Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo ciągle o tym myślę i już nie wiem, czy ja wariuję, czy to świat zwariował. Spotykałem się z Grażyną, prawie rok ze sobą chodzimy. I powiem Ci szczerze nie szczędziłem grosza ani na nią, ani na jej wnuczka, Stasia. Ale wystarczyło, że raz poprosiłem o parę pierogów na wynos i od razu wiedziałem, gdzie moje miejsce.
Siedzieliśmy sobie w kawiarni w centrum Warszawy wiesz, elegancka, muzyczka w tle, wszystko z klasą. Kelner przyniósł plastikowe pudełko z zapakowanym niemal nietkniętym kawałkiem czekoladowego ciasta. Grażyna zadowolona przesunęła je do siebie. Niby nic, ale czułem, jak mi się w środku gotuje.
No wiesz, ja mam 58 lat, ona 54. Oboje po przejściach, rozwody, dorosłe dzieci, no i wiadomo, wnuki. Mam dwójkę chłopca i dziewczynkę. Grażyna też, ale u niej cały świat kręci się wokół wnuka Stasia, sześcioletni promyczek. Widziałem go może tylko dwa razy przelotem, ale wiem o nim wszystko czasami więcej niż o własnej rodzinie.
No i Grażyna schowała ciasto do torebki i uśmiechnęła się do mnie tym swoim ciepłym uśmiechem, przez który zupełnie dla niej przepadłem.
Stasiu uwielbia wszystko, co czekoladowe powiedziała. A ja się już najadłam, szkoda żeby się zmarnowało, prawda?
Pokiwałem tylko głową, poprosiłem kelnera o rachunek i zapłaciłem oczywiście za wszystko: i ciasto, i moją kawę, i jej sałatkę. To nie o kasę chodziło nie zbiednieję. Bardziej o to, że od pół roku zrobił się pewien wzorzec. Przymykałem oczy, tłumacząc sobie, że to taka miłość babci. Zawsze, kiedy była okazja a najczęściej za moje pieniądze Grażyna coś zabierała do domu dla Stasia. Tu kawałek ciasta, tam popcorn z kina, zawsze niby dla wnuczka.
Pierwszy sygnał miałem już trzy miesiące temu, jak poszliśmy do kina na jakąś premierę. Kupiłem bilety, chciałem od razu coś przekąsić, a ona zamówiła największy kubełek karmelowego popcornu plus colę. Zdziwiłem się, bo na słodycze raczej uważna, a tu takie zamówienie. Myślę sobie: może ma ochotę poszaleć pod film. Zajmujemy miejsce, światło gaśnie, próbuję sięgnąć po popcorn, a ona go trzyma na kolanach z pokrywką, którą specjalnie poprosiła, i nawet nie zjadła jednego ziarenka.
Czemu nie jesz? szepcę.
Daj spokój, nie mam ochoty. To dla Stasia, dziś u mnie nocuje, on uwielbia popcorn z kina, rodzice mu nie kupują.
No i wtedy zrozumiałem kubełek był kupiony dla wnuczka, a ja sponsorowałem. Oczywiście podczas całego filmu czułem się jak intruz, popcorn jakby chroniony. Po seansie odwiozłem ją do domu, wysiadła szczęśliwa z popcornem, a ja miałem wrażenie, że zagrałem tylko kuriera, który jeszcze płaci za zamówienie.
I to nie jest tak, że Grażyna nie ma pieniędzy. Radzi sobie dobrze zarabia, zawsze zadbana, auto ma. Chodziło o coś innego.
Prawdziwy cios przyszedł w ostatnią sobotę. Grażyna zaprosiła mnie do siebie na obiad, obiecała swoje słynne pierogi, o których tyle słyszałem. Pomyślałem: trzeba się odwdzięczyć, kupiłem dobre wino, owoce, wędzoną rybę, bo chciałem, żeby było uroczyście. W domu Grażyny pachniało nieziemsko. Na stole duża misa pod ściereczką cała góra błyszczących od masła pierogów.
Usiedliśmy, nalewała herbatę, wyłożyła na talerz chyba z pięć pierogów. Zjadłem trzy z mięsem i dwa z kapustą, najadłem się po korek. Pogadaliśmy, otworzyliśmy wino, sielanka.
Grażynko, pierogi pierwsza klasa mówię wieczorem przyjeżdża do mnie córka z dzieciakami. Daj mi trochę na wynos, niech spróbują, bo oni ciągle tylko sklepowe jedzą, córce nie po drodze z gotowaniem.
