Tajemnica
W małym miasteczku, bardziej przypominającym wieś niż miasto, mieszkała kiedyś dziewczynka o imieniu Bożena. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj miałam jakieś dziesięć lat, gdy mama, która wierzyła w najróżniejsze zabobony i ezoterykę, zabrała mnie do miejscowej wróżki.
Stara kobieta rozłożyła karty i spojrzała uważnie:
Szczęśliwa będzie z ciebie dziewczyna, Bożenko powiedziała cicho. Wszystko ci się w życiu poukłada, ale tylko mężczyzny przy tobie nie widzę…
Z tą zagadkową przepowiednią nosiłam się przez lata, choć wtedy nie do końca zrozumiałam jej sens.
Lata minęły szybko. Dorosłam, wyrosłam na zgrabną i urodziwą kobietę. Chłopcy z okolicy wariowali na mój widok a ja? Z nikim na dłużej nie wiązałam się na poważnie. Spotykałam się nieco z jednym, trochę z drugim.
Po maturze nigdzie nie wyjechałam, chociaż dobrze się uczyłam. Zostałam pracować w lokalnej mleczarni. Plotkowano, że mam romans z którymś z kierowników, ale nigdy nikt nas razem nie widział.
Kobiety w zakładzie powtarzały nowej dziewczynie:
Uważaj, Bożena, nie zasiedzisz się tu przypadkiem? Ani się obejrzysz, a młodość minie! Lepiej byś do miasta pojechała z twoją urodą i charakterem, tam cię w mig porwą!
Słuchałam, uśmiechałam się tylko pod nosem, nic nie odpowiadając.
Nagle całe miasteczko zaczęło huczeć: Bożenka w ciąży!
Rozpoczęły się domysły, debaty, przepytywania kto to ojciec? Kogo spotkało takie szczęście? Rozmyślali wszyscy, ale żadnych konkretów nie ustalono.
Moja mama nie miała żadnych wątpliwości:
No proszę, doczekałaś się. Zhańbiłaś rodzinę. Teraz żyj jak umiesz ode mnie nic nie dostaniesz. Urodziłaś, to wychowuj. I miej na uwadze: szukaj sobie mieszkania, bo tu cię nie chcę. Masz miesiąc.
Dobrze, mamo odpowiedziałam wtedy spokojnie odejdę. I nie licz na to, że będziesz mnie kiedyś prosić o powrót.
Po dwóch tygodniach kupiłam mały domek z całym wyposażeniem. Sąsiedzi mówili, że miałam szczęście: dzieci dawnej właścicielki zabrały ją do Krakowa, a dom sprzedali za grosze. Skąd ja, ciężarna, zdobyłam nawet te niewielkie pieniądze? Tajemnica.
A potem zaczęły się cuda. Domek szybko odnowiłam, ogrodzenie postawiłam nowe, na podwórku pojawiła się studnia. Jacyś ludzie przyjechali i zrobili wszystko ekspresowo.
Później sąsiedzi widzieli, jak kurier przywozi mi sprzęt AGD i meble. Chodziłam przez wieś szczęśliwa, szeroko uśmiechnięta, zupełnie nie wyglądająca na porzuconą biedaczkę.
Jesienią urodził się mój synek, Antoś. Na podwórku przed zadbanym domem pojawił się nowy niebieski wózek. Szybko doszłam do siebie promieniałam, wyglądałam jeszcze lepiej niż dawniej. Zawsze zadbana, sprawna i pogodna szłam przez wieś z podniesioną głową.
W domu nie narzekałam na brak pracy: małe dziecko, ogródek, piec trzeba rozpalić, sklep odwiedzić, a prania z maluchem całe góry. Ale byłam pracowita od dziecka dawałam sobie radę. Nie skarżyłam się nigdy i nikomu.
Kiedy sąsiadki zobaczyły, jak wiele pracy wkładam i jaką jestem osobą, zaprzyjaźniły się ze mną. Pomagały z Antosiem, gdy musiałam gdzieś wyjść. Z ogródkiem czasem ich mężowie pomagali, innym razem pomagały same w plewieniu. Ale głównie ze wszystkim radziłam sobie sama.
Antoś miał około dwóch lat, gdy jedna sąsiadka z przejęciem przybiegła do drugiej:
Widzisz?!
Co takiego?
Bożenka znowu w ciąży!
Daj spokój, coś ci się przywidziało!
Nic mi się nie przywidziało. Zobacz sama!
Znowu zaczęto o mnie gadać w okolicy. Plotki, domysły… Najbardziej wszystkich fascynowało: kto to tym razem?!
Dziwne, że nikt nie miał żadnego konkretnego pomysłu. Przecież nikt mnie z żadnym mężczyzną nie widywał!
Nie przejmowałam się plotkami. Żyłam swoim rytmem. Tylko na podwórku pojawiła się nowa bania, gazownicy wytyczyli specjalnie dla mnie nową nitkę i podłączyli gaz, w ogrodzie stanął nowoczesny tunel foliowy, wcale nienajtańszy.
Skąd samotna kobieta ma takie pieniądze? mówiono w miasteczku. Musi mieć jakiegoś ważnego adoratora. Ale tajemnica Bożeny wciąż pozostawała nierozwiązana.
Wkrótce na podwórku znowu ten sam niebieski wózek. Antoś miał młodszego brata, Szymka.
Dwa lata później następny brat, Michałek.
Urodziłam trzech synów i nikt nie wiedział, kto jest ojcem. Jedni wyśmiewali mnie, drudzy podziwiali za odwagę, widząc, jak dobrze zadbane są moje dzieci, że nie piję, ciężko pracuję.
Bywało, że niektórzy wytykali mnie palcami, obgadywali, stawiali moją historię za przykład dla własnych córek.
Moja mama mnie nie rozumiała, wstydziła się, nie próbowała nawet poznać wnuków.
A ja jak zawsze chodziłam dumna i nikomu nie dawałam się złamać.
Upłynęło trochę czasu. Aż pewnego dnia pod mój dom podjechał luksusowy samochód. Wyszedł z niego dyrektor mleczarni, pan Stanisław Kruk, z wielkim bukietem kwiatów. Wszedł do środka, a sąsiedzi zaczęli się schodzić pod mój dom. Wszyscy pytali jeden drugiego:
Co się dzieje? Dlaczego pan Stanisław Kruk do Bożeny przyjechał i to za dnia? I jeszcze z kwiatami?!
Wszyscy wiedzieli, że rok wcześniej pochował żonę. Przez lata jej choroby opiekował się nią troskliwie. Czasem pomagała pielęgniarka, ale nigdy żony nie zostawił.
Gdy w końcu wyszliśmy z domu, na podwórku stało już pół wsi. Stanisław przyciągnął mnie do siebie i publicznie pocałował. Potem, bardzo głośno, powiedział:
Bożena zgodziła się zostać moją żoną. Wraz z naszymi synami zapraszamy wszystkich na wesele!
Zapanowało grobowe milczenie. Ludzie patrzyli ze zdziwieniem, a ja ledwo mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Chyba dopiero wtedy wszyscy zrozumieli, do kogo nasi chłopcy są podobni…
Wkrótce ze wszystkich stron zaczęły płynąć gratulacje.
Po hucznym, wielkim weselu Stanisław przeprowadził mnie z synami do swojego domu. Cała okolica pomagała nam z przeprowadzką.
A rok później w naszej rodzinie pojawiła się wyczekiwana córeczka…
I jak tu wierzyć wróżkom?


