TEN SŁYNNY MARZEC
Marzec to nie jest zwyczajny miesiąc to coroczny test na odporność psychiczną.
Zwłaszcza gdy twoja miłość jest równie kapryśna jak pogoda za oknem: niby wiosna, niby koniec świata, a może po prostu ktoś wylał szarą farbę na cały Kraków.
…
Miłość Olega i Barbary zaczęła się właśnie w marcu, co właściwie tłumaczyło wszystko.
Inni zakochani poznawali się przy romantycznym tańcu płatków kwitnącej jabłoni, a ta dwójka spotkała się wtedy, gdy Oleg przez przypadek ochlapał Barbarę wodą z kałuży, a ona zamiast się rozpłakać, trafiła go roztopioną kulką śniegu prosto w szybę samochodu i Oleg miał wrażenie, że w środku tkwiła cegła.
To była miłość od pierwszego odbicia.
W marcu w ich mieście romantyzm wychodził na dwór w kaloszach z Biedronki.
Wyjdziemy dziś na spacer?
pytał Oleg cicho przez telefon.
Nie mam łodzi odpowiadała rozsądnie Barbara.
Wezmę cię na barana.
Ich randki wyglądały niczym trening jednostki wojskowej na bagnach.
Oleg bohatersko przenosił Barbarę przez jeziora roztopionej brei, a ona w tym czasie trzymała nad nim parasolkę, która usilnie próbowała odlecieć w kierunku Zakopanego razem z ich marzeniami o suchych stopach.
Wiesz filozofował Oleg, chlupiąc w prawym kaloszu tu jest cała głębia uczuć.
Teraz jesteśmy jak dwie kaczki w parku.
Kaczki poleciały do ciepłych krajów już w październiku, Oleg.
My tu raczej jak dwa lekkomyślne pingwiny, które zgubiły drogę do Antarktydy.
Ich dziwna miłość pokazywała się w szczegółach.
W marcu głębia uczuć to nie obrączka w kieliszku szampana (w którym i tak zawsze pływa lód), a ostatnia saszetka Gripexu podzielona na pół.
To dla ciebie oznajmiał Oleg, wręczając jej połowę żółtego proszku.
Od serca.
Czemu jest w sierści kota?
To przyprawa.
Na odporność.
Barbara patrzyła na niego w głupiej czapce z pomponem, z czerwonym nosem i szaleństwem w oczach i rozumiała: to jest to.
Ten słynny kod wszechświata, który się pomylił i połączył dwoje ludzi, którzy potrafią śmiać się nawet mając gorączkę (co dla faceta jest przecież stanem przedśmiertnym).
…
Najbardziej romantyczny moment nadchodził pod koniec miesiąca.
Na ulicę wreszcie wyjrzało słońce, odsłaniając wszystko, co zima skrzętnie przykryła śniegiem.
Miasto wyglądało jak scenografia do filmu o rewolcie pracowników miejskich.
Stali na moście.
Wiatr wiał jakby czterdzieści na godzinę i próbował zerwać z Olega kurtkę.
Barbara zaczął, próbując przekrzyczeć szum wiosny chciałem ci powiedzieć…
jesteś dla mnie jak…
jak pierwszy przebiśnieg!
Taki blady i wyłaniający się z sterty śmieci?
upewniła się Barbara, poprawiając szalik, który już trzy razy okręcił jej głowę.
Oleg zawahał się.
Nie.
Taka wytrwała.
Mimo tego przeklętego marca, wciąż jesteś ze mną.
Nawet po tym, jak upuściłem twój telefon do zaspy, która była tylko kałużą.
Barbara popatrzyła na niego, kichnęła (idealnie w rytmie z przejeżdżającym tramwajem) i zaczęła się śmiać.
No dobra, bohaterze-przebiśniegu.
Chodźmy do domu.
Kupiłam kilogram cytryn i znalazłam przepis na grzane wino.
Jak przetrwamy tę niedzielę, uznam naszą miłość za zabytkową.
Szli ulicą, mijając lodowe kry na chodnikach.
To była bardzo głęboka miłość.
Głębokości równo po kolano tyle wody było w ich klatce schodowej.
Ale im było wszystko jedno.
Bo w tym słynnym marcu nieważne było, jak czyste masz buty ważne, czyją dłoń ściskasz, kiedy razem ślizgacie się na spotkanie nieuniknionego kwietnia…
…
Minął kolejny rok.
Nadszedł nowy ten słynny marzec.
