Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy
Przeżyć życie nie jest łatwo i od losu nie da się uciec. Każdy ma swoją ścieżkę, swoje prawdy i rozczarowania. Ja, Wiktoria, wychowałem się w kobiecym królestwie w małej wsi pod Lublinem. Królestwo to może i za duże słowo, bo żyliśmy w swoim własnym domu z ogródkiem, drewem do palenia i wodą ciągniętą wiadrem ze studni. Roboty na gospodarstwie było zawsze po łokcie.
Babcia Felicja została sama dość wcześnie, po śmierci dziadka, a jej córka moja mama, Marianna, została również sama, kiedy ojciec nas porzucił, gdy miałem zaledwie dwa lata. Tak powstał nasz dom małe kobiece królestwo. Od dziecka umiałem doić krowę, pielenie grządek nie było mi obce, a prostych potraw nauczyłem się pod czujnym okiem babci i mamy.
Felicji grubo już minęła pięćdziesiątka, gdy wróciła kiedyś wycieńczona z pola i powiedziała:
Marianna, córciu, wszystko mnie już męczy…
Mamo, co się stało? zapytała mama, a ja podskoczyłem ciekawie.
Nic nowego. Ile można się urobić po łokcie, łopatą gnojowicę wywalać. Czy nie zasługujemy na trochę lepsze życie? powiedziała, kładąc spracowane dłonie na kolanach.
A co proponujesz, mamo?
Sprzedajmy wszystko i przenieśmy się do miasta. Trochę złotych mam odłożonych, może starczy na mieszkanie.
Babciu, ja się zgadzam! krzyknąłem uradowany. Chcę, bardzo chcę do miasta!
Tak też zrobiliśmy. Starszy brat babci, Stanisław, mieszkał w Lublinie, więc najpierw zamieszkaliśmy u niego.
Damy wam na początek jeden pokój, a jak znajdziecie coś własnego, przeprowadzicie się zarządzała jego żona Stefania.
Rodzina była bardzo wyrozumiała. Mama niemal od razu zaczęła szukać mieszkania, Stanisław pomagał, jak mógł. Po czasie znalazły lokal i przeprowadziliśmy się.
Trzeba by w tym mieszkaniu zrobić remont, wzdychała babcia ale wszystkie oszczędności poszły na zakup. Ale nic, powolutku damy radę.
Tak, mamo przytakiwała Marianna. A ja znalazłam pracę w piekarni. Jutro mam pierwszy dzień. Muszę cię, Wiktorku, zapisać do szkoły. Zaraz po wakacjach idziesz do szóstej klasy, tutaj niedaleko jest szkoła, będę codziennie przechodzić obok, idąc do pracy.
Dobrze, córciu, my z Wikciem zaniesiemy papiery do szkoły mówiła babcia.
Zostałem przyjęty do szóstej klasy. Szkoła była rzeczywiście blisko, bardzo się cieszyłem.
Babciu, będę się starał w tej miejskiej szkole! obiecywałem.
Kiedy mama wróciła po pierwszym dniu w piekarni, babcia oznajmiła:
Mnie też przyjęli, sprzątać będę w Twojej szkole. Przyda się każda złotówka.
Mamo, siedź już w domu, masz przecież emeryturę.
E tam, pożytek będzie, a i na wnuka oko mam w szkole. Jest nowy, niech się nie pogubi.
Czas leciał. Babcia sprzątała w szkole, czasem była zmęczona, ale czuła satysfakcję. Mama pracowała, a ja radziłem sobie raczej średnio w nauce.
Po ósmej klasie nie wróciłem do szkoły. Zrozumiałem, że trzeba pomóc w domu. Przechodziłem pewnego dnia obok restauracji i zobaczyłem ogłoszenie: Potrzebna pomoc kuchenna. Bez namysłu wszedłem do środka i dostałem pracę.
Pracowałem sumiennie, coraz częściej pomagałem w kuchni: obrałem ziemniaki, czasem zastąpiłem kucharza, gdy była okazja. Polubiłem załogę. Dzięki dziewczynom zacząłem chodzić na wiejskie potańcówki.
Mamo, idę do klubu na tańce mówiłem. Wrócę późno.
Ostrożnie, Wikciu wołała babcia. Zwłaszcza z chłopakami. Myśl, co robisz.
Tak, babciu, wszystko wiem, nie jestem już dzieckiem!
Na jednej z potańcówek poznałem Artura. Najpierw zaprosił mnie do tańca, potem nie odstępował na krok.
Odprowadzę cię dziś do domu powiedział takim głosem, że nie śmiałem odmówić.
Zaczęliśmy się spotykać, aż Artur pewnego dnia oznajmił:
Wiktor, idę do wojska. Poczekasz na mnie? Będę pisał listy. Ty też pisz.
Dobrze, będę pisał obiecałem.
Odprowadziłem Artura na pociąg, listy pisałem regularnie, i on odpisywał, obiecywał wrócić na urlop. W końcu nadszedł ten dzień. Wrócił na krótki urlop, spotkaliśmy się.
Hej, Wiktor, jak żyjesz? Jeszcze się nie żeniłeś? zaśmiał się Artur.
Przecież obiecałem, że poczekam, i czekałem.
No, no… w jego głosie nie było specjalnej radości. Patrzył gdzieś w bok, omijał mój wzrok.
Szybko minął urlop, Artur wyjechał. Listy stawały się coraz rzadsze, aż w końcu przestały przychodzić.
