Sprzedawca owoców otworzył pudełko. Z wnętrza wychylił się pyszczek. Ogromne, przestraszone oczy zdawały się zaraz spłynąć wielkimi łzami.
— Nic nie je, pewnie od matki oderwany i wyrzucony. A futerko ma sklejone, bo mieszkał w skrzynce po śliwkach.
Klientka bez słowa odeszła. Mężczyzna z żalem pokręcił głową: „Nawet kobiety straciły współczucie”. Po chwili jednak wróciła. „Cały czas myślę o tym kociaku”, powiedziała, podając szmatkę:
— Proszę owinąć „towar”.
— Weźmie go pani? — ucieszył się sprzedawca. Ostrożnie zawinął kociaka i podał kobiecie jak dziecko.
— To dobry uczynek. Los ci wynagrodzi, — powtarzał.
Kobieta uśmiechnęła się z pobłażaniem: — Znalazł dobrodziejkę. Jeszcze nie wiem, co na to mąż powie. Może razem na ulicy wylądujemy.
Niestety, przeczucia jej nie zawiodły. Kociak nie znalazł akceptacji. Choć umyty, wygładzony i nakarmiony, nadal wyglądał żałośnie.
— Co za stwór? — mąż odtrącił kociaka, gdy ten próbował wspiąć się na jego nogę. Podejrzane drapanie pazurków odciągnęło parę od serialu. Nowe, drogie tapety były zagrożone.
— Myszy cie naszły? Po co nam on w jednopokojowym mieszkaniu? — wyrzucał żonie gospodarz.
Biorąc kociaka za kark, mężczyzna patrzył z niezrozumiałą odrazą na bezradnie wiszące w jego rękach stworzenie:
— Żeby jutro go tu nie było.
Zofia też nie była już zadowolona z tego znalezienia. Ale na dole patrzyły na nią zapłakane oczy, małe łapki błagalnie ugniatały jej nogę, a drobne ciało wydawało dźwięczne mruczenie, rozgrzewając jej serce ciepłym strumieniem współczucia. Pochyliła się, pogłaskała.
Zachęcony pieszczotą kociak wdrapał się na ręce, wtulił nosek w ciepłą dłoń swojej opiekunki. „Żyj według miłosierdzia, a miłosierdzie dostaniesz,” przywołała w pamięci słowa swojej matki Zofia, uspokajając własne serce.
Zadzwonił telefon:
— Babciu, przyjdź do nas na herbatę!
Zofia cicho, nie przerywając mężowi oglądania serialu, wymknęła się za drzwi.
Syn mieszkał blisko, po drugiej stronie ulicy. Kasia już stała przed domem i radośnie machała ręką. Nagle wielki czarny samochód zjechał na pobocze. Dziecięce ciało uniosło się w górę. Zofia zastygła. Nie mogła ani krzyknąć, ani ruszyć się z miejsca.
Jej oczy, jak w zwolnionym tempie, chłonęły każdy obraz: jakaś kobieta podniosła dziewczynkę. Małe rączki kurczowo objęły jej szyję. Żyje! Z trudem wysiadł z samochodu mężczyzna. Pijany. Na jego spotkanie biegł syn. W mundurze.
Drżącymi rękami próbował wydostać broń z kabury i nagle potknął się o krzyk:
— Nie!!!
Matka stała po drugiej stronie ulicy, ale jemu wydawało się, że ją odpycha gwałtownie wyciągniętymi przed siebie rękami.
Podbiegli ludzie, stanęli na jego drodze, zabrali pijanego kierowcę. Zofia nie czuła nóg. Ale szła… czy była niesiona? Do Kasi! Lekarz już ją badał, sprawdzając każdą kosteczkę:
— Wszystko w porządku. Żadnych złamań. Silniejszych stłuczeń też nie.
— Ale czemu milczy? — synowa drżała cała.
— To strach. Trzeba ją czymś zająć, — zasugerował doktor.
— Już, zaraz.
Zofia pobiegła do domu. Wpadła, złapała kociaka, opowiadając mężowi o tym, co się stało. Zdążyła. Karetka jeszcze nie odjechała. W oczach dziecka czaił się strach. Delikatnie rozluźniła jej ręce, włożyła kociaka. Kasia przeniosła wzrok. Paluszki zaczęły się poruszać, gładziły miękkie futerko. W odpowiedzi rozległo się łagodne „Miau-miau-miau”. „Misia”, — cicho powiedziała dziewczynka. Lekarz z ulgą odetchnął. Zofia pozwoliła łzom płynąć — teraz można.
Kasia nie wypuszczała kotki z rąk. Noc spędzili w szpitalu. Rano wrócili do domu z diagnozą: „Dziewczynka urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą”.
„Miłosierdzie za miłosierdzie,” szepnęła Zofia.



