Byłem żonaty od trzech lat. Dzieci jeszcze nie mieliśmy, choć myśli o rodzicielstwie krążyły w powietrzu. Cały ten czas mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu w centrum Krakowa – nie dlatego, że nie było nas stać na więcej, ale dlatego że moja teściowa, Irena Nowak, nie pozwoliła nam wprowadzić się do swojej pustującej kawalerki, która stała pusta od lat.
Wychowała mojego męża, Karola, sama. Mieszkanie dostała kiedyś od fabryki obuwia, w której przepracowała dwadzieścia lat. Później wyszła powtórnie za mąż.
– Mój ojczym był dobrym człowiekiem, naprawdę zastąpił mi ojca – opowiadał Karol. – Ale z mamą ciągle się kłócili. Narzekała, że mało zarabiał, że wszystko było dla niej za mało.
Ojczym miał córkę z pierwszego małżeństwa. Chciał adoptować Karola, ale Irena stanowczo się sprzeciwiała – bała się utraty państwowych przywilejów. Gdzie wyjechała do nowego męża, swoje mieszkanie po prostu zamknęła na klucz. Nie było tam nawet remontu, nie chciała wynajmować – twierdziła, że to bez sensu.
Po ślubie prosiliśmy, żeby pozwoliła nam tam zamieszkać – skromnie, ale zawsze swojego kąta. Ale teściowa nawet słuchać nie chciała:
– Już niedługo się rozwiodę – oświadczyła. – On jest skąpy, leniwy, do niczego. Zostałam z nim tylko dla korzyści. A gdzie pójdę, jeśli wy się tam wprowadzicie?
I rzeczywiście, wkrótce wzięła rozwód. Ale od męża się nie wyprowadzała. A potem nadeszło nieszczęście – ojczym zmarł. Irena była pewna, że teraz dwupokojowe mieszkanie przejdzie na nią. Okazało się jednak, że spadek należy do jego córki.
W tym samym czasie zmarła moja babcia, która jeszcze za życia przepisała na mnie swoje przytulne mieszkanie. Z Karolem zaczęliśmy remont, planowaliśmy przeprowadzkę. Wszystko przekreśliła jednak histeria Ireny.
– Ja go nosiłam na rękach, gdy ta jego córka nawet nie odwiedzała! Gotowałam mu żurek, nosiłam leki! A teraz ona, ta Kasia, będzie mieszkać w Warszawie w jego mieszkaniu, a ja w wilgotnej kawalerce! Gdzie sprawiedliwość?! – wrzeszczała do telefonu.
Samej sobie zgotowała ten los: sama odmówiła adopcji, sama nie chciała z nami mieszkać. Dyskutować nie miał sensu. Musiała wrócić do tej pustej, zaniedbanej kawalerki. Żadnych mebli, żadnych wygód. Gołe ściany.
Karolowi zrobiło się jej żal. Postanowił przynajmniej odświeżyć mieszkanie. Ja zaproponowałam przewieźć tam babcine meble – i tak planowaliśmy je wymienić. Były czyste, solidne – choć nie nowe.
Część rzeczy Irena zdążyła wynieść z mieszkania zmarłego męża, ale głównie były to zabudowane sprzęty, których i tak nie opłacało się ruszać. A spadkobierczyni ojczyma – też sprytna – nie chciała oddawać nic wartościowego.
Gdy przywieźliśmy meble, teściowa urządziła scenę:
– Co to ma być?! Chcecie mi dać śmieci ze strychu?! Mąż nie żyje, a wy traktujecie mnie jak śmietnik! Sobie kupujecie nowe, a mi – graty! Wstyd! – wrzeszczała na cały klatkę.
Choć babciną kanapę kupiliśmy dopiero cztery lata temu, a ledwo z niej korzystała. Nowe meble kupili nam rodzice. Dlaczego Irena uważała, że mamy jej urządzić całe mieszkanie? To zagadka. Co więcej, kazała nam wszystko zabrać. Oskarżała, że mamy pieniądze na remont, a dla niej – nic.
Odwróciliśmy się i wyszliśmy. Meble zostały w korytarzu. Myślałem, że Karol w weekend je zabierze. Ale nie. Teściowa poprosiła sąsiada i sama wciągnęła wszystko do mieszkania. Najwyraźniej zrozumiała, że nie ma czasu na kaprysy, gdy w portfelu pusto.
I tak żyje. Z urazami, z cudzymi meblami, ale z własną dumą. Tylko że duma, jak się okazuje, obiadu nie ugotuje i kołdrą nie przykryje.



