. Dajmy jej tydzień? Wyjedzie, a my spokojnie posprzątamy.
Tydzień? oczy Polony szeroko się otworzyły. Nie wytrzymam tygodnia z złotymi łabędziami i plastikowymi motylami! Oczy mi drżą!
Proszę, dla mnie. Kupię ci dwa karnety do SPA. Tylko nie robią kłótni. Mama i tak się martwi o remont. Musi czuć się potrzebna.
Polona spojrzała na męża. W jego oczach czytało się błaganie i strach przed konfrontacją, więc gniew nieco ustąpił, ustępując miejsca przytłumionemu wkurzeniu.
Dobrze powiedziała. Nie wywołam kłótni teraz. Zdejmę serwetę i przywrócę zasłony wieczorem. Powiem, że mam alergię na syntetykę.
Wrócili do kuchni. Walentyna już nakryła stół. Na serwie z słonecznikami leżały talerze z parującym barszczem, a pośrodku stał stos pierogów.
Siadajcie, pracusie! rozkazała teściowa. Dodam śmietanę?
Polona usiadła, nie mając ochoty jeść, ale zapach był naprawdę apetyczny. Wzięła łyżkę, starając się nie patrzeć na naklejkę z uśmiechniętą gąsienicą tuż przed nosem.
Walentyno, dziękuję za kolację zaczęła dyplomatycznie. Ale co do wystroju mam swój specyficzny gust. Lubię pustkę.
To nie gust, to depresja, kochanie odparła teściowa, gryząc pączka. Młoda kobieta musi żyć w pięknie. Kwiatki, falbanki to kobieca energia. A u was to jak w sali operacyjnej. Mężczyzna w takim wnętrzu nie czuje się przytulnie. Tak, Antoś?
Antoni zachrząsnął się barszczem.
Mamo, dlaczego podobało mi się. Stylowe.
Stylowe podśmiewała się Walentyna. Styl to kiedy dusza śpiewa. A teraz śpiewa. A propos, w łazience też trochę porządków zrobiłam.
Łyżka Polony spadła i uderzyła talerz, rozpryskując barszcz po słonecznikowej serwetce.
W łazience? zapytała zimnym głosem.
Tak. Bo twoje szampony w tych jednolitych butelkach nie da się odróżnić. Oznaczyłam markerem. I położyłam puszyste, różowe dywaniki, żeby stopy były cieple. Zasłoniłam szklaną przegrodę, bo była wstydliwa. Zawiesiłam zasłonkę z delfinami.
Polona wstała powoli od stołu.
Dziękuję, było smaczne powiedziała, patrząc w ścianę. Idę się położyć. Boli głowa.
Wyszła z kuchni, słysząc, jak teściowa krzyczy do Antoniego:
Widzisz? Mówiłam, że dziewczyna przeforsowała się. Nic jej nie cieszy, nawet taka ładność. Musi mieć witaminy.
Łazienka była jeszcze gorsza niż kuchnia. Elegancki biały marmur zamienił się w przedszkolny pokój. Na podłodze leżał jaskrawo różowy, futrzany dywanik. Na drogich dozownikach do mydła i szamponu, które Polona zamówiła z Japonii, czarnym permanentnym markerem napisano: DO GŁOWY, DO CIAŁA, MYDŁO. Przez szklaną przegrodę przewieszała się niebieska folia z wesołymi delfinami, mocno przyczepiona do krawędzi, rysującą się na drogiej płytce.
Polona usiadła na brzegu wanny i zakryła twarz dłońmi. Chciała płakać, lecz nie ze smutku, lecz z bezsilności. To nie był tylko zły gust to było najechanie. Bezczelne, otwarte w imię troski.
Po dziesięciu minutach usłyszała kroki. Drzwi lekko się uchyliły, a w progu stał Antoni.
Antoni podszedł, wziął Polonę za rękę i powiedział, że razem odbudują dom, zaczynając od serca.



