Szukam kobiety o imieniu Jadwiga.
Pod niską bramą przeszedł do podwórzastudni, gdzie miękki śnieg roztopów rozpuszczał się w kałuże. To już był czwarty dziedziniec tego poranka. Plac zabaw wyglądał jak kąpielisko dla dziecięcych łyżew; chłopcy ganiali po mokrej nawierzchni krążek, który ochlapywał ich jasnym błotem, lecz nikomu to nie przeszkadzało.
Zatrzymał się pod łukiem, rozejrzał po podwórku. Bardzo chciał, by pamięć wreszcie przytwierdziła się do jakiegoś szczegółu, by wydostała z cienia detale przeszłości. Ale tu wszystko wydawało się nieco obce, dalekie od tego, co miał zakodowane w sobie. Tyle lat przecież minęło. Wtedy poza sznurami z praniem, niskimi szopami pod oknami, kępkami astrów i starymi ławkami nie było tu nic.
A teraz…
Przez tyle lat wszystko mogło się tu zmienić. Właściwie nie mogło się nie zmienić.
Na nieznajomego starszego pana w czapce uszatce nikt nie zwrócił uwagi. Tu, pomiędzy czterema kamienicami, wielu wynajmowało mieszkania. Kraków…
Musiał wejść do domu zaraz na prawo za bramą. To na pewno się nie zmieniło. Pamiętał, że to było drugie piętro, a kamienica miała trzy. Mieszkanie na końcu korytarza, drzwi drugie od lewej, w rogu. Na framudze kilka różnych przycisków domofonu tabliczki z nazwiskami dawnych sąsiadów.
W środku pamiętał każdy szczegół fałdkę na zasłonce, krzywo zamkniętą lufcik, zielony imbryk, skrzypnięcie parkietu i nawet karalucha, którego próbowali złapać dwa dni. Wszystko siedziało w nim, głęboko…
Ale nie pamiętał numeru mieszkania, ani samego domu. Pamiętał tylko ulicę. Nie mógł znaleźć właściwego podwórza, bo takie studnie ciągnęły się jedno za drugim. I nie był pewien wejścia chyba drugiego od bramy… Domy budowano identycznie, jakby z jednej formy, każdy niemal taki sam.
Błąkał się więc po tych podwórzach…
Prawa kamienica, drugie wejście, a może jednak druga klatka, jak tu się mówiło, drugie piętro, drzwi na końcu… Czterdzieste trzecie? Czy…
Jeśli wejście miało domofon, wybierał zawsze 43.
Dzień dobry, szukam Jadwigi. Czy mogłaby mi pani…
Często przerywano mu w pół słowa, czasem mówiono, że tu taka nie mieszka, rzadziej taki… Musiał dzwonić jeszcze raz.
Przepraszam, to naprawdę ważne. W roku osiemdziesiątym nie mogła tu mieszkać kobieta o imieniu Jadwiga? Bardzo mi zależy…
Po trzecim podwórku zanotował w zeszycie.
„16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupili…”
Było wiele podwórek musiał wracać do tych, gdzie nie odpowiadano, gdzie nie dorwał się do drzwi, gdzie zostały pytania.
Wchodził na łagodne, starannie wytarte schody dużej klatki. Okna pokryte kurzem, pachniało kotami. Ten zapach… Był tu i dawniej.
Dzień dobry! ukłonił się.
W jego stronę szła starsza pani w popielatym płaszczu z zakupami w siatce.
A do kogo pan? zapytała.
Na drugie piętro idę. Szukam Jadwigi, około sześćdziesiątki. Nie wie pani, czy tu mieszkała taka osoba?
Jaki numer mieszkania?
W rogu, prawe. Ale to było dawno, jeszcze za czasów wspólnoty lokatorskiej. Nie pamiętam już nawet numeru domu…
Róg? Tam mieszkają Ochmanowie, ona i on, dwójka dzieci. Żadnej Jadwigi nie ma. I nie kojarzę, a jestem tu od dziecka.
