TEN SŁYNNY MARZEC

TEN LEGENDARNY MARZEC
Marzec to nie tylko miesiąc to coroczny test odporności psychicznej.
Zwłaszcza, gdy Twoja miłość jest równie zwariowana, jak pogoda za oknem: raz wiosna, raz apokalipsa, albo ktoś wylał szarą farbę na całe miasto.
…Miłość Olgi i Jagody narodziła się właśnie w marcu, co tłumaczy wszystko.
Inne pary poznawały się przy dźwiękach walca i kwitnących wiśni, a ta dwójka spotkała się w chwili, gdy Olga przypadkowo ochlapała Jagodę wodą z kałuży, a Jagoda, zamiast się rozpłakać, celnie rzuciła w jej szybę rozmoczoną śnieżką, w której zdaniem Olgi był zamrożony bruk.
To było uczucie od pierwszego rykoszetu.
Marzec w ich Warszawie był czasem, kiedy romantyzm wychodził na dwór w kaloszach.
Pójdziemy na spacer?
szepnęła delikatnie Olga do słuchawki.
Nie mam łodzi odpowiedziała rzeczowo Jagoda.
Wezmę cię na barana.
Ich randki przypominały ćwiczenia wojsk desantowych w polskich błotach.
Olga dzielnie przenosiła Jagodę przez jeziora roztopionej brei, a Jagoda trzymała nad nią parasol, który próbował odlecieć w stronę Gdańska razem z ich nadziejami na suche nogi.
Wiesz mówiła filozoficznie Olga, chlupocząc prawym kaloszem w tym tkwi głębia uczuć.
Jesteśmy jak dwie kaczki w parku.
Kaczki dawno odleciały do ciepłych krajów, Olga.
My bardziej przypominamy dwie nierozważne pingwiny, które pomyliły drogę do Antarktydy.
Ich dziwna miłość objawiała się w drobiazgach.
Głębokie uczucie w marcu to nie pierścionek zanurzony w kieliszku szampana (tam i tak pływałaby kostka lodu), ale ostatnia saszetka Gripexu, podzielona na pół.
To dla ciebie powiedziała uroczyście Olga, podając pół żółtego proszku.
Od serca.
Czemu jest w futrze od kota?
To przyprawa.
Na odporność.
Jagoda patrzyła na Olgę w głupkowatej czapce z pomponem, czerwonym nosem i szaleńczym błyskiem w oczach i czuła, że to jest to.
Ten legendarny kod wszechświata, który się pomylił i złączył ze sobą dwie osoby, umiejące się śmiać, kiedy obie mają gorączkę (a przecież dla kobiety to już stan alarmowy).
…Najbardziej romantyczny moment wydarzył się pod koniec miesiąca.
Słońce w końcu wyjrzało, odkrywając wszystko, co zima starannie przykryła śniegiem.
Miasto wyglądało jak scenografia do filmu o buncie polskich komunalnych.
Stali na moście.
Wiatr wiał z prędkością trzydziestu metrów na sekundę, próbując zerwać Olgę z kurtki.
Jagoda zaczęła, starając się przekrzyczeć wiosenny szum chciałam powiedzieć…
Jesteś dla mnie jak…
jak pierwszy przebiśnieg!
Tak samo blady i przebijasz się przez śmieci?
dopytała Jagoda, poprawiając szalik, który już trzy razy okręcił jej głowę.
Olga zawahała się.
Nie.
Tak samo wytrwały.
Mimo tego przeklętego marca, ciągle jesteś ze mną.
Nawet po tym, jak utopiłam twój telefon w śnieżnej kałuży.
Jagoda spojrzała na nią, kichnęła (dokładnie w rytmie przejeżdżającego tramwaju) i roześmiała się.
No dobrze, przebiśniegu.
Chodźmy do domu.
Kupiłam kilogram cytryn i mam przepis na grzaniec.
Jeśli przeżyjemy tę niedzielę, uznam naszą miłość za polski zabytek.
Szły ulicą, omijając lodowe góry na chodnikach.
To była bardzo głęboka miłość, głęboka dokładnie po kolana tyle wody było w ich wejściu do bloku.
Ale nie obchodziło ich to.
W tym legendarnym marcu liczy się nie czystość butów, lecz czyją dłoń ściskasz, kiedy razem ślizgacie się ku nieuchronnemu kwietniowi…
…Minął rok.
Zaczął się kolejny legendarny marzec.
Miasto znów stało się planem filmowym do polskiej wersji Wodnego świata, zrealizowanej za budżet pięciu złotych.
Olga i Jagoda stanęły przed olbrzymią kałużą, która przez noc opanowała cały podwórko.
Sąsiedzi przytuleni do płotów próbowali balansować na krawędzi lodu, a jakiś emeryt patrzył w niebo z nadzieją na helikopter ratunkowy lub choćby gołębia z gałązką oliwną.
Olga Jagoda spojrzała na swoje nowe białe sneakersy, nabyte w przypływie irracjonalnego optymizmu.
Jesteśmy dorosłe.
Mamy kredyt, pracę, roczny raport.
Nie możemy po prostu…
Możemy przerwała Olga.
Jak magik wyciągnęła zza pleców dwie żółte kalosze z motywem radosnych kaczek.
Kupiłam wczoraj.
Twój rozmiar.
Jagoda westchnęła.
To była ta głęboka miłość partner zna nie tylko numer buta, ale też poziom gotowości do kompromisów.
…Po pięciu minutach stały już na środku kałuży.
Woda chlupała, słońce odbijało się w brudnych lodach, a przechodnie patrzyli na nie jak na uciekinierki z bardzo przyjaznego, choć zamkniętego zakładu.
Wiesz co Jagoda podskoczyła, podbijając fontannę błota, która ochlapała sąsiada w czapce z norki.
To najlepszy początek wiosny.
To kod Żółta kaczka poważnie odparła Olga.
System wszechświata próbował nas utopić w depresji, ale mamy nieprzemakalne pięty.
Stały pośrodku wiosennego chaosu śmieszne, mokre, ale całkowicie zgodne.
To była dziwna miłość, zrozumiała tylko dla tych, którzy potrafią odnaleźć dno tam, gdzie inni widzą tylko brud.
Olga objęła Jagodę, a słońce mocno przypiekło, sprawiając, że z ich kurtek zaczęła unosić się delikatna para.
Płonąśmy zauważyła Jagoda.
Nie uśmiechnęła się Olga.
Po prostu wreszcie osiągnęłyśmy właściwą temperaturę.
W tym właśnie marcu zrozumiały najważniejsze jeśli życie podsuwa ci kałuże, kup najbardziej jaskrawe kalosze i naucz się w nich tańczyć…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 4 =

TEN SŁYNNY MARZEC