Tego mi tylko brakowało…

To tylko brakowało…

Bożena żyła sama. Dzieci z mężem im się nie udało mieć. Najpierw mieli nadzieję, próbowali, potem postanowili adoptować dziecko z domu dziecka. Zdecydowała ona, bo mąż specjalnie się tym nie przejmował. Jemu wszystko pasowało. Może Bożena zbyt długo przygotowywała się do tego kroku, zwlekała, rozmyślała, a czas nieubłaganie płynął, i po czterdziestce sama zrezygnowała z pomysłu. Bała się, szczerze mówiąc.

Mąż uwielbiał turystykę, wędrówki z plecakiem i namiotem, śpiewy przy ognisku. Trzeba przyznać, grał na gitarze całkiem nieźle. Towarzyski, lubił imprezy, spotkania w gronie przyjaciół.

Za młodu Bożenie też się taki styl życia podobał. Ale z wiekiem zaczęła się męczyć. Miała dość marszów z ciężkim plecakiem, powrotów w niedzielny wieczór, szybkiej kąpieli i w poniedziałek do pracy – z ugryzieniami komarów, spieczoną wiatrem twarzą, zaniedbanymi paznokciami. Marzyło jej się pospać dłużej w weekend, wziąć gorący prysznic, a nie myć się w zimnej rzecznej wodzie albo brudnym stawie. Skorzystać z normalnej toalety, zamiast wystawiać gołą pupę na pastwę komarów.

Od wrażeń też można się zmęczyć, gdy jest ich za dużo. Coraz częściej łapał ją ból pleców, stawy bolały od wysiłku. I przestała chodzić z mężem na wycieczki.

On okazał solidarność, też opuścił kilka wypraw. Ale widziała, że jest smutny, nie może usiedzieć w miejscu. Namówiła go, żeby szedł bez niej. Ucieszył się.

— Po co puściłaś faceta samego? Zapamiętaj moje słowa, jakaś go sobie przywłaszczy. Nic, uspokoiłby się z czasem — skarciła ją przyjaciółka.

— Za młodu nie przywłaszczyła, teraz raczej nie.

— Daremnie tak myślisz. Facet to nie kobieta, w każdym wieku jest w cenie — pokiwała głową przyjaciółka.

— I co? Sugerujesz, żebym chodziła z nim, żeby nie zdradził z jakąś? Wbrew bólowi? O nie. Jeśli zechce zdradzić, to i w domu zdradzi. Nie musi iść na wyprawę. Poza tym, mamy ustaloną paczkę.

— No, no — odparła przyjaciółka.

Mąż już Bożeny nie zapraszał. Chodził sam. Jakoś tak niezauważalnie zaczęli się od siebie oddalać. Zabrakło wspólnych tematów, wspomnień. Ale nic niezwykłego w jego zachowaniu nie widziała.

Aż pewnego dnia wrócił do domu zamyślony, roztargniony.

— Opowiedz, gdzie tym razem byliście? — spytała, podgrzewając zupę.

— Starym szlakiem, ty tam byłaś. Mieliśmy nowych.

— A zdjęcia? Pokażesz, co nafotografowałeś? — jeszcze próbowała go rozruszać, zachęcić do rozmowy.

— Mówiłem, stary szlak — mąż spuścił wzrok, wpatrując się w talerz.

Bożena udawała, że wierzy. Poczuła, że stało się to, o czym ostrzegała przyjaciółka.

Mąż milczał trzy dni, aż w końcu wyznał.

— Wybacz. Zakochałem się. Mocno. Myślałem, że mi się to nie przydarzy — powiedział, unikając jej wzroku.

— Tak od razu? — zdziwiła się Bożena.

— Zabrała twoje miejsce. Była z nami na kilku wyprawach. Nie wyobrażam sobie życia bez niej.

— Młoda?

Mąż milczał.

— Rozumiem. I co zamierzasz? Do niej odejdziesz? — Bożena starała się zachować twarz, nie wpadać w histerię, nie robić awantury.

— Ona też się rozwodzi. Ma syna. Nie ma gdzie mieszkać, nie przyprowadzę jej tutaj. Wymieńmy mieszkanie. — Mąż pierwszy raz od początku rozmowy podniósł na nią oczy.

— A czemu ona nie wymienia swojego?

— To mieszkanie męża. Jeśli nie zgadzasz się, to ja… Nie wiem… — Wstał i nerwowo zaczął chodzić po pokoju.

Mieszkanie było wspólne. Oczywiście, w Bożenie wszystko buntowało się przeciw propozycji męża. Długo myślała, ale w końcu zgodziła się, zastrzegając sobie prawo wyboru nowego lokum. Bolesne było patrzeć, jak mąż się ucieszył.

— Nie, wiedziałam, że jesteś głupia, ale nie aż tak — powiedziała przyjaciółka i pokręciła palcem przy skroni.

— Masz rację. Tylko tam jest dziecko. Ono niczemu nie winne. Nie jestem potworem. Po co mi duże mieszkanie?

Bożenie poszczęściło się — dostała jasne, jednopokojowe mieszkanie w tej samej dzielnicy, niedaleko pracy, świeżo po remoncie. Mieszkaniem męża się nie interesowała. Po co?

Została sama, w jednopokojowym mieszkaniu, bez męża i dzieci. Nic, przyzwyczai się.

Pewnego późnego wieczoru zadzwonił telefon. Brat. Dzwonił niezwykle rzadko, ściśle mówiąc, tylko raz, gdy umarł ojciec.

Bożena przyjechała do dużego miasta z małej wioski na studia. Mieszkała w akademiku, potem wyszła za mąż… Według standardów rodziny uchodziła za bogatą. Mieszka i pracuje w mieście, ma własne mieszkanie. No przecież, bogata. Wszyscy oczekiwali od niej drogich prezentów. Na początku często jeździła do domu, ale wyrzut w oczach rodziny, nawet matki, rozmowy o bogactwie — męczyły. Jak wytłumaczyć, że mieszkanie to nie bogactwo, a konieczność, że życie w mieście jest drogie?

Dla rodziców młodszy syn był oczkiem w głowie. Wyrośnie, nie porzuci, będzie dla nich oparciem na starość. Wszystkie rozmowy i nadzieje wiązali tylko z nim. Syn, spadkobierca. W sumie, Bożena czuła się odtrącona, obca. I przestała przyjeżdżać. Potem mąż wciągnął się w turystykę, nie było czasu.

Ojciec umarł ze dziesięć lat temu. Wtedy ostatni raz była w rodzinnej wiosce.

Nic dobrego po tym telefonie się nie spodziewała.

— Wojtek? Co się stało? — spytała brata, szykując się na złe wieści. — Mama…?

— Nie, żyje. Choć ciężko choruje. Prawie nie wychodzi z domu. Nic nie robi. Sam rozumiesz, wiek. Przyjechałabyś, co?

— Teraz nie mogę. Może za miesiąc.

Cieszyła się, że z mamą wszystko w porządku.

— No wiesz… — Brat się zawahał. — Ewa odeszła ode mnie — w końcu wyznał. — Powiedziała, że ma dość opieki nad twoją matką, że żyjemy na dwa domy, sama rozumiesz. W skrócie, zabrała chI wtedy Bożena zrozumiała, że los nieustannie rzuca jej kłody pod nogi, ale tym razem postanowiła powiedzieć „dość” i w końcu zacząć żyć tak, jak zawsze pragnęła – dla siebie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście + 3 =

Tego mi tylko brakowało…