Dziękuję, spuścił głowę i powoli zaczął schodzić.
Kobieta szła za nim.
A jaki nazwisko?
Gdybym pamiętał, znalazłbym po spisie lokatorów. Ale nie wiem, po prostu.
To kim ona jest dla pana? rozmówczyni była ciekawa.
Zadrżał, rozejrzał się nerwowo, zająkał.
Ona?…
I kim była naprawdę?
Jadwiga… Jadzia… Jagódka…
Miłość nie da się zdefiniować. Po prostu jest albo jej nie ma. Wszystko inne to tylko subiektywne obrazy, uczucia i możliwe konsekwencje.
Marcin Borowiecki całe życie sądził, że miłość to delikatne uczucie, nie przeżyje długiej rozłąki, rozpadnie się i uleci. A jednak te niechciane chwile szczęścia wracające w pamięci pomagały, choć raniły.
Miał poczucie winy. Tak żył z kalectwem w sercu przez czterdzieści lat.
Może to właśnie te wspomnienia trzymały go przy życiu, choć… Serce było pierwsze, które się poddało. Gdy zmarła żona, spędził z nią niemal wszystko, choć od lat ślizgali się obok siebie, jedno w sypialni, drugie w biurze wciąż byli pod jednym dachem, a każdy na osobnych orbitach.
Dla niej dom był wszystkim, on… po prostu był. Tak mawiała swoim wiekowym przyjaciółkom:
Gdzie go wywieźć? Niech mieszka.
Oczy bolały od bibelotów w pozłacanych ramach, kryształów, misternych mebli i barwnych dywanów. Pośrodku stał biały fortepian, a na nim wazon ze sztucznymi kwiatami.
Ten instrument był dla Marcina atrapą. Nie dlatego, że Steinway & Synowie był podróbką był najprawdziwszy. Po prostu nikt nie grał, a wazon nigdy nie był zdejmowany.
Gdy tylko kupili fortepian, żona parę razy zaprosiła muzyków, ale w gronie znajomych bardziej podobała się estradowa muzyka z magnetofonu.
On nazwał go stolikiem pod wazon; kosztował tyle, co trzypokojowe mieszkanie w Warszawie.
Żona miała chwilową próbę nauki gry; pedagog, lekcje szybko się poddała. Mało co doprowadzała do końca, poza zabiegami upiększającymi.
Nawet ciąża nie została sfinalizowana. Choć to grzech zrzucać na nią, Marcin uważał, że jej egoizm przeważył.
Dużo o tym ostatnio rozmyślał. Znał kobietę, której pod palcami fortepian ożywał.
A jednak tęsknił. Z biegiem lat kontakt się poprawił. Chorowali oboje, spacerowali po starym parku, karmili kaczki nad Wisłą. Marcin zapalił się do wędkarstwa… Nic nie musieli już sobie udowadniać.
Czemu wcześniej tego nie robiliśmy, Janka? Siadali przy stawie.
Głupcy, kiwała żona.
Ale kiedyś biegli. On pięł się po szczeblach do ministerstwa w Warszawie. Teść Jadwigi pchał go do góry. Zanim zdążył się wdrożyć, już go awansowano.
I zasłużenie był pracowity, miał łeb na karku. Umiał ryzykować, wymagać i zarządzać. O takim zięciu Tadeusz Miller, zastępca ministra odpowiedzialnego za budownictwo, mógł tylko marzyć.
Choć z początku mógł go stracić musiał działać. O tym dowiedział się Marcin od żony dopiero po latach, gdy po kłótni z matką ta udzieliła jej kilku bolesnych olśnień.
… A kim ona jest? kobieta była uparta.
Zagubił się, zamyślił…
Kim? Może wszystkim, co mi zostało…
Starsza rozmówczyni więcej nie pytała. W jej spojrzeniu pojawił się smutek. Było jasne szuka bardzo ważnej osoby.
