Słuchaj, kochana, opowiem Ci, co się stało w moim podwórku w Warszawie. Stało się to w ten typowy, szary, niekończący się jesienny deszcz, kiedy szłam z parasolem, przyciskając go do siebie tak, jakby mógł chronić mnie nie tylko przed kroplami, ale i przed całym obojętnym światem. Włożyłam klucz w zamek, przekręciłam go i nagle usłyszałam za sobą ciche, żałosne:
Miau.
Zatrzymałam się, odwróciłam głowę. Przy progu, ciasno przytuleni, siedziały trzy mokre kłaczki. Małe, drżące od zimna. Jeden rudy, drugi biały i trzeci czarny jakby ktoś specjalnie dobrał kontrastujące kolory, żeby wyglądały razem jeszcze bardziej uroczo.
Boże mój wyszeptałam prawie szeptem.
Kiciaki spojrzały na mnie. Nie prosiły, nie wołały po prostu patrzyły. W ich oczach było coś, co zacięło mnie w środku.
Po co wy do mnie? mruknęłam, klękając na kolana. Idźcie, maluchy, idźcie stąd.
Rudy ostrożnie wyciągnął łapkę i dotknął moich palców. Drgnęłam, szybko wstałam, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Odwróciłam się. Kociaki wciąż siedziały, nie ruszyły się.
Przepraszam szepnęłam i zamknęłam za sobą drzwi.
Nocą nie mogłam zasnąć. Leżałam, słuchając, jak wiatr szumi w gałęziach za oknem, i miałam wrażenie, że gdzieś pod moimi drzwiami dochodzi słabe miau. Może to wiatr, a może sumienie.
Rano deszcz ucichł. Zerknęłam przez okno próg był pusty.
No i co, niech znajdą lepszy dom powiedziałam głośno, jakby uspokajała samą siebie. Niech ktoś inny ich przygarnie.
W sercu poczułam nagłe ukłucie, jakby zgubiła coś ważnego.
Łucjo! zawołał znajomy głos z ulicy.
Pod wiatą stała sąsiadka Walentyna, trzymając na smyczy swojego kundelka Burego.
Wyjdź, pogadamy!
Zaciągnęłam szalik i zeszłam po schodach.
Słuchaj zaczęła Walentyna podobno wczoraj pod twoimi drzwiami siedziały kociaki. Gdzie są?
Odeszły wzruszyłam ramionami. Przyszły same, odszły same.
Ależ głupio westchnęła sąsiadka. Koty nie przychodzą tak po prostu. Jeśli wybrały dom, niosą ze sobą coś dobrego. A ty je wypędziłaś?
Nie wypędziłam odpowiedziałam cicho. Po prostu nie wzięłam.
Szkoda, Łucjo. To grzech odrzucać tych, którzy przychodzą do ciebie samodzielnie.
Te słowa utknęły mi w sercu. Stałam chwilę, po czym zdecydowanie odwróciłam się:
Pójdę ich szukać.
Teraz tak! krzyknęła Walentyna.
Stary parasol w ręce, mokry asfalt pod stopami. Obiegałam cały podwórze, zaglądałam za kosze na śmieci, pod schody, do piwnicy nigdzie nie było ich. Tylko cisza i szum wody w rynnie.
Następnego dnia wstałam o świcie, nie włączając radia, ubrałam się i znów ruszyłam na poszukiwania. Przeszukałam własny ogródek, potem sąsiedni, sprawdziłam każdy zakamarek.
Kici, kici szepnęła, czując się nieco głupio. Gdzie jesteście, małe?
Odpowiedział jedynie drobny, przykry deszcz.
Trzeci dzień był najcięższy. Wędrowałam aż do zmroku, nogi bolały, ubranie było przemoczone, ale nie mogłam przestać. Na klatce spotkała mnie Walentyna:
Łucjo, jesteś cała mokra! Zachorujesz!
Nie mogę, Walentyno zmęczona odpowiedziałam. Przyszły do mnie. A ja
Rozumiem skinęła głową. Jutro pójdziemy razem.