Wiedziałem mniej więcej, kiedy miał wrócić, ale nie poinformował mnie nawet o powrocie. Na potańcówkach już się nie pojawiał. Wracając z jednej, powiedziałem do koleżanek:
Wiecie, coś się z Arturem stało? Powinien chyba wrócić z wojska, odwiedziłbym go, ale nie znam, gdzie mieszka.
Lepiej nie idź ucięła jedna z dziewczyn złośliwie. Żona by cię może nie wpuściła. Twój Artur już w wojsku się ożenił, z powrotem przyjechał z żoną. Daj sobie spokój.
Niemożliwe, przecież czekałem odpowiedziałem zaskoczony i zasmucony.
Czekałeś, ale on najwyraźniej nie.
Spotkałem Artura przypadkiem, wracałem z pracy przez park, siedział na ławce, tak jak kiedyś.
Hej, Wiktor! zawołał, podbiegł.
Ale ja szedłem dalej, nie miałem ochoty rozmawiać.
Zaczekaj, Wikciu… Przepraszam Cię. Popełniłem głupotę, myślę o Tobie. Nie kocham mojej żony, musiałem się z nią ożenić, bo dziecko w drodze. Brakuje mi Ciebie.
Zatrzymałem się i spojrzałem mu w oczy.
Czego chcesz? Żebym spotykał się z tobą, a ty w domu z żoną i dzieckiem? Nie! Oszukałeś mnie, nie jesteś godny zaufania. Żyj ze swoją wybranką, wychowujcie dzieci i razem budujcie rodzinę. Beze mnie. Powodzenia, Artur! Poklepałem go po ramieniu i odszedłem.
Pracowałem dalej w restauracji. Któregoś dnia dyrektor zauważył moje zdolności i powiedział:
Wiktor, świetnie sobie radzisz. Chcesz iść na kurs kucharski? Zależy nam, byś został pełnoprawnym kucharzem.
Bardzo chcę! zgodziłem się z entuzjazmem.
Stanąłem więc na peronie w modnych ciuchach i czekałem na pociąg do Warszawy na kurs kucharski. Stresowałem się, pierwszy raz sam w wielkim mieście. Grupka młodych ludzi żegnała kogoś, ktoś grał na gitarze, śpiewali, żegnali kolegę z wojska.
Nagle jeden z żołnierzy odłączył się i podszedł do mnie.
Cześć, poznajmy się, jestem Jerzyk, a Ty?
Wiktor odpowiedziałem automatycznie.
Czekasz na pociąg? kiwnąłem głową.
Zaraz nadjechał pociąg, Jerzyk podbiegł do znajomych.
Dziwaczny ten Jerzyk pomyślałem ale zna moje imię…
Wsiadłem do prawie ostatniego wagonu. Siadłem, patrzyłem za okno, lecz nagle usłyszałem tuż przy uchu:
O! Tu jesteś! Stał przede mną żołnierz.
Obszedłem prawie wszystkie wagony. Znalazłem! Nie mamy dużo czasu. Jestem na przepustce z wojska. Spodobałeś mi się od razu. Zostawmy sobie adresy, będziemy pisać. Zgadzasz się? A dokąd jedziesz?
Na kurs kucharski odpowiedziałem.
Całą drogę rozmawialiśmy, dużo się śmialiśmy. Wymieniliśmy adresy, rozstaliśmy się, każdy poszedł w swoją stronę. Nie wierzyłem, że to się jakoś rozwinie. Już miałem doświadczenie z Arturem, który wrócił z żoną. Ale Jerzyka polubiłem od pierwszej chwili, był pogodny, szczery i bez obietnic. Pisać listy nie było mi trudno.
Babcia Felicja zawsze powtarzała: nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy myślałem, nie robiąc sobie wielkich nadziei na przyszłość z Jerzykiem.
Prawie rok listów minął, Jerzyk wrócił z wojska i od razu odwiedził mnie. Miałem akurat wolne. Cieszyliśmy się obydwaj. Zrozumiałem, że mogę mu zaufać.
Czas leciał, ożeniłem się z Jerzym. Pracowałem w restauracji jako kucharz, Jerzyk był zatrudniony w fabryce. Kochałem czystość wszystko miałem poukładane, świeżo uprane i wyprasowane. Wychowywaliśmy dwóch synów bliźniaków, zadbanych, zawsze schludnych.
Jednak z Jerzym miałem ciągłą walkę o porządek. Tam gdzie robił, tam zostawiał bałagan. Wskazywałem rzeczy, które rzucał bez ładu. W końcu zrozumiałem:
Trzeba inaczej, trzeba spróbować z uśmiechem i sprytem.
Z czasem coraz więcej Jerzyk sam sprzątał robocze ubranie zostawiał w sieni, narzędzia w garażu, czasem nawet sam zamiatał podwórko i dbał o porządek na zewnątrz. Wreszcie doceniłem nauczył się, bo zależało mu na mnie.
Jednak spotkałem właściwą osobę mimo słów babci myślałem szczęśliwy.
Przeżyliśmy szczęśliwe lata, aż któregoś dnia Jerzyk nie wrócił już z pracy zasłabł na ulicy, zmarł na miejscu. Serce nie wytrzymało, choć nie zapowiadało się, że przyjdzie taki dzień. Żałoba ogarnęła mnie całego.
Zostałem sam, jak babcia Felicja, mama Marianna każda z nas kończyła samotnie. Teraz mieszkam sam, odwiedzają mnie dzieci i wnuki. Od losu nie uciekniemy. Ufam jednak, że każda droga ma sens, nawet jeśli wiedzie przez ból i rozczarowanie. Ważne, żeby odnaleźć bliskość tego, kto naprawdę na nią zasługuje.



