Święto z iskierką

W domu unosił się niepokojący duch nadciągającego chaosu. Jagoda wyczuła to, zanim jeszcze przekroczyła próg mieszkania. Po klatce schodowej roznosił się gryzący zapach spalenizny, a schody były zalane mydlinami, jak po potopie. Otworzywszy drzwi, Jagoda rzuciła na półkę naręcze kwiatów przyniesionych z pracy, zrzuciła męczące ją cały dzień buty i włożyła stare kapcie. Choć kalosze byłyby bardziej na miejscu – w przedpokoju wody było jeszcze więcej niż na schodach. Z głębi mieszkania dobiegał stłumiony wrzask kota, a gdzieś w czeluściach domu coś syczało, huczało i podejrzanie trzeszczało.

— Krzysiu, co za diabli?! — krzyknęła Jagoda, czując, jak w środku narasta niepokój.

Po chwili w drzwiach pojawił się mąż. W samych kalesonach, bosy, z głową owiniętą ręcznikiem jak turban, z twarzą upstrzoną sadzą, głębokimi zadrapaniami i sporym siniakiem pod okiem.

— Jagódko, już w domu? — mruknął Krzyś, nerwowo szarpiąc róg ręcznika. — Myślałem, że korpo, przecież jesteś szefową, będziesz do nocy wznosić toasty…

Jagoda ciężko westchnęła, opadła na stary puf przy wejściu i, powstrzymując irytację, zażądała:

— Mów, Krzysiu. Co ty tym razem narobiłeś?

— No, Jagódko, moja radości — zaczął, jąkając się — tylko nie wściekaj się, proszę!

— Wściekałam się, gdy w latach 90. banda napadała na naszą firmę — odcięła Jagoda. — Denerwowałam się, gdy pieniądze na kontach spłonęły w czasie kryzysu. Wariowałam, gdy inflacja prawie nas dobiła. Po tym wszystkim jest mi już wszystko jedno, nawet potop. Gadaj, jaki cyrk tu urządziłeś?

— Więc… — Krzyś zawahał się, pocierając siniak. — Chciałem zrobić ci święto. Niespodziankę, rozumiesz? Postanowiłem posprzątać, wyprać, obiad ugotować. Wziąłem wolne, wsadziłem pranie do pralki, poszedłem na targ… No, najpierw na targ, kupiłem mięso, ale zaczęło ciec.

— Mięso? — uniosła brew Jagoda.

— Nie, pralka! — wybuchnął Krzyś. — Ale nie od razu. Włożyłem mięso do piekarnika, zacząłem sprzątać, a tu kot…

— Żyje? — Jagoda uniosła brwi.

— Żyje, oczywiście! — obruszył się Krzyś. — Tyle że trochę mokry. Słuchaj, gdy włączałem pralkę, kota tam nie było, przysięgam! A potem jakoś… się w niej znalazł.

— Jak?! — Jagoda pochyliła się do przodu. — Jak kot mógł wleźć do zamkniętej pralki?!

— Nie wiem — Krzyś rozłożył ręce. — Pewnie się teleportował. One są sprytne, te kocury.

Jagoda zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i powiedziała zimno:

— Kontynuuj, Krzysiu. To staje się coraz ciekawsze. Ale najpierw pokaż kota. Chcę się upewnić, że z nim wszystko w porządku.

— Eee, słoneczko — zawahał się Krzyś — do niego trzeba iść. On jest… tam…

— Mam nadzieję, że ma wszystkie łapy? — Jagoda spojrzała na podrapaną twarz męża.

— O, i to jakie! — mrocznie potwierdził Krzyś, pocierając policzek. — Tylko chwilowo… unieruchomione. Dla jego własnego dobra.

— Dobra, rozgryziemy to później — machnęła ręką Jagoda. — Co dalej?

— No więc, kiedy kot… eee, się prał, poczułem swąd. Pobiegłem do kuchni, otwieram piekarnik — a tam mięso w ogniu! Poparzyłem palce, chlusnąłem olejem, a tu nagle płomienie! Włosy mi się tliły, dym się wałęsa, ja gaszę, a tu kot zaczyna wyć. Lecę do pralki, patrzę — jego ślepia w okienku, patrzy jak skazaniec. Wyłączyłem pranie, chciałem otworzyć, a ona się zablokowała. Kot wrzeszczy, kuchenka płonie, twarz boli, włosy się żarzą… Chwyciłem łom, no i pralka od razu zaczęła ciec. Kot się wyrwał, zaczął biegać po mieszkaniu, darł się wniebogłosy, potłukł trzy wazy, podrapał tapety, zerwał zasłony, wylał szampana, który przygotowałem dla ciebie. Sąsiedzi z dołu walili w kaloryfer, krzyczeli, że nas wykastrują. Nie wiem, czy kota, czy mnie. Ale generalnie wszystko pod kontrolą, Jagódko, nie martw się!

Jagoda otarła łzy — nie wiadomo, czy ze śmiechu, czy z przerażenia — i, odepchnąwszy męża, weszła do mieszkania. Pogrom był epicki. Podłoga zalana wodą, w kuchni dymiła spalona patelnia, tapety zwisały strzępami, a w powietrzu unosił się zapach spalonego mięsa i kociej zemsty. Kot, przywiązany do kaloryfera za wszystkie cztery łapy, miał mordę owiniętą szalikiem. Ale żył, co już było cudem.

— Jagódko, on nie chciał siedzieć na kaloryferze — pospieszył z wyjaśnieniami Krzyś. — Bałem się, że nie wyschnie, zanim wrócisz. Wyżymać go się nie dało, wyrywał się. Musiałem go przywiązać, a pysk zawinąć, żeby nie darł się. Sąsiedzi już grozili policją, strażą pożarną i jakąś babą-jędzą, żeby nas przeklęła.

Jagoda, nie mówiąc słowa, uwolniła kota, otarła go ręcznikiem zdjętym z głowy Krzysia i odwinęła mu mordę. Kot, wyrwawszy się, złowrogo prychnął i schował się pod kanapę.

— Ty, Krzysiu, jesteś jednak niezłym bohaterem — powiedziała zmęczona Jagoda. — Kot ledwo nie udusił się. Choć po pralce pewnie już nic mu nie straszne. Tak jak i mnie.

Opadła na kanapę, tuląc kota, i spojrzała na męża.

— No?

— Co „no”? — Krzyś zmieszał się. — Mam od razu wskakiwać na szubienicę, czy dasz mi się jeszcze pomęczyć?

— Gratulacje, gapo — westchnęła Jagoda. — Dzisiaj przecież Dzień Kobiet.

Krzyś rozpromienił się, pomknął do drugiego pokoju i wrócił, chowając coś za plecami. Uklęknął przed Jagodą, promieniejąc mimo siniaka i sadzy na twarzy.

— Jagódko, moje słoneczko — zaczął uroczyście. — Jesteśmy razem trzydzieści lat, a ty każdego dnia mnie zaskakujesz. Jesteś najpiękniejszą— A teraz chodź, moje kochanie, pomóż mi posprzątać ten bajzel, bo inaczej sąsiedzi naprawdę wezwą tę jędzę i oboje skończymy zamienieni w ropki.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 + siedem =

Święto z iskierką