Świeca na Wietrze

ŚWIECA NA WIETRZE

Katarzyna Marecka zdjęła lateksowe rękawiczki i maseczkę ochronną, wrzuciła je do metalowej miski i, wyczerpana do granic możliwości, wyszła z sali operacyjnej. To była jedna z tych operacji, gdzie o życie walczy się do ostatniej chwili. Pacjent, Jan Nowak, starszy mężczyzna ze schorowanym sercem, cudem wytrzymał narkozę.

Teraz pozostało tylko czekać…

Nocy Katarzyna nie spała. Leżała na wąskim łóżku w pokoju dyżurnym, wpatrując się w sufit. Biała, popękana tynkowa powłoka zdawała się wciągać ją w siebie, przypominając o przeszłości, którą dawno pogrzebała głęboko w sobie. W tych pęknięciach widziała echo czegoś, co zostało daleko za nią — maleńkiej, zasypanej śniegiem wioski Brzeziny pod Białymstokiem, gdzie zaczęło się jej dorosłe życie.

Zamknęła oczy, a czas cofnął się wstecz. Znów miała dziewiętnaście lat, stała przed półrozpadłym kościołem — starym, drewnianym, ze śladami dymu na ścianach i dzwonem, który milcząco wisiał w prześwicie.

W tamtych latach, po ukończeniu studiów, skierowano ją na prowincję. Tam po raz pierwszy poznała smak życia wśród ciszy, siarczystych mrozów i obojętności.

Pewnego dnia weszła do tego kościoła, kierowana jakimś przeczuciem. W środku pachniało kurzem, chłodem i woskiem. Postawiła świecę, mając nadzieję, że tutaj znajdzie choć odrobinę ciepła.

— Coś cię dręczy, siostro? — usłyszała nagle czyjś głos za plecami.

Przed nią stał młody ksiądz — ojciec Tomasz.

— Tylko przyszłam się pomodlić — odparła, wymuszając uśmiech.

Od tamtej pory zaglądała częściej. Ich rozmowy były długie i ciche. Wydawał jej się bliski — mądry, wrażliwy. Jakby rozumiał każdy zakamarek jej duszy.

Pewnego dnia wyszeptała:
— Dzisiaj są urodziny mojego ojca. Był żołnierzem. Zginął w 1919 roku, pod Lwowem…

Nie wiedziała, że to będzie zgubna chwila.

Tej nocy ktoś zaczął walić w jej drzwi. Katarzyna narzuciła szlafrok, otworzyła — i wszystko się skończyło.

Rewizja, wrzaski, przekleństwa. Ojciec Tomasz okazał się kapusiem. Doniósł na nią za „antypaństwowe” rozmowy.

W areszcie nie bito jej od razu. Najpierwszy był przesłuchanie. Śledczy, niski, łysiejący mężczyzna, patrzył na nią zmęczonym wzrokiem.

— Siadaj. Nazywam się Marek Wiśniewski. Nie bój się — powiedział cicho. — Nie wszyscy tu są potworami. Chociaż czasy są takie… człowiek to jak świeca na wietrze. Najlżejszy podmuch — i po nim.

Nie uderzył jej. Spojrzał z litością.

— Nie mogę cię stąd wyciągnąć, Kasia. Ale nie pozwolę, żebyś trafiła do łagru. Spróbuję załatwić zesłanie. I módl się, żeby nikt więcej nie zainteresował się twoją sprawą.

Tak trafiła do Brzezin.

Wiodła tam tylko jedna droga — prosta, zawiana śniegiem. Zima była sroga.

Nikt nie chciał jej przyjąć — ludzie unikali zesłańców. Pukała do każdego domu, a w odpowiedzi słyszała tylko „Nie!” albo ciszę.

— Ludzi znajdziesz nawet na Syberii — przypomniały jej się słowa Wiśniewskiego.

Drzwi otworzyła tylko jedna kobieta — Agnieszka, młoda wdowa.

— Wejdź. Tylko zachowuj się cicho.

Tak Katarzyna została u niej. Pracowała w ogrodzie, leczyła sąsiadów, opiekowała się dziećmi i zwierzętami. Ludzie powoli zaczęli jej ufać.

Minęły dwa lata. Co dwa tygodnie meldowała się w urzędzie gminy. Naczelnik, Tadeusz Kowalski, przyjmował ją w milczeniu, obojętnie stawiając pieczątkę w rejestrze.

Trzeciego roku wszystko się zmieniło.

Był wieczór. Zawierucha.

Pod domem Agnieszki zatrzymały się sanie. Wpadł Kowalski, cały ośnieżony.

— Moja córka umiera. Pomóż.

Katarzyna zebrała narzędzia. Ruszyli do jego domu.

Na łóżku leżała dziewczynka, może siedmioletnia. Szara twarz, zapadnięte policzki, ledwo słyszalny oddech. W kącie stała lekarka z przychodni.

— Błonica — rzuciła obojętnie.

— Macie skalpel?

— Przyniosą. Za jakieś pięć godzin.

— Za pięć godzin będzie za późno — odcięła Katarzyna. — Potrzebuję noża, świecy i spirytusu.

Kowalski biegał jak szalony, przynosząc wszystko. Katarzyna zdezynfekowała nóż, wsunęła go do gardła dziecka — ropień pękł.

Twarz dziewczynki zalała ropa i krew. Matka rzuciła się na nią — biła, wrzeszczała. Kowalski odciągnął żonę.

Noc Katarzyna spędziła przy łóżku Małgosi. Rano dziewczynka zaczęła oddychać. Po dobie już się śmiała.

Przed wyjściem matka podeszła do niej.

— Wybacz. Myślałam, że ty… a ty ją uratowałaś. Weź — podała jej torbę z jedzeniem, kocem i haftowanymi poszewkami.

Kowalski przychodził jeszcze wiele razy. Przynosił jedzenie. Pieczątki w rejestrze przestały być potrzebne. Okazał się nie taki zły — po prostu życie go zahartowało.

Po półtora roku Katarzyna wróciła do miasta. Obroniła doktorat, wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci.

Minęło wiele lat.

Pewnego dnia, spacerując ulicami, znalazła się przed tym samym kościołem. Wszystko się zmieniło: czystość, światło, zadbane wnętrze.

Weszła. Było pusto. Zakonnica zamiatała podłogę.

— Czy mogę zobaczyć ojca Tomasza?

— Nie żyje. Zginął. Wypadek samochodowy. Sześć lat temu.

Katarzyna wpatrywała się w twarz młodego księdza.

— Należy pani do tych, których wydał? — zapytał.

Skinęła głową.

— Bóg nie przebacza zła czynionego w Jego domu — szepnął.

Postawiła świecę — za ojca, za swoją młodość, za ból.

Pewnego dnia na wizytę zapisał się starszy mężczyzna.

— Rak żołądka. Słabe serce — czytała historię choroby. — Imię: Jan Nowak.

Podniosła wzrok — i zamarła. To był on. Ten sam śledczy.

— Kasia? — poznał ją. — To niemożliwe…

Rozmawiali długo. OpowiedziałI gdy tak patrzyła na jego zmęczone oczy, zrozumiała, że choć przeszłość była pełna cierpienia, teraz mogą sobie dać coś więcej – szansę na odrobinę spokoju przed końcem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 + 19 =

Świeca na Wietrze