Tatusiu, nie odchodź! Kochany, nie zostawiaj nas! Tato, nie kupuj mi już nic, ani Wojtkowi też. Tylko zostań z nami! Nie potrzeba mi żadnych samochodów ani cukierków. Żadnych prezentów! Chcę tylko, żebyś był blisko! krzyczał sześcioletły Kuba, uczepiony nogi ojca.
Ich mama w tym czasie szlochała w pokoju. Nie miała siły wstać i wyjść.
A czternastoletni Wojtek stał ze zaciśniętymi pięściami. Miłość do ojca walczyła w nim z nienawiścią.
Kuba to maluch. Jeszcze nic nie rozumie. Ale on, Wojtek, widział, jak źle było matce. Jak dzień wcześniej klęczała i błagała ojca, żeby został. Choć trochę. Dopóki Kuba podrośnie. Ale prośby nie pomogły.
Przestań! Wstawaj! Nie upokarzaj się, słyszysz?! Nie jesteś mu potrzebna! Ani ja, ani nikt z nas, więc niech się toczy! Wojtek podbiegł i zaczął odrywać młodszego brata od taty.
Synu, po co tak? Ja będę przychodził, pomagał wam. Tylko mieszkać będę gdzie indziej. Ale kocham was tak samo. Tak po prostu postanowiliśmy zaczął ojciec.
Kto postanowił?! Ty postanowiłeś! Myślisz, że nic nie słyszałem? Mama cię prosiła, żebyś nie odchodził. Tu jest ona i my! Jesteśmy rodziną. A ty idziesz! Do jakiejś baby! Ona jest dla ciebie ważniejsza niż my, tak?! Wojtek walczył ze łzami.
Gdyby ojciec go przytulił, postawił walizki i powiedział, że to głupi błąd Rzuciłby mu się w ramiona. I wszystko wybaczył. Bo to przecież tata.
Tata, który uczył go naprawiać samochód, zabierał na ryby, grał w piłkę, czytał książki przed snem. Jak mógł teraz się odwrócić i wymazać ich z życia? Za co?
Kuba darł się wniebogłosy. Matka łkała. Ojciec spojrzał na nich wszystkich i wyszedł, przygarbiony.
A za nim długo leciało: Tato! Nie odchodź!.
Od tamtej pory życie stało się inne.
Wojtek znienawidził ojca. Nie chciał się z nim spotykać, rzucał mu podarunki w twarz.
Kuba czekał. Siedział pod drzwiami. Stawał na balkonie i wpatrywał się w dal.
Ojciec prosił, żeby pozwolili mu zabrać dzieci na spacer. Matka nie zgadzała się.
Choć Wojtek sam nie chciał. Kuba rwał się do ojca, ale mówili mu tata nie chce cię widzieć.
Ich mama z dumą zrezygnowałaby z alimentów, ale przecież trzeba było z czegoś żyć.
Zakochał się wasz tatuś. Ot, jak bywa! Gdzie indziej słodziej! Dzieci mu niepotrzebne. Teraz tam inne będą! mawiała.
Wojtek słuchał w milczeniu. Kuba płakał.
Rok później ojciec wrócił. A raczej próbował. Kuby nie było w domu. Tylko Wojtek i matka. Ojciec przepraszał, mówił, że zrozumiał swój błąd. Nie może bez nich żyć.
Ale matka go nie przyjęła. To były chwile jej zemsty. Wojtek też nie wybaczył. Rana była zbyt świeża.
A Kuby nie pytali. Był jeszcze za mały.
Minęły lata. Wojtek zajął się handlem. Kuba został lekarzem. Starszy brat już założył rodzinę. Młodszy do końca opiekował się matką, aż odeszła.
Niedługo potem Kuba postanowił ożenić się z przyjaciółką z dzieci.
Przed ślubem Wojtek miał interesy w innym mieście. Zaproponował wspólną podróż. Pojechali pociągiem. Pili herbatę, gadali pod stukot kół.
Nie kłócili się, żyli w zgodzie, choć rzadko się widywali. Ale byli zbyt różni. Wojtek twardy, nieznoszący sprzeciwu. Kubę nazywał panem miłosierdzia żartobliwie, ale z przekąsem.
Po załatwieniu spraw zwiedzali piękne, nieznane miasto, a potem ruszyli na dworzec.
Tuż przy wejściu Wojtek omal nie potknął się o mężczyznę. Skrzywił się ze wstrętem.
Nie ma co siedzieć tam, gdzie nie trzeba burknął.
Tamten leżał na kartonie. Brudny, zarośnięty, bez nóg. Nagle podniósł wzrok.
Kuba już przeszedł dalej, gdy usłyszał śmiech brata. Zatrzymał się.
Wojtek rechotał, pokazując palcem na bezdomnego. Kuba pociągnął go za rękaw.
Przestań! To nieładne. Nie wiesz, co go spotkało. Nie nam go oceniać!
Nie nam?! Właśnie nam! Nie poznajesz? Ty byłeś za mały. A ja poznałem od razu. Oczy naszego taty zielone. Mama zawsze mówiła, że zakochała się w jego oczach. Na próżno. Co, świnio? Ciekawe? To twoje dzieci, tato! Nie spodziewałeś się? Spotkaliśmy się. Myślałem, że już nigdy. Ale widocznie jest sprawiedliwość. Teraz ty jesteś taki. To za łzy matki. Za nasze. Za wszystko! ryczał Wojtek.
Kuba oniemiał. Mężczyzna na ziemi płakał w milczeniu. Wyszeptał tylko: Jacyście piękni.
Niepodobni do ciebie! Szkoda, że jesteś naszym ojcem! Wstyd mi! Zgnij tu na ulicy! To twoje



