**Spotkanie przyjaciół**
Silnik samochodu mruczał uspokajająco, a wnętrze pachniało skórą i odświeżaczem powietrza. Szara asfaltowa droga z równymi białymi pasami znikała pod kołami. Słońce dopiero wschodziło, zapowiadając ciepły letni dzień. Wanda odchyliła głowę na zagłówek i przymknęła oczy.
— Prześpij się. Jazda zajmie jeszcze z dwadzieścia minut — powiedział Tadeusz, spoglądając na żonę.
— Wolałabym spać w domu, w ciepłym łóżku. W końcu to wolne. Mógłbyś jechać sam. To przecież twoi znajomi — odparła Wanda, nie otwierając oczu.
— Co ja tam robiłbym bez ciebie? Wszyscy będą z żonami. Myślałem, że ty i Elżbieta też się lubicie. Poza tym, nic lepiej nie relaksuje niż natura, nie łóżko. — Tadeusz zamilkł na chwilę. — Dawno się nie widzieliśmy. Pamiętasz, jak kiedyś…? No i Marek przyjedzie z nową żoną. Mówiłem ci? Nie? Wyobraź sobie, wziął ślub. Ciekawe, kto skradł jego serce na tyle, że postanowił się ustatkować.
Wanda zareagowała na wiadomość, usiadła prosto i otworzyła oczy.
— Już go widziałeś?
— Tak, ale tylko na chwilę, bez szczegółów. A tak by się pogadało, jak dawniej, posiedzieć przy ognisku z gitarą. Ech, czasy… — westchnął Tadeusz.
— No to teraz co weekend będziecie się tak zbierać — mruknęła Wanda.
— Daj spokój. Co w tym złego? Znamy się od studiów. Przyjaźnimy się od wieków. Jak twojej mamie było ciężko, Marek bez słowa dał pieniądze na operację.
Wanda znowu opadła na siedzenie.
— To prawda. Marek to porządny facet. Ale co do Igora i Elżbiety…
— Co z nimi nie tak? — zdziwił się Tadeusz.
— Jakby nie byli rodziną, tylko udawali. Jacyś obcy, nie swoi. Nie wiem, jak to ująć.
— Nie zauważyłem. Wydają się w porządku. Wiesz, Elżbieta i Marek kiedyś byli parą. Tak się kochali, że wszyscy myśleli, że zaraz po studiach wezmą ślub. A potem coś się popsuło. Elżbieta wyszła za Igora.
— Nigdy mi nie mówiłeś. — Wanda odwróciła głowę w stronę męża.
— To było dawno. Wiele wody upłynęło. — Tadeusz zamilkł.
Silnik pracował równo, Wanda znowu przymknęła oczy. Otworzyła je, gdy samochód zjechał z asfaltu na wyboistą drogę leśną. Ściana sosen po obu stronach niemal nie przepuszczała słońca.
— Zapomniałam, jakie to tu piękne — zachwyciła się Wanda.
— No co ty. — W głosie Tadeusza brzmiała duma, jakby to on odpowiadał za ten widok.
Brama na działkę była otwarta — czekali na nich. Tadeusz zaparkował obok dwóch innych samochodów. Wszyscy już tu byli. Od domu biegł już Marek, rozkładając szeroko ręce, jakby chciał objąć ich razem z autem.
— Nareszcie! Myśleliśmy, że pójdziemy na ryby bez was. — Marek uściskał Tadeusza i poklepał go po plecach. — A ty wciąż wyglądasz świetnie. Jak ty to robisz? — zwrócił się z komplementem do Wandy. — Po co tyle jedzenia przywieźliście? Mamy pełno, tygodnia nie zjemy. No dobra, dajcie te torby, nigdy za wiele.
Ruszyli w stronę domu obwieszeni siatkami. Przed domem stał już grill, a obok worek z węglem. W cieniu jabłoni — drewniany stół z wiklinowymi krzesłami.
W drzwiach pojawiły się Elżbieta z młodziutką dziewczyną. Niosły poduchy i koce.
— O! Tadeusz, Wanda, cześć! — zawołała Elżbieta.
Zrobiło się gwarno i wesoło. Wszyscy mówili naraz, śmiali się.
— No to, dziewczyny, wy tu sobie radźcie, a my na ryby — oznajmił Marek.
— No proszę… — przeciągnęła niezadowolona Elżbieta.
— Będziemy szybko. Tylko pogadamy po męsku. Wy też się nie nudźcie. My swoją robotę zrobiliśmy: mięso zamarynowane, grill gotowy, jedzenie dowiezione. Teraz wasza kolej.
— No to, dziewczyny, wypijemy za znajomość? — Elżbieta postawiła na stół butelkę czerwonego wina, gdy mężczyźni odeszli.
— Oj, a ja bym wolała białe. Od czerwonego boli mnie głowa — powiedziała najmłodsza i nowa w ich towarzystwie Ola.
— Specjalnie dla ciebie przyniosłam. Zaraz przyniosę — odparła Elżbieta.
— Znacie się? — spytała Wanda Olę, wskazując głową na dom, gdzie poszła Elżbieta.
— Tak. Była u nas parę razy.
— Naprawdę? — zdziwiła się Wanda. — A dawno wróciliście do miasta?
Z rozmowy w samochodzie zrozumiała, że dopiero co wrócili z podróży poślubnej.
— Dwa tygodnie temu — zdążyła odpowiedzieć Ola.
— Ta-dam! — W drzwiach stanęła Elżbieta z butelką białego wina.
Kobiety wypiły po kieliszku i zaczęły planować, co przygotować. Kierowała tym Elżbieta. Wanda miała wrażenie, że robi to specjalnie, by pokazać Oli, kto tu rządzi. „Ja tu jestem gospodynią, byłam pierwsza. Ty jesteś nowa, nic nie wiesz. Znaj swoje miejsce.”
Nie podobało się to Wandzie. Elżbieta zachowywała się zbyt protekcjonalnie wobec Oli. Ale nie wtrącała się. Łatwiej było się przyjrzeć, kim ta Ola naprawdę jest.
Gdy stół był już nakryty, talerze poustawiane, sałatki pokrojone, kobiety odpoczywały, czekając na mężczyzn. O czym mogą rozmawiać trzy kobiety? Oczywiście, o mężczyznach.
— Ola, trzymaj się. Nie odpuszczaj. Twój mąż to znany kobieciarz. Wiesz, ile kobiet przyprowadził do naszej paczki? Nie zliczysz. Wszyscy faceci zdradzają — westchnęła Elżbieta.
— Po co ją straszysz? — stanęła w obronie Oli Wanda.
— Twój mąż cię zdradza? — spytała bezpośrednio Ola.
— Oho, jaka rezolutna. Poczekaj, sama się przekonasz — nie pozostała dłużna Elżbieta, rzucając Wandzie spojrzenie.
Ola spojrzała na nią dziwnie, ale nie odpowiedziała.
— Gdybym się dowiedziała, że Tadeusz zdradza, chyba bym wybaczyła. Nie wiem — powiedziała Wanda, by skierować rozmowę na siebie.
—Latem następnego roku, gdy Elżbieta i Igor wreszcie przyjęli pod opiekę chłopca z domu dziecka, a mała córeczka Marka i Oli stawiała pierwsze kroki, Wanda z uśmiechem przytuliła się do Tadeusza i szepnęła: „Może jednak warto spróbować jeszcze raz?”.



