Spóźniona! W trzy minuty wskakuje do łazienki, maluje się, zakłada płaszcz i botki, a następnie wsiada do windy.

**Dziennik Emilii**

Spóźniona! W trzy minuty wskoczyłam do łazienki, nałożyłam makijaż, narzuciłam płaszcz i buty, a potem wpadłam do windy.

Ocknęłam się gwałtownie, śpiąc przez alarm! W kilka minut, z zawrotną szybkością, zdążyłam się ogarnąć: malowałam się, biegnąc do drzwi, rzuciłam okiem w lustro i wciągnęłam płaszcz oraz półbuty. Ledwie trzy minuty po przebudzeniu stałam już w windzie.

Na ulicy zorientowałam się, że wrześniowy deszcz mży, ale nie miałam czasu wrócić po parasol. Budzik zdradliwie zawiódł. Biegłam, by złapać autobus myśl o spóźnieniu do pracy przyprawiała mnie o dreszcze. Szef był nieugięty: spóźnienie równało się straconemu dniówce, a groziło nawet zwolnieniem.

Przewidując katastrofę, pożegnałam się w myślach z ulubionymi klientami, premią i ostatnim dniem urlopu. Przechodnie, równie zabiegani, zdawali się obojętni na siebie nawzajem. Wszystko wydawało się szare i przygnębiające, a deszcz tylko pogarszał nastrój.

Gdy do przystanku brakowało kilkaset metrów, zatrzymałam się nagle przy zniszczonej ławce ujrzałam przemokniętego kociaka. Próbował miauczeć, ale wydobywał tylko ciche westchnienia.

Zawahałam się. Biec dalej czy pomóc? Wybrałam serce, wiedząc, że i tak czeka mnie gniew szefa.

Zbliżyłam się i zauważyłam, że kotek ma wykręconą łapkę.
Boże! Kto ci to zrobił?

Wątpliwości zniknęły. Nie mogłam go zostawić. Drżący, przemoczony do suchej nitki, wtulił się w moją białą chustę. Pobiegłam jeszcze szybciej, postanawiając zabrać go do biura. Moje serce nie pozwoliło porzucić tego malca.

Próba dyskretnego wejścia do pracy spełzła na niczym. Gdy docierałam do drzwi numer 12, natknęłam się na szefa.
Nowak! Godzina spóźnienia! Gdzie pani była? Kto ma robić pani pracę? Co się dzieje?

Pytał jedno po drugim, a ja czułam, jak rośnie we mnie poczucie winy. Drżąca, z gardłem ściśniętym łzami, nie mogłam wydusić słowa.

Proszę spojrzeć! wykrztusiłam w końcu, rozpinając lekko płaszcz.
Kotek wychylił mokrą główkę i cicho zaskomlał.
Ma zranioną łapkę Nie mogłam go tak zostawić Był sam

Łzy same polały się po policzkach, słowa plątały się, a dłonie trzęsły. Już widziałam, jak pakuję swoje rzeczy, gdy nagle szef wyciągnął telefon, zapisał adres na kartce i polecił mi natychmiast się tam udać.

Zaskoczona tą zmianą, schowałam zaczerwienione z zimna dłonie do kieszeni i ruszyłam ku wyjściu.
I niech pani tu nie wraca dodał.

Serce ścisnęło mi się, zanim zdążyłam pogrążyć się w rozpaczy, dokończył:
Dzisiaj ma pani wolne. Jutro też. I gratuluję tej dobroci czeka panią premia za miłość do zwierząt.

Ten sam szef, którego wszyscy znali jako Sebastiana Kowalskiego, miał opinię tyrana. W przychodni weterynaryjnej sprawa potoczyła się szybko: łapka była tylko zwichnięta. Gdy weterynarz opatrywał kota, opowiedziałam o znalezisku i reakcji szefa.

Weterynarz roześmiał się znał Sebastiana od dziecka. Zawsze bronił zwierząt: ratował szczeniaki przed utonięciem, stawał w obronie kotów. Dziś wspiera schroniska, choć z ludźmi trzyma dystans po stracie rodziny. Ta historia poruszyła mnie głęboko.

Wieczorem, gdy kotek (nazwałam go Mruczek) grzał się na łóżku, dzwonek telefonu oderwał mnie od urządzania mu legowiska. To był Sebastian.
Jak nasz pacjent?

Zarumieniona, opowiedziałam z przejęciem, dziękując mu. Zaprosił mnie na kolację gadaliśmy całą noc.

Połączyło nas zrozumienie i miłość do zwierząt. Razem zajęliśmy się Mruczkiem, a potem kolejnymi potrzebującymi stworzeniami. I tak skończyła się moja samotność zarówno ja, jak i mój czworonożny przyjaciel, znaleźliśmy ciepło w nowej rodzinie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × dwa =

Spóźniona! W trzy minuty wskakuje do łazienki, maluje się, zakłada płaszcz i botki, a następnie wsiada do windy.