Ruszył do następnego podwórza, przemoczony. Dzwonił, pukał, czasem rozmawiał godzinami, wyjaśniając plątaninę swych spraw. I szedł w kolejne podwórze, i kolejne…
Wieczorem wrócił do hotelu zmęczony. Padł na łóżko, nawet się nie rozebrał. Bolały go nogi, kręgosłup, głowa dudniła. Rano wszystko się powtórzyło.
***
Jesień wtedy oblała krakowski bruk złotem i deszczem. Handel się rozkręcał, budki, stragany, sprzedaż z ręki.
Przyjechali z teściem z Katowic na konferencję dotyczącą reform w budownictwie w czasach nagłego odmrażania czasów PRL.
Spotkanie było ważne dla wicewojewody Millera, który szykował się do Warszawy. Młody Marcin Wawrzyniak niewiele wtedy oczekiwał. Z aktywnego członka ZMS stał się w regionie prawą ręką sekretarza. Nie miał wielkich planów, po prostu wykonywał swoje obowiązki.
W województwie powstawała nowa fabryka, był odpowiedzialny za nadzór. Młody, nieświadomy ciężaru na barkach wydawało się, że wszystko się da poukładać i życie jeszcze może skręcić, gdzie zechce.
Teraz, w Krakowie, smakował miasto. Nastrojowi dopisywało. Miller biegał po swoich sprawach. Na stacji metra „Bagatela” Marcin nagle usłyszał muzykę delikatna, przenikała do głębi. Zamiast do wyjścia, podszedł do źródła dźwięku.
Młodziutka dziewczyna w błękitnym berecie i lekkiej chuście grała na skrzypcach. Szara, poplamiona ściana służyła za tło. W płaszczyku w kratę, krótkich butach baletnicy, cienkie nogi. Przed nią na ziemi otwarty futerał, do którego ludzie wrzucali drobne złotówki.
Marcin zamarł. Wszystko w tej scenie było przejmujące. Dramatyczność i melancholia, kolor szalika, rude włosy, ślad łez, czerwone z zimna ręce. W otwartym przeciągu dziewczyna marzła ale ten mróz dodawał jej ekspresji.
Obok straganiarze, przechodnie. Nikt nie stawał na długo. Tylko Marcin został.
Gdy skończyła utwór, wsunęła skrzypce pod ramię, zsunęła rękawy swetra na czerwone dłonie.
Wtedy podniosła instrument, smyczek niczym pióro powędrowało po skrzypcach. Zamknęła oczy całą sobą wylała tęsknotę. Dźwięki wypełniły przestrzeń.
Tyle smutku, tyle bólu w tej melodii! Muzyka wchodziła w szczeliny ściany, wzbijała się do góry, jakby chciała udowodnić coś światu.
Marcin zatonął w tej muzyce, aż…
Nastolatek przykucnął przy skrzypaczce i błyskawicznie wyrwał futerał.
Ukradł! Złodziej! krzyknęła handlarka. Krzyk ścigał melodię.
Dziewczyna ciągle grała, oczy zamknięte.
Marcin rzucił się za chłopakiem. Wbiegł po schodach, wołając:
Złodziej! Złapcie go!
Ktoś mu zagrodził drogę, chłopak odepchnął, porzucił futerał. Sam zniknął w labiryncie samochodów. Marcin przestał gonić, dziękował panu, zbierał rozrzucone monety. Futerał złamany, klapa na betonowych schodach.
Po schodach schodziła oniemiała dziewczyna.
O, ten smarkacz porzucił go, zniszczył… Marcin wciąż się schylał po monety, To wszystko, co znalazłem podał drobne.
Nie trzeba. Proszę nie szukać więcej. Futerał i tak był popsuty. Dziękuję…
Była poważna. Ale widać było, że nie o kradzież jej chodzi. Coś ciężkiego na niej ciążyło.