Czwartego poranka już miałam wyjść, gdy nagle usłyszałam ciche, przygnębione miau. Dźwięk dochodził z dołu. Pochyliłam się i zajrzałam pod rury grzewcze. Tam, w rogu, przytuleni do siebie, siedziały dwa rudy i biały. Szczupli, przemoczeni, drżący. Biały ledwo oddychał.
Kochane moje szepnęłam, delikatnie wyciągając ręce. Rudy od razu się poddał, biały był za słaby.
Wzięłam ich pod kurtkę i zaniosłam do domu, czując, jak pod moją dłonią biją maleńkie serduszka. W kuchni wyciągnęłam stare ręczniki i owinęłam maluchy. Rudy od razu się ożywił, rozejrzał się, a biały leżał bez ruchu.
Nie umieraj, proszę mruczałam, masując mu łapki. Słyszysz? Nie pozwól!
Zalałam mu miseczkę ciepłym mlekiem. Rudek położył się przy talerzu, a biały pił kroplę po kropli z pipetki. Po godzinie w końcu wydał ciche miau.
Brawo, mały uśmiechnęłam się, po raz pierwszy od dni.
Ale gdzie trzeci czarny?
Zostawiwszy kociaki w cieple, wyszłam dalej. Szukałam aż do zmierzchu, kiedy usłyszałam żałosny piszczek ze starego szopy. W szczelinie między deskami utknął mały czarny kociak.
Jak się tam wcisnąłeś, głupiuchu? zażartowałam, wyciągając go. Musiałam pożyczyć młotek i wyrwać deskę.
Czarny był najsłabszy ze wszystkich. Zaniosłam go do domu, położyłam obok reszty na starym kocu przy kaloryferze. Rudek już skakał po kuchni, biały oddychał spokojnie, a czarny
Trzymaj się, maleńki nuciłam, podając mu mleko. Nie poddawaj się.
Do północy wziął kilka samodzielnych łyków.
Pierwsze tygodnie były trudne: biegunka, gorączka, jeden chory, drugi słabszy. Nie spałam nocy, grzałam, karmiłam, biegałam do weterynarza.
Może oddasz je komuś? zaproponowała Walentyna.
Nie odpowiedziałam stanowczo. Są już moi.
Moje. To słowo wypowiedziałam po raz pierwszy od dawna.
Rudego nazwałam Ryczkiem psotnym, niepohamowanym, zawsze węszyjącym wszędzie. Białego Śnieżkiem, powściągliwym obserwatorem, który lubi siedzieć przy oknie i patrzeć na ulicę. A czarnego Ciemkiem. Cichy, ostrożny, ale przywiązany mocniej niż wszystkie: kiedy siadam, od razu wskakuje mi na kolana.
Dom wypełnił się mruczeniem, tupotem łapek, dzwonieniem misek. Powróciły zapachy mleka, szamponu, ciepłego chleba. Życie wróciło.
Budziłam się wcześniej niż zwykle, by zatroszczyć się o kociaki: nalać świeżej wody, wsypać jedzenie, wymienić żwirek. Mój dzień miał teraz stały rytm śniadanie, zabawy, obiad, spacer po mieszkaniu, wieczorne pieszczoty i sen. I co najciekawsze naprawdę mi się to podobało. Po raz pierwszy od dawna miałam prawdziwy powód, by wstawać rano.
Minęły dwa miesiące. Kociaki urosły, wzmocniły się i zamieniły z drobnych drżących kulek w małe huragany. Szczególnie Ryczek bezkarny, niespokojny, ciągle coś knujący. Zrzucał zasłony, przewracał kwiatki, wspinał się do szafy i robił w niej prawdziwy chaos.
Co znowu zrobisz, mały bandyci? zawołałam, ale z uśmiechem i czułością. Ryczek, jakby rozumiał, że mu wszystko wybaczą, ocierał się o moje nogi i mruczał: Tylko się bawię, mamo!.
Śnieżek był zupełnym przeciwieństwem spokojny, dostojny, jakby urodzony do filozoficznych rozmyślań. Zajął ulubione miejsce przy kuchennym oknie i mógł tam godzinami siedzieć, obserwując podwórko. Czasem wyłał może rozmawiał z przelatującymi ptakami, może pouczał sąsiednie koty.
