Świeczka na Wietrze

ŚWIECA NA WIETRZE

Krystyna Bogumiła zdjęła lateksowe rękawiczki i ochronną maskę, wrzuciła je do metalowej miski i, wyczerpana do granic możliwości, wyszła z sali operacyjnej. To była jedna z tych operacji, gdzie o życie walczy się do ostatniej sekundy. Pacjent, Jerzy Mieczysław Kowalczyk, starszy mężczyzna z chorym sercem, ledwo wytrzymał znieczulenie.

Teraz pozostało tylko czekać…

Nocy Krystyna nie przespała. Leżała na wąskim łóżku w pokoju dyżurowym, wpatrując się w sufit. Biała, popękana tynkowa powłoka zdawała się wciągać ją w siebie, przypominając o przeszłości, którą dawno ukryła głęboko w pamięci. Te pęknięcia przypominały jej o tym, co minęło – o małej, zasypanej śniegiem wiosce Brzeziny pod Olsztynem, gdzie zaczęła się jej dorosłość.

Krystyna zamknęła oczy, a czas cofnął się wstecz. Znów miała dziewiętnaście lat, stała przed półzniszczonym kościołem – starym, drewnianym, z czarną sadzą na ścianach i dzwonem, który milcząco zwisał w wejściu.

W tamtych latach, po ukończeniu studiów, wysłano ją na prowincję. Tam po raz pierwszy zrozumiała, co znaczy żyć wśród ciszy, siarczystych mrozów i obojętności.

Do tego kościoła weszła pewnego dnia, kierowana przeczuciem. W środku pachniało kurzem, zimnem i woskiem. Zapaliła świecę, mając nadzieję, że choć tu poczuje ciepło.

— Coś cię gnębi, siostro? — usłyszała za sobą głos.

Przed nią stał młody ksiądz – ojciec Marek.

— Tylko tak, wstąpiłam — odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem.

Potem przychodziła częściej. Ich rozmowy były długie i ciche. Wydawał się jej bliski – mądry, wrażliwy. Jakby rozumiał, jak działa jej dusza.

Pewnego dnia wyszeptała:
— Dziś rocznica śmierci ojca. Był wojskowym. Zginął w 1920 roku, pod Warszawą…

Nie wiedziała, że to stanie się zgubnym błędem.

Tej nocy drzwi jej domu zatrzęsły się od uderzeń. Krystyna narzuciła szlafrok, otworzyła – i wszystko się skończyło.

Rewizja, wrzaski, przekleństwa. Ojciec Marek okazał się donosicielem. Wydał ją za „antyradzieckie” rozmowy.

W areszcie nie bito jej od razu. Najpierw była przesłuchanie. Śledczy był niski, łysawy, z wyrazem zmęczenia w oczach.

— Siadaj. Jestem Jan Włodzimierz Nowak. Nie bój się — powiedział cicho. — Nie wszyscy tu są potworami. Choć czasy takie, że człowiek jest jak świeca na wietrze. Najlżejszy podmuch – i znika…

Nie uderzył. Patrzył ze współczuciem.

— Nie wydostanę cię stąd, Krysia. Ale do łagru też cię nie wyślę. Spróbuję zesłać cię na osiedlenie. I módl się, żeby nikt więcej nie zainteresował się twoją sprawą.

Tak trafiła do Brzezin.

Prowadziła tam jedna droga – zasypana śniegiem, prosta jak strzała. Zima była sroga.

Nikt nie chciał jej przyjąć – unikano zesłańców. Pukała do każdego domu i za każdym razem słyszała „Nie!” albo ciszę.

— Ludzi można spotkać nawet na Syberii — przypominała sobie słowa Nowaka.

Drzwi otworzyła tylko jedna – Ewa, młoda wdowa.

— Wejdź. Tylko zachowuj się cicho.

Tak Krystyna została u niej. Pracowała w ogrodzie, leczyła mieszkańców, opiekowała się dziećmi i zwierzętami. Ludzie powoli zaczynali ufać.

Minęły dwa lata. Co dwa tygodnie meldowała się w urzędzie rejonowym. Sekretarz komitetu powiatowego, Piotr Bronisław Nowicki, przyjmował ją bez słowa, obojętnie stawiając podpis w rejestrze.

Trzeciego roku wszystko się zmieniło.

Był późny wieczór. Zawieja.

Pod domem Ewy zatrzymały się sanie. Wpadł Nowicki, cały w śniegu.

— Moja córka umiera. Pomóż.

Krystyna spakowała rzeczy. Dojechali do jego domu.

Na łóżku leżała może siedmioletnia dziewczynka. Szara twarz, zapadnięte policzki, ledwo słyszalny oddech. W kącie nudziła się lekarka z rejonowego szpitala.

— Błonica — rzuciła.

— Macie skalpel?

— Przywiozą. Za jakieś pięć godzin.

— Za pięć godzin będzie za późno — odparła Krystyna. — Potrzebuję noża, świecy i spirytusu.

Nowicki biegał jak oszalały, przynosząc wszystko. Krystyna zdezynfekowała nóż, wbiła go w gardło dziecka – ropień pękł.

Twarz zalala ropa i krew. Matka rzuciła się na nią – biła, wrzeszczała. Nowicki odciągnął żonę.

Noc Krystyna spędziła przy łóżku dziewczynki. Nad ranem Ania zaczęła oddychać. Po dwóch dniach już bawiła się.

Przed wyjazdem matka podeszła do Krystyny.

— Wybacz. Myślałam, że ty… a ty ją uratowałaś. Weź — podała jej torbę z jedzeniem, kocem i haftowanymi poszewkami.

Nowicki przyjeżdżał jeszcze wiele razy. Przywoził jedzenie. Nie żądał już podpisów w rejestrze. Okazał się mniej zimny – po prostu życie go stwardniło.

Po półtora roku Krystyna wróciła do miasta. Obroniła pracę doktorską, wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci.

Minęły lata.

Pewnego dnia, spacerując po mieście, stanęła przed tym samym kościołem. Wszystko się zmieniło: czystość, światło, zadbany wygląd.

Weszła. Pusto. Zakonnica zamiatała podłogę.

— Czy mogę zobaczyć ojca Marka?

— Nie ma go. Zginął. Wypadek samochodowy. Sześć lat temu.

Krystyna patrzyła w twarz młodemu księdzu.

— Jesteś jedną z tych, których wydał? — spytał.

Skinęła głową.

— Bóg nie przebacza zła uczynionego w Jego domu — wyszeptał.

Zapaliła świecę – za ojca, za swoją młodość, za cierpienie.

Pewnego dnia na wizytę zgłosił się starszy mężczyzna.

— Rak żołądka. Słabe serce — czytała historię choroby. — Nazwisko: Jerzy Kowalczyk.

Podniosła wzrok – i zamarła. To był on. Tamten śledczy.

— Krysia? — poznał ją. — To niemożliwe…

Rozmawiali długo. Opowiedział, że rok później doniesiono również na niego. Siedział – pięć lat.

— Co powiesz, doktor?

— Szanse są małe, Jerzy Mieczysławie. Ale spróbujemy.

Noc spędziłaNoc minęła w niepokoju, a wraz z pierwszym brzuchaniami światła, w oddali odezwał się powolny, wierny dźwięk kościelnego dzwonu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście + dwanaście =

Świeczka na Wietrze