TEN WŁAŚNIE MARZEC

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o tym naszym polskim marcu, bo serio, to nie jest tylko miesiąc, to prawdziwy test na odporność psychiczną.
Zwłaszcza kiedy Twoje uczucia są równie pokręcone jak pogoda za oknem: niby wiosna, niby koniec świata, a tak naprawdę ktoś chyba wylał szarą farbę na całe miasto.
No bo wiesz, historia miłości Piotra i Zuzanny rozpoczęła się właśnie w marcu i to tłumaczy absolutnie wszystko.
Inni zakochani spotykali się pod kwitnącą jabłonią, a ci dwaj poznali się, gdy Piotr przypadkiem ochlapał Zuzannę wodą z kałuży, a ona zamiast rozpaczać, zręcznie rzuciła w jego szybę mokrym śniegiem, który przysięgam w odczuciu Piotra był cięższy niż pół brukowca.
To była miłość od pierwszego rykoszetu.
W marcu w ich rodzinnym Krakowie romantyzm wychodził na ulice w kaloszach.
Idziemy na spacer? Piotr szeptał z czułością do telefonu.
Nie mam łódki odpowiadała mu rozsądnie Zuzanna.
To wezmę Cię na barana! i już wiedzieli, że ich randki będą przypominały szkolenie w bagiennym klimacie.
Piotr dzielnie przenosił Zuzannę przez stawy roztopów, a ona trzymała nad nim parasol, który co chwilę chciał pofrunąć w kierunku Zakopanego wraz z ich nadzieją na suche skarpetki.
Wiesz, mówił Piotr, chlupiąc prawym kaloszem, to właśnie jest głębia uczucia.
Jesteśmy jak te dwie kaczki w parku.
Kaczki poleciały do ciepłych krajów jeszcze w październiku, Piotr.
Teraz jesteśmy jak dwa nieostrożne pingwiny, które przegapiły Antarktydę, ripostowała Zuzanna.
Ich niecodzienna miłość objawiała się w drobiazgach.
Głębokie uczucie w marcu to nie pierścionek w kieliszku szampana (tam i tak pływałby kawałek lodu), a ostatnia tabletka Gripeksu podzielona na pół.
Dla Ciebie mówił Piotr z dumą, podając jej połowę żółtego proszku.
Z serca wyrywam!.
Dlaczego jest w sierści kota? pytała Zuzanna.
To przyprawa.
Na odporność.
Zuzanna patrzyła na niego w głupkowatej czapce z pomponem, z czerwonym nosem i szaleństwem w oczach i wiedziała, że to własnie TO.
Ten kod wszechświata, który popełnił błąd i połączył ze sobą dwójkę ludzi, potrafiących się śmiać, kiedy oboje mają gorączkę (a wiadomo, u faceta to już stan terminalny).
Najbardziej romantyczny moment zdarzył się na samym końcu miesiąca.
Słońce wreszcie wyjrzało zza chmur, pokazując wszystko, co zima tak skutecznie przykrywała śniegiem.
Kraków wyglądał jak plan filmowy o rewoltach pracowników MPO.
Stali razem na moście.
Wiatr pędził jak szalony, próbując zerwać Piotrowi kurtkę.
Zuzanna, zaczął, przekrzykując wiosenną burzę, chciałem Ci powiedzieć Jesteś dla mnie jak jak pierwszy przebiśnieg!.
Taki blady, przebijający się przez syf? spytała Zuzanna, poprawiając szalik, który już trzy razy owijał jej głowę.
Piotr się zamyślił.
Nie Tak samo wytrwały.
Mimo tego przeklętego marca, jesteś ze mną.
Nawet po tym, jak wpakowałem Twój telefon w śnieg, który okazał się kałużą.
Zuzanna spojrzała na niego, kichnęła (w rytmie przejeżdżającego tramwaju) i wybuchnęła śmiechem.
Dobra, bohaterze przebiśniegu, chodźmy do domu.
Kupiłam kilogram cytryn i znalazłam przepis na grzańca.
