— No to idę… Kasia.
— Idź.
— Wychodzę, Kasia, słyszysz?
— Idź, Wojtek, idź.
Dopiero gdy drzwi zatrzasnęły się za Wojtkiem, Katarzyna puściła łzy. Siedziała w starym fotelu, który dostała jeszcze od babci, podkurczywszy nogi, i płakała. Cicho, jak w dzieciństwie, gdy bała się, że ktoś usłyszy. Płakała, aż zaczęła łkać jak mała dziewczynka.
Jak teraz żyć? Bez Wojtka? Bez człowieka, z którym dzieliła wszystkie te lata?
Kasia wstała, by przygotować kolację, ale znieruchomiała. Po co? Przecież Wojtka nie ma. Jaki sens? Runęła z powrotem w fotel, a łzy znów popłynęły strumieniem.
Wtedy przypomniała sobie o dzieciach. Wkrótce wróci córka Zosia, studentka, głodna po wykładach. Potem przyjdzie syn Marek, spóźni się po treningu. Oni przecież są głodni, trzeba ich nakarmić. Kasia zmusiła się, by wstać, otarła łzy i poszła do kuchni.
Wspominając lata z Wojtkiem, znów rozpłakała się. Jak? Jak żyć bez niego?
Wieczorem dzieci, jak zwykle, wpadły do domu hałaśliwie, przepychając się i żartując. Ale szybko zauważyły nieobecność ojca.
— Mamo, a gdzie tata? W delegacji? — zapytała Zosia.
— Tak właśnie, gdzie on jest? — podchwycił Marek.
Kasia nie wytrzymała. Łzy znów popłynęły, osunęła się na krzesło i zaczęła szlochać.
— Mamo, co się stało? Jest w szpitalu? — zaniepokoiła się Zosia.
— Nie… odszedł… — wykrztusiła Kasia. — Na zawsze… do innej kobiety.
— Co? — krzyknęli chórem dzieci. — Mamo, to żart?
Ale to nie był żart.
Marce zadrżała warga. Choć był sportowcem, w swoich trzynastu latach wciąż pozostawał dzieckiem. Spoglądał bezradnie to na matkę, to na siostrę, gotowy wybuchnąć płaczem.
— Dobra — Zosia stanowczo przetarła czoło. — Marek, idź do łazienki, umyj się i odrabiaj lekcje. Mamo, dość tego zalewania się łzami. Trzeba pomyśleć, co dalej.
Zosia była opanowana, szybka, zdecydowana. Marek, nie sprzeciwiając się, posłuchał.
Później Zosia zajrzała do pokoju brata.
— Płaczesz?
Marek pokręcił głową, nie podnosząc wzroku.
Zosia objęła go, rozczochrała mu włosy.
— Przetrwamy, Marku. Słyszysz? My jesteśmy rodziną, a on tam sam. Jemu jest gorzej.
— Mam mu współczuć? — wykrzyknął Marek przez łzy.
— Współczuć? To pomysł. Będziemy szczęśliwi, najszczęśliwsi. A on jeszcze zrozumie, jaką popełnił pomyłkę.
Uspokoiwszy brata i matkę, Zosia wyszła do łazienki i tam w końcu puściła łzy. Jak? Jak ich tata, najlepszy tata na świecie, mógł tak postąpić? Nie był przecież przystojniakiem, zwykły facet z nadwagą, którego mama utuczyła swoimi pierogami. Poczucie humoru — przeciętne, tylko mama śmiała się z jego żartów. Jeździł starym samochodem, który sam naprawiał. Pracował jako kierownik małego działu w fabryce, zarabiał skromnie.
Ale w ich rodzinie zawsze było dobrze. Zosia chwaliła się koleżankom, że jej ojciec to jedyny, który jest wierny żonie. A okazało się, że nie…
Łzy płynęły, Zosia zmywała je zimną wodą.
Życie toczyło się dalej, spokojnie, ale już bez ojca. Słowo „tata” zniknęło z ich słownika. Mówili teraz „on” lub „ojciec”, i to coraz rzadziej.
Pewnego dnia Zosia usłyszała za sobą:
— Zosiu, Zosiu, zaczekaj!
Obróciła się. Za nią, zdyszany, biegł ojciec — niezdarny, w ciasnym garniturze, z krawatem, który zdawał się go dławić.
Zosia odwróciła się i przyspieszyła kroku.
— Córeczko, zaczekaj! — błagał.
— Czego chcesz? — rzuciła zimno.
— Masz, pieniądze… weź — Wojtek wyciągnął plik banknotów. — Dużo tu. Przyjdź do nas, Zosiu. Eliza, ona jest dobra, handluje futrami. Wybierzesz sobie futro. I mamie na urodziny futro damy, z norek! Eliza mi na wszystko pozwala. Wkrótce znowu lecimy do Grecji, po futra…
— Idź se… w cholerę — odcięła Zosia.
— Po co w cholerę, córeczko?
— Po futra. Na inne trzy litery nie mogę — wychowanie nie pozwala… tato.
Wojtek zastygł, jakby oblał go lodowatą wodą. Wiedział przecież, że w domu brakuje pieniędzy. Żyli skromnie, a on jeszcze… wdał się z Elizą.
Wszystko zaczęło się od kolegi, Jacka. Ten zaprosił Wojtka do swojej znajomej, a tam była Eliza. Najpierw mu się nie podobała — zbyt jaskrawa, wulgarna, rozrośnięta jak niedźwiedzica. Patrzyła na niego, jakby chciała go połknąć. Wojtek posiedział chwilę i wrócił do domu.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy okłamał Kasię, powiedział, że został w pracy. Serce waliło, wstyd dusił. Kasia uznała, że zachorował, a on miał po prostu taki wstyd, że aż gorączka skoczyła.
Potem Jacek znów namówił: „Na pół godziny!” I znowu Eliza.
— No co, Wojtek? Ona futra z Grecji przywozi, ma dwa stoiska na bazarze! Kupi futro Kasi, co tylko zechcesz!
— Po co mi to? Mam przecież Kasię.
— No weź! Nudzi się samej. Co ci szkodzi? Futro z norek dla Kasi — chcesz?
— Chcę…
I poszedł. A potem jeszcze i jeszcze. To wszystko przez to przeklęte futro. Sam nie wiedział, jak skończył w łóżku z Elizą. Płakał, wracając do domu, tak mu było wstyd przed Kasią. A potem ona się dowiedziała… i nie wybaczyła. KazA potem, gdy Wojtek zrozumiał, że najcenniejsze nie są futra, ale rodzina, której nie da się ani kupić, ani zastąpić, było już za późno.



