DZIENNIK
Dzisiaj w parku spotkałem dziwną scenę. Młoda dziewczyna, Jadwiga, siedziała na ławce, wtulona w siebie, jakby chciała zniknąć. Płakała cicho, ale po plecach można było poznać, że coś się stało.
– Panno, czy coś się stało?
Obok niej stał starszy pan, ubrany w długi czarny płaszcz, w kapeluszu i z laską. Wyglądał jak ktoś z kart starych powieści, które Jadwiga tak uwielbiała. Już wcześniej go widywała – często spacerował po parku. Przypominał jej hrabiego z książki, którą czytała niedawno – tamten też nosił tylko czerń i wymierzał sprawiedliwość.
– Nie, wszystko w porządku.
Pociągnęła nosem, a mężczyzna natychmiast podał jej chusteczkę. Jadwiga zawahała się, ale w końcu wzięła i głośno wysmarkała się. Starszy pan mimowolnie się uśmiechnął.
– Wypiorę i oddam.
Roześmiał się.
– Nie trzeba, mam ich pod dostatkiem. A może zjemy lody?
Jadwiga nie wiedziała, co odpowiedzieć, w końcu wyszeptała:
– Dziękuję, ale nie mam pieniędzy. Może innym razem.
– Kazimierz Nowak.
Uniósł kapelusz.
– Jadwiga.
Nie miała co unieść, więc wstała. Kazimierz podał jej ramię.
– Kiedy przy kobiecie – nieważne, czy dziewczynie, czy pani – stoi mężczyzna, nie ma mowy, by płaciła za lody.
Jadwiga słuchała jak zahipnotyzowana. To brzmiało jak z innego świata. Ona przywykła do czegoś zupełnie innego.
Tego dnia Ilona, jej koleżanka z klasy, znowu ją upokorzyła. Wszystko zaczęło się na przerwie obiadowej. Gdy klasa poszła do stołówki, Jadwiga, jak zwykle, została przy oknie z książką. Do stołówki nie chodziła, bo nie miała za co płacić.
– Kowalska!
Podniosła głowę. Przed nią stała Ilona, a obok niej Tomek, chłopak, w którym Jadwiga podkochiwała się od piątej klasy.
– Co?
– Zostawiłam niedojedzoną kotlet mielony, możesz iść, wziąć.
Wokół już się zbierali inni.
– Dziękuję, nie potrzebuję.
– Jak to nie? A może w ogóle nie wiesz, co to kotlet?
Śmiech. Jadwiga zeskoczyła z parapetu, ale spódnica, która miała z pięć lat, rozdarła się na kolanie.
Śmiali się tak, że aż ściany drżały. Nie poszła na lekcje – złapała plecak i uciekła. Ten park był jej schronieniem. Gdy w szkole było nie do wytrzymania, gdy rodzice znów sprowadzali pijanych znajomych – tutaj znajdowała spokój. Często czytała książki.
I wtedy zauważył ją Kazimierz. Najpierw zdziwił się, że młoda dziewczyna czyta – dziś to rzadkość. Potem dostrzegł, jak jest uboga, chuda, niemal przezroczysta.
Usiedli przy stoliku.
– Jadwigo, dziś zapomniałem zjeść obiad. Czy zechciałabyś mi towarzyszyć?
Uśmiechnęła się. Mówił tak, jakby żyli w XIX wieku. Oczywiście, że się zgodzi. Od rana wypiła tylko pustą herbatę.
Kazimierz zamówił jedzenie i spojrzał na nią.
– Opowiedz, cóż tak zasmuciło tak piękną młodą damę?
– Nic poważnego, tylko szkolne drobiazgi.
– W której jesteś klasie?
– W maturalnej. Za dwa miesiące wolność.
– Na jakie studia?
– Nie wiem jeszcze. Gdzie się uda. Ale marzyłam o medycynie. To jednak pozostanie marzeniem.
– Dlaczego?
– Lekarz to długie studia, a ja muszę zarabiać. Pewnie pójdę na pielęgniarkę.
– Dziwna logika. Chcesz być lekarzem, a zostaniesz pielęgniarką. Masz problemy w nauce?
– Nie, uczę się dobrze. Tylko…
Zawahała się.
– Rodzice… Potrzebują mojej pomocy.
Kazimierz zrozumiał, że nie chce mówić więcej. Akurat przynieśli jedzenie. Patrzył, jak je – widział, że stara się być powolna, ale niemal połyka kęsy.
Potem spacerowali, rozmawiali o książkach.
– Wiesz, Jadwigo, mam książkę, która ci się spodoba. Jutro ją przyniosę, o tej samej porze. Przyjdź.
Jadwiga przyszła. W bibliotece już nie było książek, których by nie czytała. Powieści było mało, niektóre czytała po kilka razy.
Ich przyjaźń rosła. Spierali się o bohaterów, a Kazimierz dyskretnie ją dokarmiał. Wiedziała, że mieszka w eleganckiej kamienicy, sam – żona dawno zmarła, dzieci nie mieli.
Pewnego dnia tak się zaczytJadwiga ocknęła się dopiero, gdy zrobiło się ciemno, a w książce nie mogła już odczytać ani jednego słowa.



