Szczęście w ukryciu

**Szczęście pod ławką**

Dzisiaj po pracy wpadłam do sklepu. Do Sylwestra zostały tylko cztery dni, a lodówka wciąż pusta. Nic nie zdążyłam. Choinki nawet nie przystroiłam.

Wiał lodowaty wiatr. Po odwilży mokry śnieg na chodnikach zamienił się w śliskie koleiny. A ja, na złość, założyłam buty na obcasie. Teraz dreptałam drobnymi kroczkami, próbując nie upaść. Latarnie uliczne, jak zwykle, nie wszystkie działały, a w zimowych zmierzchach droga była ledwo widoczna. Ciężkie torby ciągnęły ręce i wrzynały się w dłonie. Mięśnie nóg bolały od napięcia. *Po co tyle narobiłam? Mogłabym jutro kupić połowę* – karciłam się w duchu.

Dotarłam do przystanku i postawiłam ciężkie siaty na wąskiej ławce. Rozcierałam zmarznięte i zdrętwiałe palce. Przysiadłam na chwilę, by dać odpocząć zmęczonym nogom, i schowała ręce w kieszeniach płaszcza. Ale wiatr i tu mnie dosięgał.

Patrzyłam na przejeżdżające samochody. Wyobrażałam sobie, jak przyjemnie jest teraz siedzieć w ciepłym wnętrzu. Od dawna marzyłam o własnym aucie, ale nie chciałam wiązać się z kredytem. Teraz żałowałam tej decyzji.

Na przystanek podjechał autobus. Z sykiem otworzyły się drzwi, wysiedli ludzie i rozeszli się do domów. Nikt nawet nie spojrzał w moją stronę.

Miałam już wstać, gdy usłyszałam jęk. Rozejrzałam się – oprócz mnie na przystanku nikogo nie było. Po chwili jęk powtórzył się tuż obok. Zerwałam się z ławki. Światła mijających samochodów oświetliły coś ciemnego w kącie, za ławką.

Pierwsza myśl – uciekać. Ale pomyślałam, że do rana nikt go nie znajdzie, a w taki mróz po prostu zamarznie, zwłaszcza jeśli jest pijany.

Wyciągnęłam telefon i poświeciłam latarką w głąb przystanku. Od razu rzucało się w oczy czarne palto i lśniące, modne buty. Bezdomni tak nie chodzą.

Światło padło na twarz. Rzęsy mężczyzny drgnęły, ale oczu nie otworzył. Wyglądał na młodego, zadbanego, dobrze ubranego. Pochyliłam się nad nim, ale nie czułam zapachu alkoholu.

– Hej, źle się pan czuje? Niech pan wstanie, zamarznie. – Popchnęłam go w ramię.

Nie zareagował.

Nie myśląc długo, wybrałam numer pogotowia i wyjaśniłam sytuację.

– Proszę czekać – odpowiedział zmęczony głos dyspozytorki.

Schowałam telefon, włożyłam ręce w kieszenie i skuliłam się jak wróbelek. Zamarzłam. A co dopiero ten mężczyzna na ziemi? Może powinnam iść? Ale nie wiadomo, kiedy przyjedzie karetka, a takiego faceta mogliby okraść…

Już szczękałam zębami, gdy podjechała karetka. Wysiedli mężczyzna i kobieta w granatowych uniformach.

– Tam, w kącie – wskazałam.

Lekarze nachylili się nad nim. Na przystanek znowu podjechał autobus. Wysiedli dwaj mężczyźni i zaczęli wypytywać, co się stało.

– Odstąpcie, nie przeszkadzajcie – warknął lekarz.

Poszedł po nosze, wrócił z kierowcą.

– Pomóżcie przenieść go – zwrócił się do gapiów.

Ci natychmiast się ulotnili.

– Co mu jest? – spytałam z niepokojem.

– Podejrzewamy zawał. Na szczęście pani go znalazła, inaczej mógłby zamarznąć. Proszę zostawić numer telefonu. Na wszelki wypadek. – Lekarz wyciągnął z kieszeni bloczek i długopis.

– Już mnie nie potrzeba? Strasznie zmarzłam, czekając. – Oddałam zapisany numer.

Odprowadziłam wzrokiem karetkę, złapałam torby i ruszyłam do domu. Nogi miałam jak z lodu, ledwo czułam podłoże.

W domu długo ogrzewałam dłonie pod gorącą wodą. Dopiero potem rozpakowałam zakupy. Cały wieczór myślałam o tym mężczyźnie. Co mu się stało? Jak tam trafił? Żałowałam, że nie spytałam, do którego szpitala go zabrali. Zadzwoniłabym jutro, by się dowiedzieć.

Dwa dni później zadzwonił nieznany numer. Za oknem sypał śnieg, pokrywając lodowe kałuże i rozjaśniając świat. Zastanawiałam się przez chwilę, ale w końcu odebrałam.

– Krystyna? – zapytał przyjemny męski głos.

– Tak. A kto mówi?

– To pani mnie uratowała, wezwała pogotowie, gdy leżałem na przystanku…

– Żyje pan? – ucieszyłam się. – Jak się pan czuje?

– Dobrze. Dzwonię, by podziękować. Zostawiła pani numer.

– Co się panu stało? – spytałam ciekawie.

Było mi głupio, że sama nie zadzwoniłam do szpitala.

– To długa historia. Mogę wpaść, gdy mnie wypiszą. Proszę podać adres.

– Oj, nie trzeba – zaczęłam się wymigiwać.

Zapadła cisza. Ja też milczałam. Nic o nim nie wiedziałam… Pożegnał się i rozłączył. Dopiero wtedy pomyślałam, że nie spytałam o imię.

Byłam z chłopakiem cztery lata, dwa z nich razem mieszkaliśmy. Ale nigdy nie zrobił mi oświadczyn. W końcu się rozstaliśmy. Potrzebowałam roku, by dojść do siebie. Bałam się nowych związków, strat i rozczarowań.

Moje przyjaciółki były w podobnej sytuacji. Róża po rozwodzie, a chłopak Asi zginął na misji. Spotykamy się, pijemy wino, oglądamy sylwestrową gPrzez otwarte drzwi weszła Asia z Różą, niosąc wino i świąteczne ciasteczka, a gdy zobaczyły nas razem z Maksem stojących blisko siebie w świetle choinkowych lampek, ich uśmiechy powiedziały mi, że ten Nowy Rok będzie inny niż wszystkie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 + 19 =

Szczęście w ukryciu