Często się to zdarza? spytał Marcin, próbując nawiązać kontakt.
Ale dziewczyna nie miała ochoty rozmawiać.
Zdarza się, rzuciła i ruszyła przed siebie.
Marcin poszedł za nią. Zwolniła, aż w końcu stanęła na małym mostku. Zatrzymała się, patrzyła na wodę. Wiatr szarpał błękitny szalik.
Po chwili podniosła futerał i już wystawiła go poza barierkę.
Olśniło go chce wrzucić skrzypce do rzeki. Pobiegł przez most.
Proszę, nie! Niech pani tego nie robi!
Zdziwiona, obejrzała się. On złapał futerał, trzymali go razem w powietrzu.
Po co? pytała zdziwiona.
Nie mogłem pozwolić.
Zhańbiłam ją. Obiecałam…
Komu?
Mamie…
Szkoda, że pani mama taka surowa. Proszę mi uwierzyć pierwszy raz usłyszałem taką skrzypaczkę. Jeśli nie była to potrzeba duszy… ona już szła dalej. Czekam na panią jutro w tym samym miejscu! zawołał.
Następnego dnia nie mógł się wyrwać wcześniej; przybiegł, ale dziewczyny już nie było. Handlarze twierdzili zgodnie dziś nie przyszła.
Bardzo na nią czekał. Wciąż. Spacerował tam przez kilka godzin. W końcu przyszła. Widziała go, ale udawała, że nie widzi.
Wysłuchiwał jej grań przez dwie godziny. Gdy skończyła, wrzucił kilka banknotów.
Co pan robi! To za dużo! zawołała, przykryła pieniądze dłonią.
Mam prawo uśmiechnął się.
Tu jest niebezpiecznie pospieszyła do wyjścia.
Wtedy nadlatuje dwóch osiłków.
Ile się należy? pyta wystraszona.
Kawaler zapłaci!
Rozpoczęła się bójka. Marcin zdołałby się wybronić, ale pojawili się kolejni… Dziewczyna nie spanikowała; poleciała do sklepu pojawiła się straż miejska. Zwinęli napastników.
Skrzypaczka siedziała przy nim.
Szpital?
Nie, dam radę…
Proszę do mnie. Tam się opatrzę.
Taxi, adres: ulica i numer. Połowę życia będzie potem próbował przypomnieć sobie ten numer na próżno.
Klatka, ciemny korytarz, zapach cebuli i stare buty. Z głębi światło to ona otwierała. Dwie pokoje, wielka jasna i sypialenka.
Portret młodej kobiety, świece, wszędzie książki, pianino ze słonikami na koronce.
Te wspomnienia, to, co wtedy towarzyszyły mu przez całe życie. Przychodziły, gdy było źle i dawały uśmiech, lub gdy było dobrze smuciły. Był wtedy nieobecny wśród wesołych.
Wiedziały, kiedy trzeba się ukryć, by potem wrócić z zapachami, drżeniem duszy.
Musiał się przebrać. Założył cokolwiek, co mu podała. Poszedł pod prysznic, gdzie usłyszał od sąsiada:
E, wyłaź! Tosiek! Przecież wody szkoda! krzyczał na dziewczynę. Jak nazywa się twój kawaler?
Nie wiem. Nie jesteśmy znajomi…
Marcin wyjrzał z ręcznikiem.
Ja też Marcin. Imiennicy…
O, patrzcie! Karaluch!
Gdzie? zaraz dziewczyna w kapciu atakuje robaka.
Marcin rzucił się do pomocy, lecz karaluch umknął pod linoleum.
Opatrzyła mu rany, pili herbatę z sucharami. Szukała pracy. Miała pomagać sąsiadce na targu.
Opowiedział, dlaczego przyjechał. Rozmawiali długo. On czuł wdzięczność, a ona go żegnała uśmiechem. Kupił jej potem jeszcze kilogram cukru i wrócił. Pozwoliła. Był szczęśliwy.
