Działka ojca
O tym, że jej tata sprzedał ich działkę, Elżbieta dowiedziała się nagle i całkiem przypadkiem. Przez telefon, kiedy dzwoniła z poczty do mamy w innym mieście. Niby takie rzeczy się nie zdarzają, chyba że w filmach kiedy ktoś jest nieświadomym trzecim uczestnikiem rozmowy, słyszy jak rozmawiają dwie osoby. Jakaś pomyłka czy zrządzenie losu, telefonistka omyłkowo połączyła ją z dwoma innymi abonentami. Dwa miasta, dwie kobiety, dzielą się przez te parę opłaconych minut najważniejszym wydarzeniem: działki już nie ma, sprzedana za niezłą sumę i można no, można zrobić tyle rzeczy, nawet Elżbiecie trochę dorzucić pieniędzy!
Głos jej mamy i cioci Anieli, takie bliskie, aż do bólu znajome akcenty, sto dwadzieścia kilometrów, drgania głosu przekształcone w sygnały elektryczne ciągnące się przewodami. Fizyka była dla Elżbiety trudnym przedmiotem, tata zawsze ją namawiał, żeby się uczyła.
***
Tata, czemu wrześniowe słońce jest takie inne?
Jakie, Elu?
Sama nie wiem nie umiem powiedzieć, chyba bardziej łagodne. Jasno, ale to nie sierpień.
Fizyki trzeba się uczyć, we wrześniu układ planet jest zupełnie inny! Łap jabłko! zaśmiał się tata i rzucił Elżbiecie ogromne, trochę spłaszczone, czerwone jabłko, pachnące miodem.
Papierówka?
Nie, jeszcze nie dojrzała. To malinowa oberlandzka.
Chrupnęła kawałek, sok zabłysnął biało, słodko, z całą pełnią lata i ziemi. Gatunki jabłek, tak jak fizykę, Elżbieta znała słabo. Tu tkwił największy problem! Bo ośmioklasistka Elżbieta Nowak od dwóch lat była zakochana w nauczycielu fizyki. Świat kręcił się wokół tego uczucia, a prawa materii i przestrzeni nijak nie chciały się zmieścić w szkolnej kratkowanej zeszycie. Tata wszystko wyczuwał, widział w jej niewidzących oczach i utracie apetytu. Elżbieta opowiedziała mu już rok temu. Przepłakała całą noc na jego kolanach. Mamy nie było, odpoczywała w sanatorium, a starsza o dwanaście lat siostra studiowała we Wrocławiu.
Na działce tata stawał się szczęśliwy, nucił pod nosem melodie, nigdy w domu tego nie robił tam rządziły mama i siostra, gdy przyjeżdżała. Mama była piękna, wysoka, kierowała biblioteką wojskową, z gęstymi rudymi włosami farbowanymi henną. Co parę miesięcy wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie, pachniała trawą i deszczem. Jej uroda przyciągała spojrzenia. Tata był od niej niższy, starszy o prawie dziesięć lat, niepozorny. Tak właśnie, kiedyś mama powiedziała do cioci: Stefan jest niepozorny. Ale mężczyzna nie musi być piękny. Elżbieta to podsłuchała i było jej przykro.
Niepozorny na tle maminych rudych włosów i jej temperamentu mama ciągle gdzieś coś tłukła, była porywcza. Uwielbiała komfort i porządek, ale musiała godzić się na obecność żołnierzyków, jak ich nazywał tata. Spali czasem na podłodze w pokoju przechodnim ich ciasnego dwupokojowego mieszkania. Zatrzymywali się przejazdem, gdy tata jeszcze służył, lub szukali pracy to byli jego koledzy z jednostki. W 1960 roku Stefan został zwolniony podczas odwilży masowej redukcji kadrowej. Od tej pory pracował jako główny mechanik na poczcie telekomunikacyjnej w Poznaniu. To właśnie dawni żołnierze pomagali mu budować działkę, kopali, stawiali mały domek z werandą. Latem Elżbieta czytała leżąc na dachu, tata podawał jej miski z agrestem, wiśniami i truskawkami. Najszczęśliwszy czas. Mama nie lubiła działki, bywała rzadko, dbała o dłonie zadbane, o długich paznokciach. Elżbieta je podziwiała, tata całował.
Takimi rękami to tylko książki wydawać, a nie grządki przekopywać śmiał się, mrugając do Elżbiety.
***
Pierwsze krople wrześniowego deszczu zabębniły o dach werandy. Wesołe, szybkie, bez jesiennej melancholii. Elżbieta odłożyła książkę.
Ela, schodź, mama zaraz przyjedzie z Anielą, trzeba obiad zrobić cichy głos taty dźwięczał tu zaskakująco mocno.