Miasto znowu zamieniło się w scenografię do polskiej wersji Wodnego świata, produkowanej za budżet trzech złotych.
Oleg i Barbara stanęli przed gigantyczną kałużą, która przez noc zajęła cały podwórko.
Sąsiedzi smętnie przytulali się do płotów, próbując przebrnąć po wąskim pasku lodu, a jakiś emeryt patrzył z nadzieją w niebo, wypatrując nie tyle ratunkowego helikoptera, co choćby gołębia z gałązką olchy.
Oleg, Barbara zerknęła na swoje nowe, białe sneakersy kupione w przypływie bezpodstawnego optymizmu.
Jesteśmy dorosłymi ludźmi.
Mamy kredyt, pracę i roczny raport.
Nie możemy po prostu…
Możemy przerwał jej Oleg.
Wyciągnął zza pleców, jak magik, dwie jaskrawożółte kalosze z nadrukiem wesołych kaczek.
Kupiłem wczoraj.
Twój rozmiar.
Barbara westchnęła.
To była ta prawdziwie głęboka miłość, kiedy partner zna nie tylko rozmiar twojej stopy, ale i stopień gotowości do kompromitacji.
…
Po pięciu minutach stali już pośrodku kałuży.
Woda wesoło pluskała, słońce odbijało się w brudnych kawałkach lodu, a przechodnie patrzyli na nich jak na uciekinierów z bardzo miłego, ale bardzo zamkniętego sanatorium.
Wiesz Barbara podskoczyła, tworząc fontannę bryzg, która ochlapała sąsiada w futrzanej czapce.
To najlepszy start wiosny.
To kod Żółtej Kaczuszki odpowiedział poważnie Oleg.
Wszechświat chciał nas utopić w depresji, ale mamy nieprzemakalne pięty.
Stali pośród tego marcowego chaosu nieporadni, mokrzy, ale zupełnie zsynchronizowani.
To była dziwna miłość, zrozumiała tylko dla tych, którzy umieją odkrywać dno tam, gdzie inni widzą tylko błoto.
Oleg objął ją, a w tym momencie słońce przygrzało tak mocno, że z ich kurtek uniósł się lekki obłok.
Parujemy zauważyła Barbara.
Nie uśmiechnął się Oleg.
Po prostu wreszcie osiągnęliśmy odpowiednią temperaturę.
W tym słynnym marcu zrozumieli najważniejsze: jeśli życie stawia przed tobą kałuże kup najjaskrawsze kalosze i naucz się w nich tańczyćBarbara spojrzała na niego, a potem na wesołe kaczkowe kalosze i otaczający ich wodny świat.
Przez chwilę miała wrażenie, że cały Kraków przestał chlapać, pogrążył się w ciszy i tylko ich śmiech odbijał się echem od tafli kałuży.
W tym dziwnym marcowym uniwersum, w którym zima udawała wiosnę, a miłość przeskakiwała z jednej plamy błota na drugą, nagle wszystko znalazło sens.
Złapała Olega za rękę.
Chodźmy, zanim znowu zacznie padać powiedziała, ściskając mocno palce.
Oleg skinął głową i razem ruszyli przed siebie, śmiejąc się tak głośno, że nawet najbardziej zmęczony szarą codziennością sąsiad uśmiechnął się pod nosem.
Ich ślady zostawały w brudnej wodzie, ale co roku, na każdą wiosnę, odnajdowali drogę przez marzec nie dlatego, że byli nieprzemakalni, tylko dlatego, że szli razem.
A kiedy pod wieczór nad miastem pojawiła się tęcza, wyłaniając się z rynsztoka jak niespodziewany prezent, Oleg pochylił się do Barbary i szepnął: Może za rok kupię kalosze w kolorach tęczy.
Będziemy wtedy najbardziej odporną parą na świecie.
Barbara odpowiedziała mu uśmiechem, który był cieplejszy niż marcowe słońce i bardziej trwały niż wszelkie przebiśniegi.
Bo w tej miłości nie liczył się czas, pogoda czy głębokość kałuży liczyła się tylko pewność, że nawet jeśli marzec znów zapomni, jak wygląda wiosna, oni zawsze znajdą dla siebie miejsce na suchą wyspę w środku największej brei.
I tak, mimo wszystko, przetrwali kolejny marzec.
Razem z kaczkami, błotem i kodem wszechświata, który tym razem, chyba jednak się nie pomylił.