Tam była jarzębina, pamiętam… I za domem topole…
Teść z furią przyjął podbite oko:
Chory? W przychodni? Przepadłeś… złościł się, lecz pozwolił wyjść. Marcin wrócił. Z tortem i zakupami.
Sączkała, znowu mruczała. Tego dnia biegali po Krakowie w deszczu, popijali gorącą kawę z jednego kubka. Byli szczęśliwi.
Całowali się, on ją poprosił do Katowic, zapytał, czy zostanie jego żoną. Zamiast odpowiedzi, recytowała:
To pieśń ostatniego spotkania…
Przestań żartować, kochanie! śmiał się.
Chodź, pójdziemy do mnie…
W jej pokoju grała na pianinie, potem cała wspólnota goniła karalucha, potem noc…
Byli razem na parapecie, patrzyli na strugi deszczu, recytowali smutne wiersze…
Jadę z tobą! Żadnej rozłąki! zaklinał tonem urzędnika, Wyjeżdżam tylko z narzeczoną i koniec!
Rankiem…
Telefon, sąsiad wali do drzwi: Pan Borowiecki do telefonu. Wiedzą już, pewnie gdzie jest.
Miller był dziwnie spokojny.
Masz sprawę karną!…
Ona patrzyła na niego przekornie.
Jadziu, wrócę. Załatwię wszystko i wrócę. Poczekaj.
Jasne, Marcin. Będę czekać. Wierzę ci…
Chciałby, żeby wtedy zjawił się ktoś i wyjaśnił, że to wszystko teatr. Ale wszystko wyglądało na poważne: przesłuchania, kwity, fakty i kwoty… Malwersacja, nadużycia, korupcja…
Nie miał wielkiego doświadczenia. Ryzykował, podpisywał papiery niedokładnie.
Wszystko grało teściowi w ręce. Był doświadczony.
Wiesz, czym to grozi? Z 20 lat! I na nie to, co się spodziewasz. Kaleka wrócisz. Chcesz tego? Mam jeden warunek poślubisz Zofię…
Nie mogę, kocham inną…
Kogo? Kogo ty możesz kochać? Przecież… Zostaw to! Ale wtedy sam się bronisz.
Marcin się przestraszył. W tym samym dniu przyszedł śledczy, zadawał pytania, wbijał w miejsca, gdzie naprawdę były uchybienia. Marcin się pocił, nie spał tej nocy.
Rano Miller wręczył mu bilet na pociąg, odjeżdżający tego dnia.
Jedź! Znikaj! Załatwimy to bez ciebie.
Z tyłu dworca ktoś grał koncert na skrzypcach. Marcin zaszedł za ścianę, pięścią uderzył w mur, pierwszy raz tak szlochał.
***
Już wiedział, że emerytki na ławkach to najlepsze informatorki.
Jadwiga? spojrzały po sobie, Nie ta, co z wiosną zmarła? Syn autem przyjechał…
Zakręciło mu się w głowie. Tego się najbardziej bał. Że nie doczekała, że umarła. To by znaczyło, że i on.
Co ty wygadujesz! Przestraszyłaś człowieka! Przecież pytał o prawą stronę, a to Aniela zmarła, a nie Jadwiga.
Odetchnął.
Znów dzwonił, pukał, szukał jarzębiny. Żadnej nie znalazł. Zresztą głowa już się powoli plątała. Ruszył do hotelu. Kiedy miał już odejść, zobaczył ją przez ulicę. Jadzię.
Błękitny szalik, ten chód…
Jadziu! wyszeptał.
Nie obejrzała się, więc podbiegł, dotknął ramienia:
Jadziu!
Młoda kobieta odwróciła się. Podobna… bardzo podobna, ale…
Przepraszam, chyba się pomyliłem.
Nic się nie stało, to często się zdarza. Nawiasem mówiąc, mam na imię Jadzia, nawet głos podobny…
Kogo on naprawdę szuka? Powinien kobiety po sześćdziesiątce, a ma przed sobą młodą. Zwidy?
