Syndrom wiecznie odkładanej na później życia… Wyznania 60-letniej Polki Elżbieta: W tym roku skoń…

Syndrom wiecznie odłożonego życia
Wspomnienia 60-letniej kobiety

Jadwiga:
Rok temu skończyłam sześćdziesiąt lat. Ani córka, ani syn, ani były mąż, nawet przez telefon nie złożyli mi życzeń na moje urodziny.
Mam córkę i syna, dwoje wnucząt, byłego męża Córka Małgorzata czterdzieści lat, syn Paweł trzydzieści pięć.
Oboje mieszkają w Warszawie, skończyli prestiżowe warszawskie uczelnie córka prawo na UW, syn informatykę na Politechnice. Są inteligentni, odnoszą sukcesy zawodowe. Małgorzata wyszła za wysoko postawionego urzędnika, Paweł ożenił się z córką znanego warszawskiego przedsiębiorcy. Obu powodzi się dobrze, mają własne mieszkania, prowadzą też swoje firmy obok pracy na etacie. U nich wszystko się układa, stabilnie.

Mąż odszedł, gdy Paweł skończył studia. Powiedział, że ma dość takiego tempa życia chociaż sam pracował spokojnie, miał jedną pracę, weekendy spędzał z kolegami albo przed telewizorem, a urlop cały miesiąc na Mazurach u rodziny.
Ja nie miałam urlopów pracowałam jednocześnie na trzech etatach: na fabryce jako inżynierka, tam też sprzątałam w biurach, a w weekendy pakowałam towar w osiedlowym sklepie od ósmej do dwudziestej, plus sprzątanie magazynów i zaplecza.
Wszystko zarobione oddawałam dzieciom Warszawa to drogie miasto, studia kosztują, ubrania też. Do tego jedzenie i rozrywki, bilety, wycieczki.
Nauczyłam się chodzić w starej, przerabianej przeze mnie odzieży buty podzelowywałam u szewca. Zawsze czysta, zadbana. To mi wystarczało. Moją rozrywką były sny czasem widziałam siebie młodą, szczęśliwą, roześmianą.

Gdy tylko mąż odszedł, zmienił samochód na nowy, drogi, i z tego co wiem miał oszczędności. Wspólne życie było dziwne poza czynszem, który opłacał, wszystkie wydatki były na mojej głowie.
Mieszkanie po babci stare, zadbane, ze współczesnych lat pięćdziesiątych, przedwojenna kamienica z wysokimi sufitami, dwa pokoje przekształcone w trzy. Klitka z oknem, osiem i pół metra, którą wyremontowałam mieściło się łóżko, biurko, szafa, półki tam mieszkała córka. Ja z synem w jednym pokoju, bo do domu przychodziłam tylko na noc. Mąż w dużym pokoju. Kiedy Małgorzata wyjechała do Warszawy, zajęłam jej klitkę, Paweł został w swoim.

Rozstaliśmy się bez awantur, bez podziału majątku, bez pretensji. On chciał żyć naprawdę, ja byłam tak zmęczona, że odetchnęłam przestałam gotować obiady trzydaniowe i kompot, prać jego rzeczy i pościel, prasować, składać, wieszać mogłam odpocząć.
Do tego czasu nabawiłam się wielu chorób kręgosłup, stawy, cukrzyca, tarczyca, wyczerpanie nerwowe. Po raz pierwszy w życiu wzięłam urlop i leczyłam się. Dorywczych prac nie rzuciłam, leczyłam się, pracując.

W końcu zatrudniłam świetnego fachowca, który z kolegą w dwa tygodnie wyremontował łazienkę. To było dla mnie prawdziwe szczęście szczęście tylko dla siebie!

Przez całe lata, zamiast dawać dzieciom prezenty na urodziny, Boże Narodzenie, Dzień Kobiet i Dzień Chłopaka, po prostu przesyłałam im pieniądze. Potem doszły wnuki. Przestawać dorabiać się nie dało, pieniędzy na siebie nie miałam. Życzenia dostawałam rzadko, prezenty właściwie nigdy.
Najbardziej bolało mnie to, że nie byłam zaproszona ani na ślub syna, ani córki.
Małgorzata powiedziała szczerze: Mamo, nie wpasujesz się w to towarzystwo. Tam będą ludzie z kancelarii prezydenta.
O ślubie Pawła dowiedziałam się od córki, już po fakcie.
Dobrze, że nie prosili mnie o pieniądze na wesele

Nikt z dzieci nie zagląda do mnie, choć często zapraszam. Małgorzata mówi, że nie ma po co jechać do powiatowej dziury (Kielce, miasto wojewódzkie z ponad 200 tys. mieszkańców). Paweł tłumaczy się brakiem czasu Mamo, no kiedy?
Pociąg do Warszawy jest pięć razy dziennie, jest ekspres, dwie godziny jazdy.

Jak właściwie nazwać ten czas mojego życia? Pewnie czas stłumionych emocji.
Żyłam wtedy jak Zosia z Nad Niemnem: Pomyślę o tym jutro
Dusiłam w sobie łzy, ból, emocje od rozczarowania po rozpacz byłam jak robot nastawiony na pracę.

A potem fabrykę kupili warszawiacy reorganizacja, zwolnienia. Jako przedemerytalna straciłam dwie prace, ale za to mogłam pójść na wcześniejszą emeryturę. 2200 zł emerytury Jak z tego wyżyć?

Na szczęście w naszym pięcioklatkowym bloku zwolniła się posada sprzątaczki poszłam myć klatki kolejne 2200 zł miesięcznie. Dorywczych zajęć w sklepie nie rzuciłam, dobrze płacili 200 zł za zmianę. Ciężko, całe dnie na nogach.

