Znów zbliżał się Nowy Rok. W tym całym przedświątecznym zamieszaniu Kraków tętnił życiem – galerie handlowe pełne ludzi, wszędzie migoczą światełka, z głośników leci ta sama świąteczna piosenka, którą każdy słyszał już milion razy.
A Małgosi było daleko do radości. Ten rok był dla niej i jej matki Wandy wyjątkowo ciężki musiały nauczyć się żyć bez ojca. Małgosia od dawna nie mieszkała z rodzicami, jest dorosłą, zamężną kobietą i ma nawet dziesięletniego syna, Tomka.
Rok temu, tuż przed świętami, odszedł jej tata. Było jej tak źle, że na początku nawet nie pojęła, jak bardzo cierpi jej mama.
Jan Kowalski był troskliwym, dobrym mężem i ojcem. Uczył ekonomii na uniwersytecie i zawsze powtarzał:
To wszystko moi dzieciaki. Nigdy się na nich nie złościmy, nie krzyczymy. A oni odpłacają mi tym samym. Przez te wszystkie lata nie miałem ani jednego konflitu ze studentami. Pytania bywały ale zawsze razem je rozkminialiśmy. I oni zadowoleni, i ja.
No tak, tato, wszyscy mówią o tobie z szacunkiem potakiwała córka.
Jan uwielbiał stare filmy, śmiał się głośno i szczerze, kiedyś często zabierał Małgosię na spacery. Czasem całą rodziną wybierali się do kina, na wypady do parku, a na wakacje jeździli zawsze we trójkę.
Małgosia widziała, jak bardzo ojciec kochał matkę, dlatego starała się znaleźć męża podobnego do niego. I jej się udało była zadowolona z Piotra. Po ślubie zamieszkali w swoim mieszkaniu, które podarowali im rodzice.
Życie toczyło się spokojnie, aż do dnia, gdy trzy lata temu Janowi zdiagnozowano raka. Wanda z córką były w szoku, a on je uspokajał:
Nie martwcie się, dziewczyny. Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie żartował, choć w jego oczach nie było już dawnego blasku.
A rok temu go zabrakło.
*Nie przeżyję bez niego*
Do końca w uszach brzmi mi stuk zamarzniętej ziemi o trumnę, mamina rozpacz i dźwięk sztućców na stypie myślała czasem Małgosia.
Teraz nieustannie bała się o matkę. Gdy wróciły po pogrzebie do pustego mieszkania, Wanda przeszła prosto do pokoju i osunęła się w fotel, w którym zawsze siedział jej mąż. Patrzyła w jednen punkt, a Małgosia nie wiedziała, jak ją pocieszyć sama była złamana bólem.
Nie dam rady usłyszała cichy głos matki.
Przysiadła przed nią na piętach, chwyciła jej zimne dłonie.
Czego nie dasz rady, mamo?
Wanda spojrzała na nią jakby zdziwiona pytaniem i szepnęła:
Żyć bez niego. Nie dam rady.
Dopiero wtedy Małgosia zrozumiała, że choć jej jest ciężko, matce jest jeszcze trudniej.
*Czekała, aż ból minie*
Minął dokładnie rok. Wanda z córką uczyły się żyć bez Jana. Małgosia powoli oswajała się z brakiem jego głosu w telefonie. Tęskniła za tym, by go usłyszeć. Kiedyś, przychodząc do rodziców, zawsze widziała znajomą, siwiejącą głowę w ulubionym fotelu naprzeciw telewizora. Teraz go nie było. Teraz została tylko pustka i ból. Czekała, aż ten rozdzierający ból minie, ale dołączył do niego strach o matkę.
Boże, żeby tylko mama wytrzymała myślała Małgosia, budząc się w nocy. Ta myśl nawiedzała ją w najmniej spodziewanych momentach.
Wtedy sięgała po telefon i dzwoniła do matki, oczywiście nie w nocy, ale rano, w dzień, wieczorem. Bała się o nią do granic możliwości.
Małgosia, nie dręcz się tak uspokajał ją często Piotr. Spójrz na siebie masz pozbawione blasku oczy, schudłaś, jesteś cała spięta. Z mamą wszystko będzie dobrze. Jeszcze trochę czasu musi minąć, ale uwierz mi, to się ułoży.
Może masz rację, Piotrek. Ale za każdym razem, gdy na nią patrzę, boję się. Zmieniła się nie do poznania cicha, zamknięta w sobie. O czym ona cały czas myśli? Trzeba ją zaprosić do nas.
Małgosia wybrała numer. Matka odebrała cichym głosem.
Tak, córeczko
Mamo, przyjedź do nas. Dzisiaj sobota, pójdziemy z Tobą i Tomkiem do parku albo gdzieś indziej. Nie siedź tam sama.
Nie, córeczko, dziękuję. Nie chce mi się wychodzić, a co dopiero jechać gdzieś. Zresztą nie jestem sama w myślach zawsze jestem z tatą.
Właśnie w myślach! Mamo, chcę cię od nich oderwać. Przyjedź namawiała Małgosia, ale Wanda odmówiła.
Po odłożeniu słuchawki spojrzała na Piotra.
Jak ją stamtąd wyciągnąć? Kiedy do niej przychodzę, jest zadowolona, ale i tak nie chce wychodzić. Mówi, że lepiej jej rozmawiać w domu.
Cierpliwości, Małgosiu, cierpliwości. Trzeba dać czasowi czas.
*Niepokój*
Dziś mija dokładnie rok od śmierci Jana. Za dwa dni Nowy Rok. Życie będzie toczyć się dalej. Małgosia od rana dzwoniła do matki, ale ta nie odbierała. Raz, drugi, trzeci sygnał, ale cisza. Zaczęła się bać. Zwykle mama zawsze odbierała.
Porwała kluczyki i wypadła z domu. Wbiegła do klatki schodowej z sercem w gardle, gotowym wyskoczyć z piersi.
Boże, tylko niech nic jej się nie stało szeptała, otwierając drzwi swoim kluczem.
*Czytała i czytała ten list*
Gdy weszła do mieszkania, od razu poczuła, że coś jest nie tak. Cisza. Wszystko uporządowane. Na kuchennym stole leżała kartka: *”Moja kochana córeczko, wiesz, jak bardzo cię kocham. Nie chcę ci sprawiać bólu. Cokolwiek, kocham cię ponad wszystko.”*
Małgosia złapała się brzegu stołu i postawiła. Nagle nogi odmówiły jej posłuszeństwa, myśli wirowały, nie mogła zebrać ich w całość. Co jakiś czas robiło jej się ciemno przed oczami. Znów i znów czytała te słowa, choć litery zdawały się tańczyć.
Zawsze się bałam, że właśnie to się stanie pomyślała w końcu.
Spojrzała na filiżankę na stole herbata była jeszcze ciepła.
Więc mama wyszła niedawno. Może jeszcze nic się nie stało ogarnęła ją nagła myśl.
Znów chwyciła klucze i wyWybiegła z mieszkania i ruszyła w stronę cmentarza, gdzie znalazła Wandę klęczącą przy grobie męża, a gdy matka zobaczyła córkę, wybuchnęła płaczem i wyszeptała: „Przepraszam, kochanie, po prostu tak bardzo za nim tęsknię”.