Znów wrócił do hotelu rozbity.
Następnego dnia miał wrażenie, że nie da rady już szukać. Ale zebrał się w sobie. Kawa mogła zaszkodzić sercu, więc zrezygnował. Kanapkę schował z powrotem. Łyk herbaty i taxi dziś już nie pójdzie pieszo tych wszystkich schodów jak kiedyś.
Na chodniku po raz ostatni spojrzał na jedną z kamienic. Wiosnę czuł w powietrzu. Obok sklep muzyczny. Na wystawie błyszczały strunowe instrumenty.
Wszedł.
Czego pan szuka? spytała promienna ekspedientka.
Tę skrzypkę chciałbym obejrzeć…
Przymierzyć?
Nie umiem grać. Ale kiedyś znałem kobietę, która grała cudownie. Tu mieszkała, Jadwiga…
Jadwiga? Nie Pichlak? spytała dziewczyna.
Nazwiska nie pamiętam. Wie pani coś o Jadwidze Pichlak, skrzypaczce?
Tak…
Może to ona, szukam jej od trzech dni, a właściwie całe życie…
Nie znam adresu. Ale gdzieś tu, w tych kamienicach. Po co pan pyta?
Mieszka tu? Ma męża?
Tak. Synek osiem lat.
Marcin osunął się na krzesło. Rozpiął płaszcz.
Źle się pan czuje? Może wody?
Nie, nie… Po prostu znów… nie znalazłem.
Patrzyła za nim zdziwiona.
Obejrzał kamienice. Nagle dostrzegł topole tuż za jednym podwórzem. Pewnie inne, ale coś w nim poruszyło. Poszedł.
Krzątali się tam starsi małżonkowie.
Dzień dobry, szukam kobiety koło sześćdziesiątki, Jadwiga, mieszkała tu w latach siedemdziesiątychosiemdziesiątych. Grała na skrzypcach…
Starsza spojrzała na pana:
Toż to Stasia córka, Jagódka…
Znała ją pani? nie oddychał niemal.
Jasne, ale pan pobladł. Usiądźmy…
Tu mieszkały, te okna na drugim piętrze.
Jarzębina była, prawda?
Była, potem wycięli… Ciężko miały gdzieś. Stasia szybko umarła, Jadzia została sama, jeszcze w ciąży. Chyba wynajmowała studentkom. Uczyła na skrzypcach dzieci.
A gdzie teraz Jadwiga? Jest jeszcze nadzieja…
Przeprowadziła się, nie wiemy dokąd.
Ale córka tu mieszka, dowie się pan.
Rozświetlił się na ten pomysł.
To tu? spytał.
Pierwsza klatka, drugie piętro, róg… Pichlakowie.
Nogi miał jak z waty, lecz wszedł, zadzwonił domofonem.
Słucham!
Tym razem nie miał sił.
Eee… ja…
Do kogo?
Do Pichlaków.
Słucham!
Ja… ledwo stoję… szukam pani Jadwigi, chyba jest państwa teściową…
Drzwi się otworzyły.
Powoli wspinał się na drugie piętro, z góry zbiegł mu na spotkanie mężczyzna.
Źle się pan czuje?
Adres Jadwigi… tylko adres…
Pomógł mu wejść do mieszkania, posadził na kanapie, mierzył ciśnienie.
Było zawał?
Tak.
Powinien pan do szpitala…
Muszę nie dziś, tylko ją zobaczyć…
W drzwiach stanęła młoda kobieta ta, którą wczoraj pomylił za Jadzię. Koszulka do kolan, taka jak matka wtedy… To musiała być jej córka.
Mężczyzna już stawiał herbatę.
Jak się nazywasz, chłopcze? spytał Marcin chłopca, który zajrzał przez drzwi.
Marcin.
