Strumień Światła

Miałam przyjemność pełnić funkcję sekretarki głównego inżyniera na ogromnym zakładowie. Pracowników było trzask, wszyscy inni. Każdy nosił na sobie piętno własnych losów. Ale była jedna kobieta, która potrafiła przebić się i zapanować nad uwagę nikt nie mógł się przed nią uchronić. Przyjacielski zespół z kolei nadmiękł jej przez młodzież: Sylwia Strumyczek. Choć miała już pięćdziesiąt, nikt nie śmiał się odgryźć na imię po prostu była nie do zniesienia.
Sylwia poruszała się szybko, hałaśliwie. Kościste, przyśpieszone kroki słychać było z daleka. Kiedy zapuszczała się w halę, jej pewny, wręcz narzucający się głos zagłuszał nawet zgiełk maszyn. W ciągu jednego dnia pokonywała więcej kilometrów niż konno w tajlejskiej prawdopodobnie. Miała niestrudzony godul, palnięty z narzucającej się chęcią życia. Uczestniczyła w Związku Związkowym, żadna sprawa nikogo nie rozwiązywała poprzez nią. Granice? W ogóle jej nie znaczyły.
Lubiła mówić:
*To dla nas kawałek chleba, najedz się pieczonych bułeczek!*
Potrafiła wejść w każdy gabinet, ogarnąć nawet wyższe piętra. Stąd jej uwłaczająca wyobrażalność. Wymykała się regułom, była nieco surowa, a nawet ostro podobno dlatego jej przyjaciółek było nienawidzko mało. Kim miałaby być ta łyżka? Miałam wrażenie, że nie miała czasu, ani ochoty. No i wyglądem? Zawsze była brawurowa, chyba niezbyt stonowana, a nawet… śmieszna ale idealnie lśniła pielęgiynką piękna i opieką nad paznokciami.
Nigdy nie miałam wprawy obejść się z nią osobiście. Głośki one poruszały się szybciej od ludzi. Pracując na tym samym zakładzie, kilka razy zerknąłem faktycznie…
Jednego dnia przyjął się nam nowy główny inżynier. Był starszy niż ja można powiedzieć, że mógł być moim ojcem. Początkowo obserwowaliśmy się z ciekawością. Piotr Karol nie jadł w naszej kuchni. Wszystko przynosił z domu w termosach. Z jego gabinetu unosił się zapach smakołyków. Ja z drugiej strony przesycałem się bułeczką z herbatą.
Piotr Karol zawsze wyglądał jak w reklamie. Kombinat bykował jak sztuczka, szalik powiązany ręcznie, nawet czółka błyszczące.
Kiedy się znaczniej zbliżyło, zaczął proponować wspólnie obiady. Mówił, że jedzenia wystarczy. * Pewnie żona myśli, że jestem tygrysem * uprzystykiwał szef.
Byłam (zawsze głodną studentką) gotowa, jak podgrzany kotlet. Proponować trzebaiorwać.
Podczas jedzenia Piotr Karol, mockując mi najlepsze kawałki, opowiadał historię o ukochanej żonie Eli. Staliśmy się tym, co filozofowie nazwaliby tajemną tradycją.
Piotr Karol i Ewa byli małżeństwem przez trzydzieści lat. Mieli trzech synów, pracujących u nas na fabryce. Ewa pochodziła z dużej rodziny ojciec z matką urodzili aż ośmiu dzieci. Ona była środkową. W ich tradycji wszyscy brań przypuszczać się do pracy. Tę formę zanudzenia wielu współczuł. Piotr Karol chciał córkę, ale tragika… Miała być. Najstarsza. Ale w dzieciństwie zmarła, z powodu wrodzonego wada serca. Potem zrodzili się synowie. Pamiętka o córce była święta.
Najmłodszy synę był słaby, Ewa z nią o基数. Teraz to bohater!
Był czas, kiedy Piotr Karol uwielbiał. W inną dziewczynę, młoduszą i udekorowaną.
* Wyobrażasz sobie, Ksia, Ewa ogarniała się mizerną pracą, a ja, przeklęty,商圈 wykazywać miłość! Nic nie mogłem powstrzec się! Może ta dziewczyna mnie upiła?*
Z podziału na dziecko! A potem infant spisała go od razu po urodzeniu! Byłem zmuszony przyznać się przed żoną o porzuconym dziecku. Ewa początkowo chciała rozwody, krzyczała przyznaję się, pamiętała. Potem zmogła się, zamilkła. Długo… Nie miałem ochoty nawet oddychać. Obawiałem się, że mnie wygna. Wtedy zabiorę dzieci z szpitala a JEST!
A Ewa zaskoczyła nas spokojem:
*Skoro Pan Bóg oddaje nam dziecko, to grzech przejść. Walczmy nazwijmy ją Zofią.*
Wtedy nie wiedziałem, jak przypuszczać się do coś! Tyle dumy dla mojej Ewy! Mówi się… jak przechodzisz, nie w tańcu, ale w chlewie. Z samego początku接纳ni o córce. Teraz nasz Zosia ma szesnaście, czim pragnę. Pomocnica matki. Ewa jest w stanie się w nią rozmieścić, pokiwał z radością Piotr Karol.
Znałem jedynie Ellis po opowieści, ale czułem respekt i miłość dla tej niezwykłej kobiecin. Czasem żałowała mi Ewę. Wychowywać trzech synów, jak najmłodszy z niezwiązania, wybaczyć wiódł… Nie każdej by się udało.
Okazało się, że Ewa przyjęła u siebie młodego brata po pożarze domku. Uwiesiła się z nim długo. Kiedy wyjęła swoją siostrę z tego świata drogim zabiegem, choć sama rodzina trzymała się na chlebie i wodzie.
To duchowna kobieta, myślałam o Ewie.
Zjadam codziennie najbardziej pyszne babeczki, bulki, wafele… marzyłam, żeby poznać Ewę Piotra Karla i się uściskać z tą bohaterką. Już niedługo się pojawiała szansa…
Jednego dnia do sekretariatu wchodzi odwiedzina bez cienia wątpliwości, prosto w stronę gabinetu głównego inżyniera.
Pani, proszę! Jeśli do Piotra Karla, to po wstępie, ostrzegam.
Nie muszę, jako żona, czekać? wrzuciła bagnet Sylwia.
I wtedy rozpoznałam… Jezu, to Strumyczek.
Kto to żona? nie mogłam w to uwierzyć.
To żona Piotra Karola. Sylwiana. Czy mogę wejść…? wyjaśniła sprawę Sylwia.
Jasne! Wejdź, coś ty, Sylwiana… nie miałam granicy zdumienia.
Ona pewnie weszła. Drzwi za sobą choć można było służyć. Minuta później wzywa mnie Piotr Karol.
Oto, Ksia, zapoznaj się. To Ewa. Choć w pracy, to nazywaliśmy żonę Sylwianą.
To ty im podobała się. Chcemy cię zaprosić zgoda? zaproponował Piotr Karol.
Jasne, z innym zębem! U pani jest dużo do nauczenia, ucieszyłam się.
Ale jak się później okazało nie prosto tak zaproszono, ale żeby pokazać swoją dwójke Piotra Karla i Evy. Ich Wacek nie był żonaty. Szukali miłości, jaką mają rodzice.
Teraz jesteśmy rodzina. Wszystko dzięki Strumyczkowi.
Moja pełnoprawna teściowa.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 2 =

Strumień Światła