**Spotkanie przyjaciół**
Silnik samochodu warczał usypiająco, a wnętrze pachniało skórą i odświeżaczem powietrza. Szary asfalt z równymi białymi pasami mijał nas, znikając pod kołami. Słońce dopiero wschodziło, zapowiadając ciepły letni dzień. Kinga odchyliła głowę na zagłówek i przymknęła oczy.
— Prześpij się. Jedziemy jeszcze z dwadzieścia minut — powiedział Janek, jej mąż.
— Wolałabym spać w domu, w ciepłym łóżku. W końcu to wolne. Mógłbyś jechać sam. To w końcu twoi przyjaciele — odparła Kinga, nie otwierając oczu.
— Co ja tam robiłbym bez ciebie? Wszyscy będą z żonami. Wydawało mi się, że ty i Jagoda też się lubicie. Poza tym, najlepszy wypoczynek to ten na łonie natury, nie w łóżku. — Janek na chwilę zamilkł. — Dawno się nie widzieliśmy. Pamiętasz, jak kiedyś?… Aha, Tadzio będzie z młodą żoną. Mówiłem ci? Nie? Wyobraź sobie, ożenił się. Ciekawe, kto tak go urzekł, że poświęcił dla niej swoją wolność.
Kinga oceniła nowinę, usiadła prosto i otworzyła oczy.
— Już go widziałeś?
— No jasne, ale tylko na chwilę, bez szczegółów. A tak się chce pogadać jak dawniej, posiedzieć przy ognisku z gitarą. Ech, były czasy… — westchnął Janek.
— Teraz co weekend będziecie się tak zbierać — burknęła Kinga.
— No daj spokój. Co w tym złego? Znamy się od studiów. Jak twojej mamie było źle, Tadzio bez słowa dał kasę na operację.
Kinga znowu opadła na siedzenie.
— To prawda. Tadzio to porządny chłop. Ale Jurek z Jagodą…
— Co z nimi nie tak? — zdziwił się Janek.
— Jakby nie byli rodziną, tylko udawali. Jacyś obcy, nie swoi. Nie umiem tego opisać.
— Nie zauważyłem. Według mnie to normalni ludzie. Wiesz, Jagoda z Tadziem kiedyś chodzili. Ale coś się między nimi popsuło, Jagoda wyszła za Jurka.
— Nigdy mi nie mówiłeś. — Kinga odwróciła głowę w stronę męża.
— To było dawno. Minęło tyle czasu. — Janek zamilkł.
Silnik warczał rytmicznie, Kinga znów przymknęła oczy. Otworzyła je, gdy samochód zjechał z asfaltu na polną drogę. Sosny stały wzdłuż niej jak gęsty mur, nie przepuszczając promieni słońca.
— Zapomniałam, jakie to miejsce piękne — zachwyciła się Kinga.
— No właśnie. — W głosie Janka zabrzmiała duma, jakby to on był twórcą tej scenerii.
Brama na działkę była otwarta — czekali na nich. Janek zaparkował obok dwóch innych samochodów. Więc wszyscy już są. Z domu wybiegł Tadzio, rozkładając szeroko ręce, jakby chciał objąć ich razem z autem.
— Nareszcie! Już myśleliśmy, że bez was idziemy na ryby. — Tadzio uścisnął Janka i klepnął go po plecach. — A ty ciągle młodo wyglądasz. Jak to robisz? — zwrócił się z komplementem do Kingi. — Po co tyle jedzenia? Mamy tu pełno, tydzień byśmy nie zjedli. No już, daj te torby.
Ruszyli ku domowi, obwieszani siatkami. Przed domem stał już grill, obok worek z węglem. W cieniu jabłoni — drewniany stół z wiklinowymi krzesłami.
W drzwiach pojawiły się Jagoda z młodą dziewczyną. Niosły poduchy i koce.
— O! Janek, Kinga, cześć! — zawołała Jagoda.
Zrobiło się gwarno i wesoło. Wszyscy gadali naraz, śmiali się.
— No to, dziewczyny, rządźcie tu, a my na ryby — ogłosił Tadzio.
— No proszę… — przeciągnęła niechętnie Jagoda.
— Nie na długo. Taka męska pogawędka. Wy się nie nudźcie. My swoją robotę zrobiliśmy: mięso zamarynowane, grill gotowy, zakupy są, reszta na was.
— No to, dziewczyny, wypijemy za znajomość? — Jagoda postawiła na stół butelkę czerwonego wina, gdy mężczyźni odeszli.
— O, a ja wolałabym białe. Od czerwonego boli mnie głowa — powiedziała najmłodsza i nowa w ich towarzystwie Hania.
— Specjalnie dla ciebie przyniosłam. Zaraz przyniosę — odparła Jagoda.
— Znasz ją? — Kinga skinęła głową w stronę domu, dokąd odeszła Jagoda.
— Tak. Była u nas parę razy.
— Naprawdę? — zdziwiła się Kinga. — A dawno wróciliście do miasta?
Z rozmowy w samochodzie zrozumiała, że właśnie wrócili z podróży poślubnej.
— Dwa tygodnie temu — odparła Hania.
— Ta-dam! — W drzwiach stanęła Jagoda z butelką białego wina.
Kobiety wypiły po kieliszku i zaczęły planować, co przygotować. Jagoda przejęła prowadzenie. Kinga miała wrażenie, że robi to specjalnie, by pokazać Hani swoje miejsce.
Nie podobało się to Kingi. Ale nie wtrącała się. Lepiej było się przyjrzeć, co to za jedna, ta Hania.
Gdy stół był już nakryty, kobiety odpoczęły, czekając na mężczyzn. A o czym mogą rozmawiać trzy kobiety? Oczywiście o mężczyznach.
— Haniu, uważaj. Twój mąż to znany kobieciarz. Wiesz, ile kobiet przyprowadził do naszej paczki? Nie zliczysz. Wszyscy zdradzają — westchnęła Jagoda.
— Po co ją straszysz? — stanęła w obronie Hani Kinga.
— Twój mąż cię zdradza? — spytała wprost Hania.
— O, jaka śmiała. Poczekaj, sama się przekonasz — Jagoda rzuciła spojrzenie na Kingę.
Hania dziwnie na nią spojrzała, ale nic nie odpowiedziała.
— Gdybym dowiedziała się, że Janek zdradza, pewnie bym wybaczyła. Nie wiem — Kinga przeniosła temat na siebie.
— Janek od ciebie nie ucieknie. Od takich się nie odchodzi — życzliwie zauważyła Jagoda.
— Po co się rozwodzić, skoro wszyscy zdradzają? Samej byłoby ciężko, a kolejny, według ciebie, też by zdradzał. Po co zmieniać sikorkę za kwokę? Janka znam od lat, dopasowaliśmy się. Nie wiadomo, jaki byłby nowy — powiedziała Kinga.
— Nie wszyscy zdradzają — odezwała się znowu Hania.
— Skąd możesz wiedzieć? — z wyższością spytała Jagoda. — Jesteś w związku pięć minut. Poczekaj, minie namiętność, pojawi się zmęczenie, rutyna, wyjdą wszystkie wady… Zobaczysz, jak zacznie cię mdlićWiosenne słońce rozświetliło ich uśmiechy, gdy stali przed domem, a Hania delikatnie przytuliła córeczkę, patrząc na Tadeusza z taką miłością, że nawet Jagoda w końcu odpuściła, znajdując szczęście w ramionach Jurka i ich adoptowanym synku.