A drugie imię?…
Michał. Tata Michał Szymon, mama Aleksandra Marcinowa.
Wszedł Michał, spiął pasek. Dam panu zastrzyk. Proszę podać adres mamy, Jadziu.
Najpierw herbata. Ona dobrze się trzyma. A pan kiedy ją znał?
Bardzo, bardzo dawno. Bywałem tu, tylko nie w tym pokoju.
Był pokój zapity przez pana z piwem… Teraz salon jest z dwóch, bo wykupiliśmy całość.
Gdybym wiedział, że mam córkę…
Pan mój ojciec?
Tym razem serce wytrzymało.
Na Boga, nie wiedziałem…
Poszli do kuchni. Marcin przecierał oczy. Rzadsze łzy…
Opowiedz, jak żyłyście. Było ciężko?
Początki trudne. Mama mówi, że gdy się urodziłam, to dało jej nowe życie. Zacisnęła pasa, pracowała wszędzie, do dziewiątego roku mieszkały z nami studentki. Tak się wtedy żyło.
Ja jestem bardzo winien. Naprawdę…
A czemu pan zniknął? Mama mówi: taka była dola. Wierzyła, że pan wróci. A, co my tu siedzimy? Trzeba do niej zadzwonić! Wciąż czeka…
Tylko nie dzwońcie. Sam pójdę. Sam powoli wstał.
W drzwiach pokazał się Michał.
Ja jestem przeciw. Ale jeśli już, po spotkaniu szpital.
Zgoda Marcin podniósł ręce.
Po drodze, patrzył na swoją rodzinę. Tak, żyłem, nie wiem, że mam córkę i wnuka…
Podjechali pod nowe bloki.
Piąte piętro, 118. Windą. Tylko nie przestraszyć teściowej…
Na szczycie powoli podszedł do drzwi. Zadzwonił. Co powinien powiedzieć? Pewnie zapyta Kto tam? Powie Marcin. Zrozumie?
Drzwi otworzyły się bez słowa. Była… tylko mniej bujnych włosów, policzki zgarbione, ale ta sama Jadzia.
Spojrzeli na siebie. Ona czekała na słowo. On milczał.
Przepraszam, Jadziu… nogi się pod nim ugięły.
Padł na kolana. Ona też przykucnęła.
Marcin! Co z tobą? Wstań! Źle się czujesz? Marcinie, jak to możliwe…?
Trzymali się za łokcie, przerywali sobie…
Znalazłem cię… dlaczego tak późno? ściskał jej ręce.
Nie wiedziałeś o córce… wyszeptała.
Głupiec! Zdrajca… Wyrzuć mnie. Nie zasługuję…
Nie wyganiam. Wiedziałam, że wrócisz. Czekałam.
Pamiętasz, co wtedy mówiłaś…
Nauczyłam się… Przyroda się rozpada, odpływy zmieniają się we wzburzenie…, on szeptał, ona kończyła, i głuszą dźwięki przez rozłąkę mnie i ciebie…
Próbowała zadzwonić do zięcia.
On czeka na dole, przywiózł mnie…
Wracali samochodem do szpitala. Trzymała go za rękę, a on jej dłoń kurczowo ściskał.
Nie chcę do szpitala, Jadziu! Dopiero cię odnalazłem!
Będę obok, już nigdy nie odejdę, Marcinie…
Miał łzy w oczach.
Płaczesz? Nie płacz… Teraz już będzie dobrze…
Razem…
Czytała mu wiersz…
A ja właśnie te słowa miałam na myśli: … Nad przyszłością cicho czaruję, gdy wieczór zupełnie błękitny, i przeczuwałam drugie spotkanie, nieuniknione spotkanie z tobą.
Samochód pędził przez Kraków do szpitala, by zdążyć przeżyć to, czego przez całe życie pragnął kochać i dzielić miłość z tą jedną kobietą.
Nie spóźnił się do swojego szczęścia.
Zdążył…