Zaczęłam powoli remontować kuchnię. Wszystko sama. Meble zamówiłam u sąsiada zrobił sprawnie, dobrze, niedrogo.
Znów zaczęłam oszczędzać chciałam wyremontować pokoje, wymienić meble. Miałam plany ale w tych planach w ogóle nie było mnie samej. Na siebie wydawałam tylko na najprostsze jedzenie nigdy nie jadłam dużo i leki. Leki kosztowały najwięcej. Czynsz co roku rósł

Były mąż namawiał sprzedaj tę trzypokojową, dostaniesz dobrą cenę, kupisz sobie kawalerkę.
A ja żałowałam mieszkania. To była pamiątka po babci. Rodziców nie pamiętam, wychowywała mnie babcia. Mieszkanie było moim całym życiem.

Z byłym mężem zachowaliśmy poprawne relacje. Czasem się spotykamy jak starzy znajomi. U niego wszystko dobrze. O życiu osobistym nie mówi. Co miesiąc przywozi zakupy ziemniaki, warzywa, kaszę, wodę mineralną. Ciężkich rzeczy sama bym nie przyniosła. Od pieniędzy się odżegnuje. Mówi, żebym nie zamawiała przez internet wszystko powieźli byle co, spleśniałe. Zgadzam się.

We mnie wszystko jakby zastygło w jednym miejscu. Pracuję, pracuję, nie marzę, niczego nie chcę dla siebie. Córkę i wnuki widzę tylko na jej Instagramie. Życie syna oglądam u synowej. Cieszę się, że dobrze im się wiedzie, odpoczywają w pięknych miejscach, jadają w drogich restauracjach.

Może mało im dawałam miłości teraz nie mają jej dla mnie. Córka czasem zadzwoni, pyta jak się czuję zawsze mówię: wszystko dobrze. Nigdy nie narzekam. Paweł czasem wysyła mi nagrania na WhatsAppie Cześć, mamo, mam nadzieję, że wszystko okej.

Kiedyś powiedział mi: Nie chcę słuchać o problemach z tatą, negatywy źle na mnie wpływają. Przestałam się zwierzać. Odpowiadam: Tak, synku, wszystko w porządku.

Marzę, żeby przytulić wnuki, ale Podejrzewam, że wnuki nawet nie wiedzą, że mają żyjącą babcię emerytkę-sprzątaczkę. Pewnie uważają, że babcia dawno umarła

Nie pamiętam, kiedy kupiłam sobie coś dla siebie może raz na pół roku bieliznę czy skarpetki najtańsze. Ani razu nie byłam w salonie na manicure czy pedicure, raz w miesiącu chodzę na strzyżenie do fryzjera obok. Włosy farbuję sama. Pociesza mnie to, że jak za młodu, tak i teraz noszę ten sam rozmiar 46/48. Garderoby nie muszę wymieniać.

Boję się bardzo, że pewnego dnia nie będę mogła wstać z łóżka ból kręgosłupa nie odpuszcza. Boję się zostać niedołężna.

Może powinnam była żyć inaczej z przerwą na odpoczynek, z małymi radościami, bez wiecznego odkładania wszystkiego na potem? Ale gdzie jest to potem? Już go nie ma
W duszy pustka, w sercu całkowite zobojętnienie, wokół mnie samotność.

Nikogo nie obwiniam ale siebie też nie potrafię winić. Całe życie ciężko pracowałam i robię to nadal. Odkładam dla siebie poduszkę bezpieczeństwa na wszelki wypadek, jeśli nie będę mogła pracować. Może niewielką, ale jednak Choć wyznam szczerze wiem, że jeśli się położę i nie będę w stanie się ruszyć, żyć nie będę Nie chcę, by ktoś miał ze mną kłopot.

Wiecie, co jest najtragiczniejsze? Przez całe życie nikt nigdy nie podarował mi kwiatów. Nigdy
Zabawne będzie, gdy ktoś pierwszy raz przyniesie mi świeże kwiaty ale dopiero na mój grób
Prawdziwe polskie, gorzkie rozbawienieAż pewnego wiosennego poranka, kiedy z trudem stawiałam kolejne kroki na świeżo wyszorowanych schodach, zobaczyłam coś, co mnie zatrzymało. Na poręczy pojedynczy, drobny tulipan. Żółty, zwinięty jeszcze w pąku.
Nie było karteczki, nie było nawet śladu, kto go zostawił. Może sąsiadka, z wdzięczności za pomoc przy zakupach; może czyjeś wnuczę, które zapomniało o kwiatuszku. Ale tego dnia poczułam, jakby cały świat w końcu przypomniał sobie o mnie.
Ostrożnie zabrałam tulipana do mieszkania, wsadziłam do szklanki z wodą i postawiłam na stole. Patrzyłam, jak pąk rozkwitał przez kilka dni, powoli, nieśmiało, aż rozłożył się w promienny, jasny uśmiech. Przez cały ten czas żyłam innym życiem, pełnym obecnej chwili, bez żalu o przeszłość, bez planów na przyszłość.
Może nie każdemu jest dane wielkie szczęście; czasem wystarczy jeden żółty tulipan, by przypomnieć sobie, że życie wcale się nie odkłada.
Od tamtej pory co miesiąc kupuję sobie kwiaty dla siebie, bez powodu. Za każdym razem, gdy unoszę je do nosa, czuję, że w końcu jestem nie dla kogoś, nie do pracy, po prostu dla siebie. I tego już nigdy nie oddam.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 + dziewiętnaście =

Syndrom wiecznie odkładanej na później życia… Wyznania 60-letniej Polki Elżbieta: W tym roku skoń…