Ciemek stał się moją nieodłączną cieniutką. Gdzie ja tam on. Do łazienki tam on. Do kuchni już pod stopami. Gdy leżałam w łóżku natychmiast rozkładał się na poduszce jak kłębka.
No i przytulasz się, co? zaśmiała się, głaszcząc go po uchu.
Jednak pewnego ranka coś było nie tak. Obudziłam się i od razu poczułam niepokój. Na kuchni Śnieżek siedział na swoim miejscu, Ryczek biegał po korytarzu, a Ciemka nigdzie nie było.
Ciemku! zawołałam. Gdzie jesteś, kochany?
Nie było odpowiedzi. Przeszukałam całe mieszkanie pod kanapą, w szafie, w pralce. Nigdzie. Serce ściskało się. Czy nie wskoczył na schody? Ale drzwi były zamknięte Okno? Również zamknięte. Wbiegłam na klatkę, potem na podwórze, zajrzałam do piwnicy, na strych, do krzaków przy ogrodzeniu.
Ciemku! Ciemku! wołałam rozpaczą, nie zwracając uwagi na przechodniów.
Z okna wyjrzała Walentyna:
Łucjo, co się stało?
Ciemek zniknął! prawie płacząc odpowiedziałam. Nie wiem, gdzie się podział!
Poczekaj, zaraz będę schodzę, poszukamy razem!
Obiegłyśmy cały podwórze, zajrzałyśmy w każdy zaułek. Byłam już gotowa pęknąć ze łez. W głowie nieprzyjemne myśli może go potrącił samochód? A może ktoś go podniósł?
Nie zamartwiaj się tak próbowała uspokoić Walentyna. Koty są sprytne, znajdzie się Ciemek.
Ale ja nie mogłam uspokoić się. Wróciwszy do domu, jeszcze raz obszukałam wszystkie pokoje. Ryczek i Śnieżek siedzieli obok, jakby czuli mój niepokój.
Gdzie jesteś, mój mały szepnęłam, siadając na kanapie.
Wtedy usłyszałam ciche, ledwo słyszalne miau. Zamarłam, nasłuchując. Dźwięk dochodził z góry. Spojrzałam na szafę. Na najwyższej półce, za kartonami, krył się czarny kociak.
Ciemek! westchnęłam z ulgą, a oczy zaszkliły się ze szczęścia. Skądś się tam wciągnąłeś, mały wybryk?
Kotek jęknął, bojąc się ześlizgnąć. Postawiłam krzesło, ostrożnie wspięłam się i wyciągnęłam drżącego Ciemka. Przytulając go do siebie, gładziłam po grzbiecie i szeptałam:
No i przestraszyłeś mnie, głupku
Ciemek mruczał, wpychając mordkę w moją policzkę, jakby przepraszał.
W tym momencie zrozumiałam, że bałam się nie tylko utraty kota. Bałam się znów zostać sama. Te małe futrzaki stały się moją rodziną, sensem, częścią serca. Ryczek podszedł, zamruczał, Śnieżek przytaknął, a Ciemek przytulił się do mojego szyi.
Wieczorem po raz pierwszy od dawna poczułam prawdziwą potrzebę. Dziękuję wam szepnęłam, układając miseczki z wodą. Dziękuję, że przyszedłcie do mnie.
Teraz Ryczek wita mnie przy drzwiach za każdym razem, kiedy wracam z zakupów skacze, mruczy, ociera się o nogi. Śnieżek czujnie strzeże domu, jak prawdziwy wartownik, obserwując wszystko z okna. A Ciemek zawsze jest przy mnie czuły, oddany, z żółtymi oczami pełnymi ciepła.
Kiedy smuciłam się, kładł się obok, rozpieszczając mnie swoim ciepłem. Kiedy się cieszyłam, mruczał głośniej, jakby dzielił moje szczęście.
Dom ożył. Nie wstaję już bo trzeba, ale bo chcę by nakarmić swoich chłopców, pobawić się, pogadać. Tak, rozmawiam z kotami i nie wstydzę się tego. Bo naprawdę odpowiedzą mi po swojemu: cichym mruczeniem, ruchem ogona, krótkim miau.
I w tychTeraz, gdy słońce powoli chowa się za horyzont, wiemy, że razem przetrwamy każdą burzę, jaka jeszcze nas czeka.



