**Lekcje jazdy**
Agnieszka zaparkowała samochód pod biurowcem i pośpieszyła do wejścia. Przed nią szły dwie dziewczyny, rozmawiając powoli. Tuż przy drzwiach zatrzymały się nagle, blokując przejście. Agnieszka wcisnęła się między nie bezceremonialnie, odepchnęła je na boki i szarpnęła drzwi.
— Ej, gdzie pchasz się… — usłyszała za plecami obraźliwe słowa.
Innym razem odpowiedziałaby tym samym, ale dziś była spóźniona, więc zignorowała zaczepki i pobiegła dalej, w stronę windy. Drzwi właśnie się otwierały, a ludzie wchodzili do środka. W ostatniej chwili Agnieszka wpadła do kabiny, potrącając mężczyznę i odsuwając go na bok.
— Przepraszam — mruknęła, odwracając się do zamykających się drzwi.
Między nimi mignęły rozzłoszczone twarze dziewczyn, które ją ścigały. Winda ruszyła w górę. *„Trzeba było im pokazać język”* — pomyślała z opóźnieniem.
Była rozgrzana od biegu, włosy miała rozczochrane. Choć na tylnej ścianie było lustro, tłok uniemożliwił jej do niego dotarcie. Przeciągnęła dłonią po włosach, próbując je przygładzić.
Za plecami ktoś prychnął. Agnieszka była pewna, że to ten sam mężczyzna, którego potrąciła. Spojrzała przez ramię. Stał za nią, unosząc brodę — przynajmniej tak jej się wydawało przez różnicę wzrostu. Poczuła subtelną woń jego wody toaletowej. Przez chwilę patrzyli na siebie. W końcu odwróciła się gwałtownie, rozrzucając włosy.
Winda zatrzymała się, drzwi rozsunęły, a Agnieszka wysiadła, czując na plecach jego wzrok.
— Co, podobała ci się? — zapytał Krzysztof Dominika, gdy winda ruszyła. — Ona też miała ochotę cię obrazić, widziałeś?
— Daj spokój. Nie zaimponuje mi mrugnięciem rzęs i zgrabnymi nogami. Stary wyga. Na razie taka zuchwała, ale jak wyjdzie za mąż, pokaże pazurki. „Kochanie, Kaśka z mężem była na Malediwach, a my znowu do Turcji? Już mi się nudzi. U Anety trzy futra, a ja mam jedno. Czuję się jak żebraczka…” — Dominik nadął usta, przedrzeźniając ton żony.
Wokół rozległy się chichoty.
— Po prostu masz pecha z Magdą — stwierdził Krzysztof.
W tym momencie winda się zatrzymała i wyszli.
— W prawo — podpowiedział Krzysztof.
— Wystarczy. Po niej nawet patrzeć na kobiety nie mogę. I koniec tematu — mruknął Dominik. — Tu? — Zatrzymał się przy szklanych drzwiach.
Tymczasem Agnieszka słuchała reprymendy szefa.
— Gdzie się włóczysz?! Klient się wkurzył, zrywasz umowę! — krzyczał, aż się trząsł.
— Piotrze Stanisławie, przysięgam, to ostatni raz. Utknęłam w korku…
— Oszczędź mi wymówek. Mniej spać i wcześniej wyjeżdżać, przed korkami. Jeszcze raz się spóźnisz, Kowalska, nie patrzę, że matka chora — zwolnię. A teraz wynoś mi się z oczu. Bierz próbki i marsz do klienta.
Agnieszka cofnęła się do drzwi.
— Dziękuję, Piotrze Stanisławie. Już lecę. Przysięgam, więcej się nie powtórzy… — Wyszła na korytarz, odetchnęła z ulgą.
— Szukał cię Wiśniewski. Wściekły był — powiedziała koleżanka, gdy Agnieszka weszła do biura.
— Już mnie znalazł. — Chwyciła przygotowaną teczkę i wyszła.
Nie czekała na windę, zbiegła po schodach, wybiegła z budynku i stanęła jak wryta przed samochodem. W pośpiechu zaparkowała swojego małego „Hyundaia” blisko „Kii” z przodu, licząc, że kierowca za nią zostawi miejsce.
Widocznie też się spieszył. Ogromny czarny „Mercedes” stał tuż przy jej aucie, niemal dotykając zderzaka. *„Jak teraz wyjechać? Gdybym to ja tak zaparkowała, byłaby awantura…”* Choć tak właśnie zrobiła.
Nie mogła iść pieszo. Wsiadła, rzuciła teczkę na fotel, przekręciła kluczyk i zaczęła mozolnie manewrować. Nerwowo cofała, kręciła kierownicą, centymetr po centymetrze uwalniając auto.
W uszach wciąż brzmiały groźby zwolnienia. Pewnie Piotr Stanisław już zadzwonił, że jedzie. A ona marnowała czas na parkingu.
Ostrożnie cofnęła się ostatni raz. Za szybko. Usłyszała uderzenie. „Mercedes” zasygnał alarmem. Agnieszka wysiadła, sprawdzając. Na błotniku była rysa i małe wgniecenie. *„Chociaż lampy nie rozbiłam…”*
Rozejrzała się bezradnie. Nikogo nie było. Kamery były daleko, a auto stało bokiem. Westchnęła, wsiadła i odjechała. Straciła już wszystko.
Gdy wróciła do biura, „Mercedesa” nie było. *„Może nie zauważył? Ale jeśli tak, znajdzie mnie. Wszyscy znają moje auto…”* W windzie pomyślała o tamtym mężczyźnie.
Minął tydzień. Nikt się nie zgłaszał. Aż pewnego dnia zadzwonił nieznany numer.
— Agnieszka Kowalska? Kapitan Nowak. — Pisała na komputerze, ledwie słuchając. — Samochód o numerze… należy do pani?
— Tak — odpowiedziała, ignorując dzwonek alarmowy w głowie. Za późno.
— Proszę przyjść na komendę… gabinet szósty… — Przestała pisać. — Jeśli się pani nie stawi, wyślemy wezwanie.
— Przyjdę — obiecała.
Twarz płonęła. *„Zauważył. Cholera! Na takie auto zwykli ludzie nie jeżdżą.”* Żołądek ścisnął się ze strachu.
— Dwudziestego czwartego lipca uderzyła pani w samochód na parkingu i uciekła. To poważne wykroczenie.
Agnieszka przełknęła ślinę. Patrzyła na kapitana jak królik na węża.
— Kamery wszystko nagrały. Wysiadła pani i widziała szkody.
— Jaka szkoda? Kierowca „Mercedesa” sam zaparkował za blisko! To tylko mała rysa.
— Jak mam wyjechać? Wzlecieć?! — uniosła się. — Szef groził zwolnieniem… Jestem gotowa zapłacić za naprawę.
— Oczywiście, że zapłaci. Proszę przeczytać, ile żąda właściciel. — Podsunął jej kartkę.
— Ile?! — oczy jej się zaokrągliły. — To cenaAgnieszka opuściła głowę, czując, jak łzy napływają do oczu, gdy nagle usłyszała znajomy głos za swoimi plecami: „Wiesz, może jednak powinnaś mi podziękować, że w ogóle się spotkaliśmy”.



