Szwagierka uważa, że to my powinniśmy rozpieszczać jej dzieci

Siostra mojego męża ma dość specyficzne podejście do komunikacji. Kiedy mówi „Fajnie by było zabrać dzieciaki na ten nowy film”, w rzeczywistości oczekuje, że mój małżonek natychmiast rzuci wszystko i zawiezie siostrzeńców do kina. A gdy rzuca „Taka piękna pogoda, a wy w domu siedzicie”, to w istocie prosi, żebyśmy to my zabrali jej pociechy do wesołego miasteczka. Oczywiście, na nasz koszt.

Ja, niestety, nigdy nie łapię takich subtelności. A gdy podpowiedzi stają się zbyt oczywiste, po prostu udaję, że nic nie rozumiem. Chcesz o coś poprosić? To mów wprost, bez tych gier. Mój mąż jednak zawsze biegnie na każde skinienie siostry.

Uwielbia siostrzeńców. I, moim zdaniem, trochę za bardzo im pobłaża. Rozumiem, że Marzena chce, żeby jej dzieci miały urozmaicony czas. Ale, przepraszam bardzo, to rodzice powinni organizować rozrywki swoim szkrabom, a nie ciotki i wujkowie.

Oczywiście, od czasu do czasu można sprawić przyjemność dzieciom z rodziny. Jednak to nie powinien być obowiązek! Niedawno nasz siostrzeniec, Kacper, obchodził imieniny. Urodziny miał już za sobą, a my wręczyliśmy mu całkiem niezły prezent – porządny rower. Nie była to tania sprawa. Ale Marzenie najwyraźniej to nie wystarczyło. W jej głowie zrodził się pomysł, że Kacper powinien pojechać na weekend do Włoch. Oczywiście z nią, bo przecież taki maluch nie może podróżować sam!

W języku Marzeny brzmiało to tak: „Kacperek tak marzy o Neapolu!”. Dopiero podczas przyjęcia, gdy mój mąż wręczył jej tort zamiast biletu, dotarło do niej, że tym razem nic nie wskóra. Mnie tam nie było – pracowałam. Mąż poszedł sam i podarował Kacprowi poduszki z literami układającymi się w jego imię. Szukaliśmy tego długo w internecie, bo w ich domu zwykle nie obchodziło się imienin.

Z każdym rokiem wymagania Marzeny rosną. Mnie to już mocno się przejadło, ale mąż tak kocha siostrzeńców, że nie potrafi im odmówić. Zawsze marzył o własnych dzieciach, ale jakoś nie wyszło. Więc całą swoją rodzicielską miłość przelał na dzieci siostry. Wystarczyło, że Marzena kazała im zrobić słodkie minki i błagać „prooosszęęę”, a mąż już biegł spełniać ich zachcianki. Ja widziałam, jak to działa, ale on uparcie wierzył, że jego siostra nie byłaby tak podła, żeby wykorzystywać dzieci.

Aż w końcu zaszłam w ciążę.

Mąż oszalał z radości – tańczył wokół mojego brzucha jak opętany. Kiedy Marzena znów zaczęła namawiać go na wyjazd, stanowczo odmówił i oznajmił, że wkrótce będzie miał własne dziecko. Wtedy jego siostra wpadła w furię, kazała mu wyjść, a potem zadzwoniła do mnie z awanturą. „Jak śmiałaś?!” – wrzeszczała. „To wszystko zrobiłaś specjalnie, żeby moje dzieci cierpiały!”. Nie słuchałam dalej, po prostu odłożyłam słuchawkę.

Później siostrzeńcy przynieśli mężowi własnoręcznie zrobione kartki. Napisali na nich: „Wujku, nie zostawiaj nas” oraz „Po co ci swoje dzieci, skoro masz nas?”. Ciekawe, kto podsunął im ten genialny pomysł… Choć kto wie, może Marzena nie przewidziała, że efekt będzie odwrotny od zamierzonego.

Mąż wrócił do domu z tymi kartkami i nagle zrozumiał, jak bardzo dał się wykorzystywać.

„Jestem kompletnie głupi!” – powtarzał. – „„Wujku, zepsuła nam się mikrofala, nie możemy podgrzać obiadu po szkole, boimy się gazu. A mamusia nie ma na nową, kup nam, proszę…””. – przedrzeźniał dzieci. – „Ona zawsze tak robiła! Namawiała je, żeby żebrały, a ja jak idiota dawałem się nabrać!”.

Nagle wszystko się zmieniło. Wcześniej wydawał na siostrzeńców nawet ostatnie złotówki, a teraz spisał w notesie każdy grosz, jaki na nich przeznaczył.

Marzena, nie zrażona, przyszła do nas z kolejną prośbą.

„Skoro będziecie mieć swoje dziecko, to może, braciszku, podarujesz nam coś na pożegnanie? Ostatni raz. Potem już nie przyjdę. Tylko samochód by się przydał, żeby wozić dzieciaki” – oznajmiła od progu.

W odpowiedzi mąż wcisnął jej swoje notatki i kazał oddać każdą wydaną kwotę. Dał pół roku. I wyprowadził za drzwi.

„Idź już. Masz teraz czas, żeby znaleźć pracę” – rzucił za nią.

Teraz koleżanki Marzeny bombardują mnie wiadomościami w mediach społecznościowych. Oskarżają, że przez mnie dzieci głodują i nie mają męskiego wzorca. Odpisuję krótko: „Spadajcie”. Marzena i tak ma nieźle – mój mąż zrzekł się rodzinnego spadku, więc dostała wszystko, w tym mieszkanie. A po byłym mężu też ma drugie lokum. Wynajmuje je, plus dostaje alimenty.

Nie sądzę, żeby zbankrutowała. A u nas też wszystko w porządku.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × trzy =

Szwagierka uważa, że to my powinniśmy rozpieszczać jej dzieci