Elżbieta zwlekała, patrzyła w górę szare, nabrzmiałe, ale nie groźne niebo. Twarz była już mokra od deszczu. Przytuliła się ramionami, marząc o cieple. Na dachu była bliżej nieba, dalej od ziemi. Nad innymi działkami przez chmury przebijały promienie słońca. Fizyka, ta surowa nauka, zostawiała ją w spokoju. Na pierwszym roku dziennikarstwa w akademiku we Wrocławiu wszystko miało własne reguły.
Elżbietę od razu przydzielili do akademika. Ale pierwszy tydzień września musiała spędzić na stancji, z gospodynią w jednym pokoju, w drugim też lokatorzy. Na zajęciach fascynujące zanurzenie w literaturę, język. Wykładowcy, w których zakochiwała się cała grupa, mieli ten niebywały intelektualny urok. Po lekcjach dokuczliwa tęsknota za domem, znajomych jeszcze nie miała.
Obiady jadała w studenckiej stołówce i chodziła po mieście do samego wieczora. Piękno dużego miasta było obce, czuła się samotna. Tak obco, jakby nie ona schodziła stromą ulicą Łąkową obok gmachu uniwersytetu, wśród starych kamienic. Jakby nie ona szła do nowego domu i słyszała szczekanie psów, jakby nie ona potknęła się i obdarła nogę w nowych ciasnych mokasynach.
Na kuchni pachniało tatusiowymi jabłkami, które przywiózł gospodyni w podziękowaniu. Ten słodki, lekko sfermentowany aromat wywoływał łzy i rozbijał duszę. Kiedy wprowadziła się do akademika, okazało się, że jej współlokatorki to studentki z NRD Viola, Magda, Marion. Po głowie Elżbiety pod wieczór kręcił się niemiecki, wychodziła pooddychać. Niemki wybiegały za Elżbietą, pożyczały papierosy i zawsze oddawały złotówki, co wśród Polaków dziwiło. Dziwiły się też maminym przetworom pomidory jadły z wielką ochotą z ziemniakami. Gdy zapasy Elżbiety się kończyły, przynosiły kiełbasę, której Polki tylko zazdrościły, ale rzadko częstowały. W maju kończyły wymianę i wracały do Niemiec, zostawiając góry zimowych butów przy śmietniku, kupionych na surowe polskie zimy. Polskie dziewczyny rozbierały je po cichu
***
Elu, posiekaj kapustę, ja wykopię marchew, bulion już gotowy.
Na malutkiej kuchni okna parowały od długiego gotowania rosołu. Wielka główka kapusty rozłożyła się w koronki jasnozielonych liści na desce. Elżbieta odpięła jeden liść pyszny. Ziemia smakuje najlepiej. Zaczęła wesoło stukać nożem, kapusta pachniała słodko. Otwarła okno, wpuściła aromaty zgniłych liści, dymu i jabłek. Widziała tatę od tyłu, łopata ciężko wchodziła w ziemię, wiedziała, że go bolą plecy. Odłożyła nóż, pobiegła, objęła tatę od tyłu, przytuliła się. On odwrócił się w milczeniu, ucałował ją w czubek głowy.
A siostra Aniela tego wieczoru przyjechała sama mamę rozbolała głowa i została w domu.
***
Za nią już studia, małżeństwo z kolegą ze studiów, początek pracy w Nowatorze przy zakładzie lotniczym, pierwszy zawał taty, narodziny córki i nawet rozwód. W pięć lat dużo się wydarzyło. Mąż Elżbiety odszedł do innej, ona mieszkała z dwuletnią Marysią w wynajętym mieszkaniu. Tata starał się przyjeżdżać co dwa tygodnie. Zawsze coś przywoził, bawił się z wnuczką.
Ela, nie gniewaj się na mamę, że nie przyjeżdża tak często jak ja, dobrze? Bardzo ją męczy podróż I chyba ma kogoś
Tata, co ty! W waszym wieku adorator?!
Tata roześmiał się bardzo smutno. Umilkł. Elżbieta nagle zobaczyła, że jest zupełnie siwy, złamany, że już nie nuci.
Tato, może wezmę urlop od poniedziałku? Pojechalibyśmy na działkę, póki jeszcze ciepło, z Marysią?
***
Działka była zasypana liśćmi, ostatni ciepły tydzień października, babie lato. Rozpalili piec, zaparzyli herbatę z liśćmi czarnej porzeczki. Elżbieta szybko smażyła placki ziemniaczane. Tata grabił liście, Marysia pomagała, potem rozrzucała je wokół i śmiała się. Tłuszcz głośno bulgotał. Z głębi ogrodu szło taty pogwizdywanie.
Wieczorem rozpalili ognisko. Ulica była pusta, sąsiednie domki również. Tata nabijał kromki chleba na witki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać przy ogniu. Elżbieta ogrzewała ręce przy dołującym ogniu.
