Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.

Dziennik, 28 marca, Warszawa

Szukam kobiety o imieniu Jolanta.
Dzisiaj znów przekroczyłem niską bramę kolejnego podwórza-studni na Starych Bielanach, pełnego topniejącego śniegu i dziecięcego gwaru. To już czwarte podwórze, do którego dziś zajrzałem. Dzieci grają w hokeja na kałużach, woda tryska spod krążka, ale nikomu to nie przeszkadza liczy się tylko zabawa.

Zatrzymałem się pod łukiem przejścia, rozglądając po podwórzu. Tak bardzo chciałem, by pamięć zaczepiła się o jakiś szczegół, wyciągnęła z cienia przeszłości dawne obrazy. Ale wszystko tu było inne niż kiedyś… Cóż, trzydzieści parę lat to nie żarty! Wtedy były tu tylko podwórkowe ławki, sznury z praniem, szopki pod oknami i kępy floksa. A teraz blokowiska, domofony, samochody pod oknami.

Tak naprawdę, niemożliwością było, by nic się nie zmieniło przez tyle lat.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi starszego pana w futrzanej czapce, o aparycji raczej przyjezdnego niż mieszkańca Bielan. Tu przecież wszyscy byli sobie obcy połowa mieszkań najemcy, drugi połowa konserwatorów, jakiegoś daru sąsiedzkiego nie było nigdy. To jednak Warszawa

Dom, do którego chciałem się dostać, stał po prawej stronie od bramy. Tego byłem pewien. Drugi z trzech pięter, mieszkanie w głębi, drugie po prawej stronie. Pamiętam wnętrze tamtej kamienicy do dziś każde przetarcie na zasłonce, zacinający się zamek w lufciku, zielony czajnik, skrzypiący parkiet, a nawet tego obrzydliwego karalucha, z którym walczyliśmy dwa dni. Wszystko, co ważne, zostało w tamtej głębi mieszkania…

Tylko numery ulic i mieszkań się zatarły. Zbyt wiele bliźniaczych podwórek tu na Bielanach. I ten sam projekt kamienic, bliźniacze drzwi wejściowe, domofony, numery od nowa pogubiłem się dawno temu.

Dlatego wracam…

Wchodzę do klatki schodowej, uderza mnie zapach kota i kurzu. Nawet on nie zmienił się przez te wszystkie lata. Schody wytarte, wysokie okna brudne.

Dzień dobry! ukłoniłem się do starszej pani w szarym płaszczu z torbą na rolkach.

Dzień dobry, a do kogo? spytała nieufnie.

Na drugie piętro, szukam Jolanty, pani po sześćdziesiątce… Nie wie pani, czy tu mieszkała taka?

A które mieszkanie?

W narożniku, prawe. To było dawno, kiedy jeszcze były tu mieszkania współdzielone…

Narożne? Tam teraz Kowalscy, rodzina z dwójką dzieci, żadnej Jolanty nigdy nie kojarzę. Jestem tu od dziecka. Przykro mi.

Podziękowałem i zszedłem po schodach, czując jak oddech mi się zacieśnia. Kobieta szła za mną.

A nazwisko? dopytała. Może bym pomogła

Nie pamiętam. Nie znałem nazwiska

A kim ona była dla pana? była dociekliwa.

Patrzyłem na nią bezradnie. Kim była Jolanta? Była wszystkim.

Kiedy człowiek się zakocha, każdy detal zostaje w nim na całe życie. Każdy powiew zasłony, pęknięcie w podłodze. Tak, czasem te wspomnienia bolą. Przeżyłem czterdzieści lat z winą w sercu. Kochałem ją nadal, choć udawałem przed sobą, że uczucia nie przetrwają. Ale ból wracał. Utraty miłości nie leczy czas.

Po śmierci żony, z którą spędziłem prawie całe życie a w późniejszych latach już osobno, każdy we własnym pokoju, rozmawiając tylko przy zakupach poczułem, że to wszystko trzeba zrozumieć. Dom zamienił się w galerię: złocone ramy, ogromny żyrandol, pianino. Pianino, na którym nikt nigdy nie grał. Tylko waza z plastikowymi kwiatami i odkurzacz fortepian Stolmana za dziesięć pensji. Wszystko wydawało mi się fałszem, sobą obcy w jej świecie.

Ona nigdy nie dokończyła żadnej rzeczy, także śpiewów i lekcji fortepianu. Niczego… Wyjątkiem był masaż i paznokcie. Nawet ciąży nie dokończyła, ale nie winię jej…

Mimo to tęskniłem do niej w ostatnich latach razem chodziliśmy na spacery po Ogrodzie Krasińskich, dokarmialiśmy kaczki nad oczkiem, piliśmy herbatę na ławce, bez słów. Wtedy relacje były prostsze.

