Barbara Kowalska siedziała w swym zimnym domku, w którym unosił się zapach wilgoci, od lat nikt nie doprowadził porządku, a jednak wszystko było jej bliskie, znane; tu była panią, choć siły wyczerpały się na troski, nie wiedziała, od czego zacząć. Z bólu serce ściskało się, łez nie było już płakała całą drogę. Myślała, że stare mury wyleczą, a dusza z czasem się uspokoi. Ubrała płaszcz i ciepłą czapkę, ręce i nogi były lodowate. Kładąc głowę na stole, Barbara zaczęła wspominać swoje życie. Najcenniejszym jej skarbem była córka Jadwiga. Od urodzenia chorowała, mąż ciągle powtarzał: To nie jest dziecko, które nocą nie śpi, które lekarstwami się rozbija, lepiej zdrowe dziecko urodź!. Jak? Przez czterdzieści dwa lata nie mogli jej dosięgnąć, w końcu w wieku czterdziestu dwóch urodziła, już nie wierzyła, że znajdzie szczęście dwie ciąże przedwcześnie utraciła i nie miała już nadziei na kobiecą radość. Wkrótce Jan odszedł do sąsiedniej wsi, zamieszkał z nową żoną, która urodziła mu syna, a o chorej córce już nie chciał słyszeć. Jadwiga rosła, z każdym rokiem stawała się silniejsza i piękniejsza, a matka ledwo zauważyła, że dziewczyna weszła w dorosłość. Na barkach kobiety spoczywało wiele obowiązków: sumiennie pracowała w kołchozie, dom prowadzenie samo było trudne, córka pomagała, lecz bez męża w wsi było ciężko. Mieszkała z nią także teściowa, kiedy samotne życie stało się nie do zniesienia. Wróżkę wdowca zaproponowano Barbarze, lecz ona odmówiła, wstydząc się przed córką. Jak mogłaby wprowadzić mężczyznę do domu? Nie potrzebowali nikogo, była zamężna, już wydała dziecko to wszystko, by dla Jadwigi żyć. Do tego dwie starsze kobiety teściowa już nie wstawała z łóżka, ciągle prosząc o pomoc: Podaj mi szklankę, Odwróć mnie na drugi bok. Jadwiga zdobyła wykształcenie, spotkała dobrego mężczyznę i poślubiła go z miłości. Dwa lata po ślubie urodziła córeczkę Anię. Jadwiga nie chciała siedzieć w domu, a pieniądze nie zaszkodziły wciąż spłacali kredyt hipoteczny. Zaczęła błagać matkę:
Mamo, kochana, przeprowadź się do nas, będzie Ci wesoło i nam pomożesz, babcie już nie ma, sama się czujesz źle.
Nie, Jadwigo, mam krowę, starą kotkę, ogródek, jak zostawię dom?
Sprzedaj tę krowę, ma mało mleka, nie żałuj jej, a kotkę weź sąsiadka, pani Nura jest dobrą kobietą, nie odmówi, za tydzień czekamy na Ciebie!
Barbara nie mogła odmówić własnej krwi. Kot i krowę przejęła sąsiadka, syn, synowa i wnuki mieszkały z nią, pomagali i obiecali pilnować domu. Tak Barbara przeprowadziła się do miasta. Córka z zięciem pracowali do późna, ona z Anią wyjdzie na spacer, nakarmi, a nawet obiad przygotuje. Ania była nieodmiennie podobna do matki, babcia w niej nie widziała ducha, dni i noce spędzali razem, a dziewczynka prawie nie chorowała. W wieku czterech lat Jadwiga postanowiła posłać maluchę do przedszkola, by mogła się rozwijać i obcować z rówieśnikami. Relacje z matką nagle się pogorszyły zięć ciągle niezadowolony, Jadwiga mówiła, że z mężem kłóci się o matkę, babcia rozpieszczała wnuczkę, nieposłuszny chłopiec dorastał, przedszkole odchodziło ze łzami, babcię kochało się bardziej niż własną matkę. Barbara krążyła w obłoku, nie rozumiała, co się dzieje, nie spodziewała się takiego słowa od własnej córki:
Mamo, nie potrzebujemy Cię już, jedź do domu, Ania chodzi do przedszkola, kredyt spłaciliśmy, widzisz, dwupokojowe mieszkanie jest ciasne, a Tobie będzie lepiej.
Na miejscu chciała umrzeć, nie pomyślała, że tak to się skończy, a jak można tak powiedzieć matce? Zabierze kilka rzeczy, szybko spakuje, łapie autobus, myśli tylko o tym, by nie zapłakać. Ania za nią podąża, prosi, by babcię odprowadziła. Zięć odwiezie na dworzec, cicho ją wysadza, nie żegna się. Co zięć, córka nie wyjdzie z kuchni, choć kocha, matka to wie, prawdopodobnie płakała, nie chciała, by matka zobaczyła łzy. Tak znalazła się w domu. Na dworze zaczął padać deszcz, zimno wzmagało się jeszcze bardziej. Barbara, jakby we śnie, usłyszała szorstki głos i przekleństwa. Do domu weszła sąsiadka.
Ojej, Tanieczko, to ty? Myślałam, że ktoś przyjdzie ukraść twój dom. Cześć! Co tu siedzisz w ciemności, wstawaj, chodźmy do nas. Daj, daj, moja Zosia smaży naleśniki, usiądziemy, pogadamy, tyle lat się nie widziałyśmy.
Sąsiadka ciągnęła Barbarę za rękę, opowiadając:
Moi wnukowie już chodzą do szkoły, dobrze się uczą, nie kombinują, a twoja krowa w tym roku wydała cielę, które oddaliśmy do fabryki, zobaczysz, jaka jest piękna, nie sprzedawaj jej, weź dla siebie.
Dzieci przywitały ją radośnie, jakby była rodziną, przyniosły kotkę, opowiadały, jaka jest mądra i przytulna. Puszek zaczął mruczeć, rozpoznał swoją panią. Teraz łzy napłynęły od radości nie była już sama, słuchała opowieści o wsi, o wesołym życiu wielkiej i przyjaznej rodziny, wszyscy się śmiali, a najważniejsze nikt nie pytał, czemu wróciła, nie uprzedził. Syn sąsiadki po kolacji rzekł:
Mamy duży dom, ty, ciociu Tane, zostań u nas, nie myśl odmawiać, nie wypuścimy cię. Naprawię dach, przywiozę drewno, a piec przygarnę, przeprawię komin. Tak odmienimy twój dom, a jeśli zechcesz, zostaniesz, a może ci się u nas spodoba i nie wyjdziesz.
Chuda staruszka siedziała i uśmiechała się, poczuła ciepło, serce ogrzała ludzka dobroć. Życie w Krasnym



