— No cóż, nie przyjedzie… — z goryczą wzdycha Wanda Stanisławowa. — Mężem już nawet się nie denerwujemy, przywykliśmy. Za każdym razem to samo. Najpierw obietnice, potem cisza.
— Co się stało tym razem? — pytam. — Znowu synowa nie pozwoliła? Jak pamiętam, nigdy się z nią specjalnie nie dogadywaliście…
— Może i nie pozwoliła. Choć syn nigdy wprost nie powiedział, że to ona go powstrzymuje. Ale widać… Dawniej przyjeżdżał częściej. Teraz — nic. Znalazła sposób, by go przy sobie zatrzymać. Nawet dach będziemy teraz naprawiać z najemnymi robotnikami — syn, proszę ciebie, nie może wyrwać jednego dnia — mówi Wanda, ledwie kryjąc urazę.
Chodzi o jej czterdziestoletniego syna, Jacka. Wyjechał z rodzinnej wsi dwanaście lat temu, osiadł w wojewódzkim mieście, pracuje jako mechanik. Dawniej wszystko robił sam, teraz tylko nadzoruje. Ożenił się w mieście, kupił mieszkanie. Wszystko sam. Żonę, Dorotę, poznał późno — oboje nie byli młodzi, gdy się zeszli.
— Z nikim przed nim nie była na poważnie — kontynuuje Wanda. — I rozumiem dlaczego. Charakter ma… trudny. Od pierwszego wejrzenia nie polubiłam. Starałam się, naprawdę. Ale ona… jakby od razu uznała, że jestem wrogiem.
— Parę razy słyszałam ją przez telefon — wtrąca sąsiadka — zdaje się drwić, nawet gdy tylko się wita. Nie wiem, co syn w niej znalazł.
Dorota prawie nie utrzymuje kontaktu z rodzicami Jacka. Raz do roku, za jej wielką zgodą, może do nich przyjechać. I to — bez niej. W tym roku Jacek obiecał przyjechać na wiosnę — pomóc z naprawą dachu. Bilet kupił. Ale synowa, jak się okazało, wszystko przekreśliła.
— Jest w ciąży — z irytacją mówi Wanda. — Teraz, proszę cię, nie można jej samej zostawić. Choć dorosła kobieta, pielęgniarka, co jej grozi? Już dwa tygodnie mu nad uszami szeptała. Z początku się opierał, ale potem…
— I jak to wygląda? — kręci głową mąż Wandy. — Prowadzi ją za rękę do pracy? Ma przecież rodziców niedaleko — niech pomogą. Dlaczego on ma wszystko dla niej poświęcać?
— Właśnie — kiwa głową Wanda. — Jestem pewna, że to jej matka podpuszcza. Mówi: nie puszczaj, nagle wróci i odejdzie. Jej młodsza córka, nawiasem mówiąc, tak właśnie została z dzieckiem. Teraz mieszka u rodziców.
— Ale Jacek to nie taki człowiek — oponuję. — Przecież uczciwy. I dlaczego nie mogą przyjechać razem?
— Co ty! — macha ręką kobieta. — Dorota nigdy z nim nie przyjedzie. Mój mąż raz do niej zadzwonił — po tym urządziła taką scenę, że kazał mi w ogóle już nie dzwonić do syna. Bez sensu.
— A co mu powiedziała?
— Że ciągle czegoś od niego chcemy. Że odsuwamy go od rodziny. Że już nie ma siły z nami walczyć. Że urlop powinien spędzać z żoną i dzieckiem, a nie „dogadzać zachciankom starców”. I że nasz dom jej nie potrzebny, niech sobie zostaną.
— Co za bezczelność! A syn?
— Mówi, że nie jest winny. Że nie chce zaostrzać. Że martwi się o ciążę. Wszystko rozumiem. Ale to przecież niesprawiedliwe. Wychowaliśmy go, daliśmy, co mogliśmy. A teraz nie może przyjechać nawet na jeden dzień?
Mąż Wandy nie wytrzymał. W przypływie gniewu powiedział synowi, że nie będzie już czekać — wynajmie ekipę, zrobi sam. A on niech siedzi z żoną, skoro ona jest teraz dla niego ważniejsza od rodziców.
— Tylko że on nie rozumie — cicho mówi Wanda. — Żon może być wiele… A rodzice — są jedyni. I nie wieczni.