Przynajmniej nie musieliśmy już niczego udowadniać.

Praca w resorcie budowlanym, awanse, znajomości, ocena teścia to wszystko już minęło. I wspomnienia, jak z Nowej Huty pojechaliśmy razem na szkolenie do Warszawy…

I scena ta powracała do mnie szczególnie intensywnie. Metro Warszawskie, obok pl. Wilsona, wieczór, dżdżysta jesień. Mojego szefa gnębiły jakieś notatki, a ja wędrowałem wzdłuż peronu i usłyszałem cudowną melodię…

W rogu, pod wilgotną ścianą, dziewczyna w błękitnej czapce i szalu grała na skrzypcach. Klatka schodowa tonęła w szarości. Przed nią otwarty futerał na kilka złotych resztek z portfeli przechodniów. Skończyła utwór, zmarznięta, tuliła dłoń do swetra, a potem… zagrała jeszcze raz, tak, jakby to było pożegnanie.

Nagle pojawił się chłopak, może piętnaście lat, i w jednej chwili chwycił futerał. Ktoś krzyknął, ona jednak grała dalej. Ja rzuciłem się za nim, jeden z przechodniów udaremnił mu ucieczkę, futerał się otworzył drobne potoczyły się wszędzie. Oddałem jej to, co mi wpadło w ręce. Ona była poważna, chłodna widać, że nie drobnymi się zamartwiała…

Często tak tu? spytałem, próbując zacząć rozmowę.

Bywa, ale co to zmieni? odpowiedziała chłodno.

I odeszła. Ale szedłem za nią mostkiem, aż na Pragę, aż zobaczyłem, jak kładzie futerał na barierce. Zorientowałem się, że chce go wrzucić do Wisły Nie pozwoliłem. Trzymałem z nią ten głupi futerał jakby nasze życie od tego zależało.

Nie powinna pani grać na ulicy, prawda? zauważyłem, chcąc rozładować sytuację.

Miałam nie grać po śmierci mamy.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Potem wyznała: nie chodziło o duszę, tylko o głód. Grała, bo zabrakło jej pieniędzy.

Chciałem dać jej trochę złotych, wyciągnąłem stówkę z portfela obraziła się, odrzuciła podarunek i odeszła. Krzyczałem za nią przy wyjściu, prosiłem, żeby wróciła. Czekałem na nią dzień później na tym samym peronie… Trzy godziny. Wśród straganów, bab sprzedających sernik i kiszkę, handlujących płytami z Czerwonymi Gitarami, między warszawskim tłumem.

Wróciła. Grała, jak zawsze pięknie, wzruszająco. Dałem jej wtedy wszystkie oszczędności, które dostałem na wyjazd służbowy całą premię. Omal nie padłem ofiarą bramkarzy targowiskowych, bo wtedy trwała już ich własna wojna o haracz. Zostałem pobity, ona wezwała patrol. Trafiłbym do szpitala, gdyby nie jej opieka.

Odwiozła mnie wtedy do mieszkania współdzielonego. W holu głośno pachniało smażonym czosnkiem. Pokoik był mały, wysokie sufity i rząd książek, fortepian nakryty białą serwetą. Mieszkała tylko z mamą, która już wtedy nie żyła. Podawała mi lekko słodzony barszcz, łatała urwane guziki. Opowiadała o studiach na Akademii Muzycznej im. Chopina, o porzuconej nauce, o handlu na bazarze Banacha, o swoich podnajmowanych lokatorkach z Lubelszczyzny…

Pamiętam, że byliśmy blisko. Pamiętam jej kołyszące się spodnie od piżamy, bo nie miałem własnych. Mieszkanie, karaluch, herbata. To wspomnienia z tych dwóch, trzech dni na Bielanach.

Byliśmy szczęśliwi. Chodziłem z nią po deszczu na Nowym Mieście, popijałem gorącą czekoladę, słuchałem poezji Gałczyńskiego, którą recytowała. Zapytałem: Wyjedź ze mną do Krakowa. Odpowiedziała wierszem:

To jest pieśń ostatniego spotkania
Patrzę na ciemny dom…

I tak naprawdę nigdy potem nie wiedziałem, czy się rozstaliśmy z konieczności, czy dlatego, że zabrakło mi odwagi.