I tu się zaczęło. Grażynie mina się momentalnie zmieniła jeszcze przed chwilą miła, a nagle jakby zamknięta, ton chłodny.
Oj, Andrzej… przeciągnęła słowo niby przepraszając, ale tak jakoś sztywno. Chętnie bym ci dała, ale nie mogę za dużo. Stasiu przyjeżdża, piekłam głównie z myślą o nim.
Wstała, podeszła do tej wielkiej miski, gdzie, ja Cię proszę, było z 30 pierogów. Przeszurała w środku, włożyła w przezroczysty woreczek… całe trzy pierogi. Dwa z kapustą, jeden z mięsem.
Proszę, spróbujcie, ale więcej nie dam. Stasiowi nic nie zostanie.
Byłem w szoku. Przyniosłem wino, owoce, rybę, nigdy jej nie żałowałem, nawet jak jeździliśmy na wycieczki to na mój koszt. I co, trzy pierogi na dwójkę wnuków i mnie?
Graża, tam jeszcze sporo zostało próbowałem załagodzić. Twój Staś przecież nie zje całej góry. Chociaż po dwa daj moim ich dwoje.
Spięła się, przykryła miskę ściereczką, jakby broniła fortecy, i ucięła temat:
Andrzej, wszystko wyliczyłam. Stasiowi obiecałam pierogi. Nie chciałabym wszystkiego rozdawać. Zjadłeś? Smakowało? No to świetnie, a tamte są dla wnuka.
Nazwać to rozdawaniem Serio poczułem się jak wynajęty do przynoszenia smakołyków, a nie facet, z którym planuje się przyszłość. Ja pół godziny wcześniej dokładałem się do jej stołu, a tu nagle nie ma zmiłuj.
Dlaczego w jej hierarchii priorytetów jestem niżej niż sześcioletni Staś?
Po trzydziestu minutach zmyłem się, udając że mam sprawy. Trzy pierogi w woreczku leżały na siedzeniu obok, a jeszcze nie tak dawno ich zapach wydawał mi się domowy. Teraz czułem tylko przykrość i fałsz. Analizowałem całą sytuację i doszedłem do smutnych wniosków.
Zawsze wydawało mi się, że w zdrowym związku najpierw jest para, dwoje ludzi, którzy się wspierają. Dzieci i wnuki wiadomo, ważne, ale to my jesteśmy dla siebie partnerami. A u Grażyny wszystko okręca się wokół Stasia, on jest najważniejszy. To ja jestem kim? Sponsorem od kawy, restauracji, popcornu na wynos?
Jak płacę za ciasto dla jej wnuczka wszystko w porządku, bo przecież jesteśmy rodziną (jaką rodziną po roku spotykania?), ale jak chcę wziąć pierogi dla swoich słyszę, że nie może rozdawać. To działa tylko w jedną stronę. Jej wnuk najważniejszy, moi błahy dodatek. I ona nawet nie zauważyła, jak dziwnie wyglądało wciskanie dorosłemu facetowi woreczka z trzema pierogami, podczas gdy pół miski zostało zakonspirowane pod ściereczką.
Wróciłem, dzieciaki już czekały, córka zmęczona po pracy. Rozpakowuje torby.
O, tata, pierogami pachnie!
Wyciągam ten woreczek, jakoś mi głupio.
To ciocia Grażyna dała, spróbujcie.
Chwilę i po pierogach nie ma śladu.
Tato, a jeszcze są? pyta wnuczka, oblizując palce.
Nie, kochanie, już nie ma mówię i idę na balkon zapalić.
Stałem w chłodzie, patrzyłem na Warszawę nocą i myślałem: po co mi to wszystko? Po co mi partnerka, dla której moje pieniądze są wspólne, jeśli chodzi o jej wnuka, ale jej pierogi to świętość? Przecież nie chodzi o jedzenie mogę zamówić cokolwiek, kiedykolwiek. Chodzi o podejście.
Ona nawet tego nie zauważyła. Wieczorem zadzwoniła radosna: Stasiu już jest, tak się najadł, siedzi i ogląda bajki!. Ja słuchałem i milczałem. Cholera, miałem ochotę powiedzieć: Moi pytali czy są jeszcze pierogi, a musiałem powiedzieć, że nie. Ale nie powiedziałem.
Miałeś kiedyś do czynienia z takim podwójnym standardem? Że dla siebie, dla swoich wszystko, a od nas tylko się oczekuje? Myślisz, warto o tym rozmawiać, czy to może taka typowa kobieca oszczędność, a ja po prostu zrzędzę bez powodu?