Przypomniały się pierwsze studenckie wyjazdy śpiewy przy gitarze, oszołomienie uczuciem zakochania nie do końca wiadomo w kim. Po prostu zakochanie w nocnej, rozgwieżdżonej głębi, ciszy jak dzwon, zrywających się akordach, twarzach innych przy ognisku. Każda twarz miała swoją tajemnicę, głębię. Tam poznała męża. A w tym tygodniu w pracy powołano ją na zebranie, miał być wybór kandydatów do partii. Cały wieczór wkuwała statut partii i materiały zjazdowe. I nagle pytania: kto zawinił w rozwodzie, kto jest moralnie niestabilny? Elżbieta jąkała się, prawie płakała. Kolega wziął ją w obronę, wyrzucił z siebie: To zebranie chamów, a nie komunistów! Po latach będzie wspominać z lekkim wstydem.
Gdy się już ściemniło, ognisko zgasiła. Przy furtce zatrzymał się samochód, trzasnęły drzwi. Mama! Piękna, w jaskrawym, nowoczesnym płaszczu, powiedziała, że kolega z pracy ją podrzucił. Marysia rzuciła się do babci, tata spochmurniał, niezręcznie ucałował mamę.
Co za kolega?
Stefan, daj spokój, tylko mnie podwiózł! Nawet go nie znasz
Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia zaczęła marudzić. Mama wypytywała o pracę, o czymś swoim myślała. Tata milczał, patrzył na mamę, marszczył się, opadały mu ramiona. Wieczór był popsuty
***
Za rok taty już nie było. Zmarł na rozległy zawał, zgasł w pierwszych dniach słonecznego października. Po pogrzebie Elżbieta wzięła urlop, chciała pomieszkać na działce. Marysię zostawiła u teściowej.
Nic jej się nie udawało, wszystko leciało z rąk. Jabłek narodziło się wyjątkowo dużo, rozdawała wiadrami sąsiadom, gotowała powidła z miętą i cynamonem, jak lubił tata. Pomagał jej przyjaciel taty z poczty, jeździli razem do szkółki w Skierniewicach po nowe odmiany.
Zostanę na parę dni, Elu, przekopię ogród, podciągnę drzewa, jeśli pozwolisz.
Panie Janie, oczywiście, dziękuję!
Na słowa Elu łzy nabiegły do oczu, poczuła ogromny ciężar nieodwracalności, samotności i bezradności. Do tej pory łudziła się, że tata wróci, że to wszystko tylko zły sen. Pierwsze dni, kiedy go zabrakło, rano na granicy jawy i snu nie mogła zrozumieć, dlaczego tak ją boli. Ułamek sekundy, całkowite przebudzenie i czarną falą płynęły myśli taty już nie ma.
Potem ogarnęło ją poczucie winy, że nie udało jej się go zatrzymać na świecie.
Działki nie sprzedawaj, będę tu przyjeżdżał, pomagał. Wiesz, Elu, tę antonówkę kupowaliśmy razem, byłaś jeszcze dziewczynką. W drodze do Skierniewic Stefan więcej opowiadał o tobie niż o siostrze. Byłaś mała, zabawna. Mówił, że drzewa go przeżyją. Sadzonki zawsze długo oglądał, ja go poganiałem
Pan Jan został trzy dni, przekopał ogród, podciął jabłonie, rozsypał nawozy, pod gankiem posadził trzy krzaki żółtych chryzantem, na pamiątkę po Stefanie.
Lepiej by było sadzić je wcześniej, ale ciepła jesień, przyjmą się! Na pamięć Stefana Róże trzeba jeszcze okryć, liście zebrać to przy okazji kolejnego przyjazdu.
Pożegnali się, deszcz już mżył. Elżbieta długo stała przy furtce, patrzyła jak pan Jan odchodzi. On się odwrócił, pomachał, jakby mówił: wracaj do domu! Deszcz zaczął już mocniej siekać o dach. Wiatr zamknął furtkę ze zgrzytem. Próg domu posypały żółte płatki chryzantem. Tu wszystko było tatusia i takie już zostanie deszcz, drzewa, zapachy jesieni, ziemia. Więc i on gdzieś tu jest, będzie zawsze. A ona, Elżbieta, nauczy się wszystkiego. Będzie przyjeżdżać z Marysią aż do pierwszych przymrozków, w końcu to tylko dwie godziny autobusem. Potem wiosną, gdy stopnieje śnieg, może zrobi się ogrzewanie. Trzeba zacząć odkładać trochę pieniędzy, choćby po parę złotych. Na wiosnę pojedzie też ze Staszkiem po białą porzeczkę, tata zawsze marzył
***
Pół roku później, na początku kwietnia, kiedy jeszcze leżał pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Elżbieta dowiedziała się o tym przypadkiem przez telefon z poczty, dzwoniąc do domu z drogi powrotnej ze Skierniewic. W wąskiej kabinie telefonicznej na podłodze, w reklamówce, owiniętej przy korzeniach wilgotną, starą dziecięcą koszulką, stała sadzonka białej porzeczki.