Następnego ranka przyszło wezwanie. Do pracy. Sprawa sądowa. Oskarżenia o nadużycie środków, korupcję. Przełożony, teść mojej przyszłej żony uratował mnie, ale pod jednym warunkiem miałem poślubić jego córkę. Odszedłem. Wróciłem na południe, kolejne lata pracy, kolejne mieszkania, nowa rodzina…

Nigdy potem jednak nie zapomniałem Jolanty.

Wracam tu, do Warszawy, chodzę po tych podwórkach, trzymając w rękach stary notes i zapisuję:

16 nikt nie odpowiada, 24 nie wiedzą, 32A nabyli niedawno…

Znów próbuję szczęścia zagaduję staruszki na ławkach.

Jolanta? dwie panie patrzą na siebie z powątpiewaniem. Ta, co zmarła na wiosnę? pyta jedna.
Serce mi zamiera. Najbardziej boję się, że jej już nie ma.

Nieee, to chyba nie ta Zresztą, mówiłeś prawa klatka, a Jolanta mieszkała z lewej! Może Aśka, nie Jolanta? Ta jeszcze żyje, tylko się wyprowadziła.

Znowu dzwonię po mieszkaniach. Nic. Przechodzę przez kolejne podwórza. W pewnym momencie widzę sklep muzyczny, skrzypce w oknie. Wchodzę. Młodziutka sprzedawczyni pyta:

Pomóc panu?

Znałem tu kiedyś skrzypaczkę. Jolantę… Nie wie pani, czy…

Jolanta Nowicka? Ma tu córkę, Agnieszkę.

Ile lat?

Czterdzieści w tym roku uśmiecha się.

Znowu nie trafiłem. Znów wspomnienie.

Ale kiedy już miałem wracać, spotykam parę starszych ludzi na spacerze. Pytam, czy pamiętają Jolantę.

Pamiętamy, pamiętamy. To córka pani Marii z drugiego piętra, po tym kącie… Rósł pod jej oknem jarzębinowy krzew, pamięta pan?

Jarzębina… Tak zapomniałem już, że rosła tam… Nigdy nie spytałem, gdzie się potem podziała.

Okazuje się, że jej córka mieszka dalej w tym mieszkaniu, po remoncie. Z trudem wchodzę na piętro, dzwonię do drzwi. Otwiera mi młoda kobieta (dla mnie młoda ma ze czterdzieści lat), w letniej sukience, przecierając ręce w kuchennym ręczniku.

Dzień dobry. Jestem tu, bo… Szukam pani matki, Jolanty. Byłem tu wiele lat temu. Spędziłem tu dwa dni… Wiem, dziwne słowa.

Proszę wejść. Mam na imię Agnieszka.

Kiedy siadam u nich w kuchni, orientuję się, że to moja córka. Naprawdę. Siedzi tu mój wnuk, Kacper, pyta się, czy gram w szachy.

Opowiadam jej wszystko, płaczę po cichu na kuchni przy herbacie.

Często mamie było ciężko Agnieszka zaczyna snuć jej historię. Ale mówiła, że po moich narodzinach nauczyła się żyć na nowo jakby drugi oddech dostała. Czekała na spotkanie z panem. Powtarzała, że w końcu się pan odezwie. Całe życie.

Dajcie mi, proszę, jej adres. Muszę ją zobaczyć. Dzisiaj, natychmiast.

Zięć, lekarz, chwilę się waha. I w końcu wiezie mnie pod nowy blok, na Powiśle. Piąte piętro, mieszkanie 118. Dostaję pilot do domofonu.

Idę. Z sercem bijącym jak dzwon staję pod drzwiami. Naciskam guzik.

Nie zdążyłem nic powiedzieć drzwi otwierają się od razu. Jest. Tylko trochę siwa, trochę zmęczona, ale to ona, Jolanta. Stoję w korytarzu, wśród zapachu świeżego prania. Chyba próbuję uklęknąć, dziękując losowi, że w końcu ją znalazłem.

Jolu, przepraszam… Przepraszam, kochana…

Klęka ze mną, nie czekając na wyjaśnienia. Obejmuje mnie.

Mówiłam ci przecież, że będziesz wracał Czekałam tylko tyle.

Potem już wszystko dzieje się szybko zięć, powrót do szpitala, glukometr, kroplówka. Wiatr kołysze gałęzie na nowym osiedlu.

Ale wreszcie ona jest przy mnie najważniejsza na świecie. Płaczemy trochę, obiecujemy sobie, że już nigdy się nie rozstaniemy. W końcu życie nam się należy.

Nie spóźniłem się na własne szczęście. Zdążyłem… Trzydzieści lat później.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × pięć =

Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.