Jak przetrwamy tę niedzielę, oficjalnie uznam naszą miłość za zabytek narodowy.
Idąc chodnikiem, omijali lodowe góry.
Ich uczucie było naprawdę głębokie.
Głębokie dokładnie po kolana tyle wody miała ich klatka schodowa.
Ale co tam, bo w tym prawdziwym marcu nie liczy się czystość butów, tylko to, czyją dłoń ściskasz, kiedy razem ślizgacie się w stronę nadciągającego kwietnia
Minął kolejny rok.
Znowu nastał ten marzec.
Miasto znowu zamieniło się w polską wersję Wodnego świata, produkowanego za budżet trzech złotych.
Piotr i Zuzanna stanęli przed gigantyczną kałużą, która przez noc zawładnęła ich podwórkiem.
Sąsiedzi smętnie tulili się do płotów, próbując przejść po skraju lodu, a jakiś dziadek patrzył w niebo, z nadzieją na nie ratunkowy helikopter, ale choćby gołębia z gałązką oliwną.
Piotr, jesteśmy już dorośli.
Mamy kredyt, pracę i roczny raport.
Nie możemy przecież tak po prostu zaczęła Zuzanna.
Możemy i będziemy! przerwał jej Piotr, wyciągnął zza pleców jakby magicznie dwa żółte kalosze w kaczkowy wzór.
Kupiłem wczoraj.
Twój rozmiar.
Zuzanna westchnęła.
Oto ta prawdziwa głęboka miłość, kiedy Twój partner zna nie tylko rozmiar stopy, ale też Twój poziom gotowości do totalnej degeneracji.
Po pięciu minutach już stali w środku kałuży.
Woda chlupała, słońce odbijało się w brudnych resztkach lodu, a przechodnie patrzyli na nich jak na uciekinierów z bardzo sympatycznego, ale zamkniętego ośrodka.
Zuzanna podskoczyła, rozpryskując fontannę, która ochlapała sąsiada w futrzanej czapce.
To najlepszy start wiosny! zawołała.
To kod Żółta kaczka odparł poważnie Piotr.
Wszechświat próbował nas utopić w depresji, ale mamy nieprzemakalne pięty.
Stali pośrodku tego wiosennego chaosu mokrzy, śmieszni i całkiem synchroniczni.
Taka dziwna miłość, którą czują tylko ci, co potrafią odnaleźć dno tam, gdzie inni widzą tylko błoto.
Piotr objął Zuzannę i w tym momencie słońce przygrzało tak mocno, że z ich kurtki zaczął unosić się zapach parującej wiosny.
Płoniemy! zauważyła Zuzanna.
Nie, kochanie.
Po prostu w końcu osiągnęliśmy odpowiednią temperaturę. uśmiechnął się Piotr.
W tym marcowym szale zrozumieli jedno: jeśli życie podrzuca Ci kałuże, kup najmocniejsze, najbardziej kolorowe kalosze i naucz się w nich tańczyćA potem, jakby na znak, spod chmur wyłoniła się olbrzymia tęcza, rozpięta tuż ponad osiedlem, niby subtelna obietnica, że z tej chlupiącej codzienności można zbudować coś pięknego.
Zuzanna, patrząc na roztańczony cień Piotra w kałuży, pomyślała, że marzec co roku zmienia ich w artystów: zamiast czekać na kwiaty, sami rysowali kolory na mokrym bruku.
Od tej pory, kiedy ktoś pytał, jakie jest ich święto, odpowiadali: Pierwszy dzień marcu, kiedy w kaloszach możemy śmiać się głośniej niż deszcz. Bo jeśli miłość potrafi przetrwać najbardziej ponurą porę, to znaczy, że wytrzyma wszystko a nawet polską pogodę.
I tak ślizgając się przez kałuże, z zapasem cytryn i ciepła, Piotr i Zuzanna budowali swoją wiosnę.
Nie czekali na słońce po prostu byli nim dla siebie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

15 − 6 =

TEN WŁAŚNIE MARZEC