Dzisiaj obudziłam się o świcie, gdy pierwsze promienie słońca ledwo przebijały się przez zasłony w naszym mieszkaniu w Kozienicach. Gdy mąż jeszcze smacznie spał, przygotowałam śniadanie – cienkie, niemalże nieważkie naleśniki. Połowa z mięsem, połowa z serem. Zapach roznosił się po domu, wypełniając go ciepłem. Krzysztof wstał, gdy aromat dotarł do sypialni. Umył się i usiadł do stołu, ze smakiem zajadając naleśniki, popijając je mocną kawą. Gdy skończył, spojrzał na mnie i powiedział:
– Danuto, musimy porozmawiać na poważnie.
Ja, zmywając naczynia, odwróciłam się, wycierając ręce w ścierkę.
– Mów – odpowiedziałam, czując, jak w środku rośnie niepokój.
– Odchodzę od ciebie. Sam wniosę o rozwód – oznajmił spokojnie, ale stanowczo.
– Jak to odchodzisz? Dlaczego? Gdzie? – Zamarłam, moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
Sobotni poranek rozpoczął się zwyczajnie. Wstałam o dziewiątej, cicho, by nie obudzić Krzysztofa, i zabrałam się za naleśniki. Uwielbiałam te chwile – poranną ciszę, zapach jedzenia, przytulność naszego domu.
Krzysztof pojawił się, gdy zapach naleśników wypełnił mieszkanie. W milczeniu zasiadł do stołu, zjadł, delektując się kawą, i nagle zaskoczył:
– Danuto, odchodzę od ciebie.
Myślałam, że przesłyszałam się. Odwróciłam się i wpiłam w niego wzrok.
– Wiem, że postępuję podle – ciągnął Krzysztof, nie podnosząc oczu. – Dwadzieścia pięć lat razem, a ja to wszystko niszczę. Ale nie potrafię się powstrzymać. Ona… Ona jest niezwykła. Przy niej znów czuję się żywy, młody. Kocham, Danuto, to szalone szczęście!
– A ile lat ma twoje „szczęście”? – spytałam zimno, starając się zachować spokój.
– Dwadzieścia osiem.
– Czyli tylko pięć lat starsza od naszej Basi. I o dwadzieścia lat młodsza od ciebie. Ciekawe. Poznałeś już jej rodziców? Cieszą się z wyboru córki? Gdyby nasza Basia przyprowadziła zięcia w twoim wieku, też bym się nie ucieszyła.
– Po co liczyć lata, skoro w sercu jest miłość? – wybuchnął Krzysztof, głos mu drżał. – W tobie nie ma już tego ognia, co w Dominice. Żyjesz przestarzałymi zasadami.
– Wspaniale – odparłam krótko. – Bierzemy rozwód i dzielimy majątek.
– Nie ma co dzielić – zaprotestował. – Mieszkanie zostawiam tobie – Dominika ma swoje, dwupokojowe. Samochód zabiorę, tobie i tak niepotrzebny.
– Nie, tak nie będzie – zaprzeczyłam, kręcąc głową. – Teraz mówisz, że zostawiasz mi mieszkanie, a za dwa lata wrócisz i zaczniesz się upominać o każdy kubek. Jestem prawnikiem, widziałam już takich „szlachetnych”. Dzielimy wszystko od razu: i mieszkanie, i samochód. Pieniędzy nie mamy – wszystko poszło na kredyt Basi.
Krzysztof był zaskoczony moim spokojem. Spodziewał się łez, krzyków, oskarżeń, a ja tylko pomogłam mu spakować rzeczy. Na pożegnanie życzyłam mu szczęścia, ale gdy drzwi się za nim zamknęły, pozwoliłam sobie na łzy. Dwadzieścia pięć lat razem – przez radości i trudności. Zawsze myślałam, że obok mnie jest pewny człowiek. A teraz – pustka.
„Co za samotność? – pomyślałam, ocierając łzy. – Przecież mam Basię, zięcia, wnuczka Krzysia.”
Siedziałam w sypialni, wśród porozrzucanych rzeczy, które Krzysztof szybko pakował. Wspomnienia nadeszły falą. Nasz ślub – ja na drugim roku, on na czwartym. Wkrótce urodziła się Basia. Mieszkaliśmy w akademiku, przekazując sobie dziecko, by zdążyć na zajęcia. Później, dzięki pomocy dziekanatu, udało się zapisać Basię do żłobka.
Nasze pierwsze mieszkanie – ciasny pokój w komunale. Sypialnia, pokój dziecięcy i maleńki kącik-kuchnia na osiemnastu metrach. Toaleta na końcu korytarza, prysznic w piwnicy. Wtedy Krzysztof nie narzekał na brak „ognia”.
Rozwód załatwiliśmy szybko. Sprawa podziału majątku też się nie przeciągnęła. Samochód sprzedaliśmy od razu, a trzypokojowe mieszkanie udało się sprzedać dopiero po trzech miesiącach – długo nie było chętnych.
Kupiłam sobie przytulne dwupokojowe w tej samej dzielnicy Kozienic. Musiałam wziąć mały kredyt, ale dałam radę. Czasu było więcej: po pracy często nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Przypomniałam sobie dawne hobby – szydełkowanie, zaczęłam czytać.
Pewnego dnia zadzwoniła przyjaciółka Aneta, którą lata nie widziałam, i zaproponowała wspólne pływanie. Woda naprawdę leczyła. Po kilku miesiącach poczułam, jak wraca do mnie spokój i pewność siebie. Praca sprawiała radość, życie się układało.
O Krzysztofie myślałam coraz rzadziej. Próbował dzwonić, ale poprosiłam, by tego nie robił.
Minęły trzy lata. Urodziny spędziłam w kawiarni z dwiema przyjaciółkami.
– Nie żałujesz rozwodu? – spytała Ola.
– A mam wybór? – uśmiechnęłam się ironicznie.
– Chodzi mi o coś innego. Teraz jesteś sama. Lepiej czy gorzej niż wcześniej? – doprecyzowała.
– Nie zastanawiałam się – odparłam. – W niektórych rzeczach lepiej: nie kręcę się jak wiewiórka w kołowrotku, mam czas dla siebie. Ale samotność nie zawsze jest przyjemna. Dobrze, że jest Krzyś.
Nie kłamałam. Czasem, spacerując po Kozienicach lub centrum handlowym, zauważałam starsze pary trzymające się za ręce. Kiedyś myślałam, że tak właśnie będziemy z Krzysztofem. Ale los zadecydował inaczej.
– A wiesz coś o Krzysztofie? – dopytywała się Ola.
– Nie, trzy lata go nie widziałam – odpowiedziałam. – Basia wspominała, że spotkała go z tą kobietą w sklepie.
– A jego „pani” urodziła mu syna – dodała druga przyjaciółka, Iza.
– Krzysztof zawsze chciał syna. Więc jest szczęśliwy – powiedziałam spokojnie.
Tydzień później, w niedzielę, sprzątałam kuchnię po wizycie Basi z rodziną. Zbierałam talerze, by je umyć, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Myśląc, że Basia czegoś zapomniała, otworzyłam – i zastygłam. W drzwiach stał KrzyszByła zmęczona jego obecnością, ale w głębi serca poczuła ulgę, że wreszcie może zamknąć ten rozdział życia.



