Spotkanie o Zmierzchu

Spotkanie wieczorne

Zosia była najbardziej nieśmiałą dziewczynką w klasie. Przynajmniej tak sama o sobie myślała. Niska, szczupła, a do tego rudowłosa… Zosia miała kompleksy na punkcie swojego wyglądu, z zazdrością patrząc na blond włose i błękitnookie koleżanki z klasy.

– Córeczko, jeszcze rozkwitniesz jak pąk róży – pocieszała ją mama – ja też późno stałam się damą. Dopiero koło szesnastki. Więc się nie spieszy, jeszcze będziesz łamać serca chłopców. A teraz masz zaledwie trzynaście lat.

– Mamo, nigdzie mi się nie spieszy – spuszczała wzrok Zosia, ale jej zielone oczy zdradzały jej uczucia. Zosia spoglądała smutno w lustro i wzdychała.

Od dawna podobał jej się chłopak z równoległej klasy – Piotr. Sportowy, wysoki, wesoły. Jego odwaga w grach i pomysłach graniczyła z szaleństwem. Podczas obserwacji chłopaków grających w koszykówkę na WF-ie, Zosia śledziła Piotra. Jego zapał i energia zarażały innych graczy, a drużyna zawsze wygrywała.

Nawet gdyby Piotr nie był tak przystojny, i tak podobałby się Zosi, ale jego wyrazista uroda nie dawała dziewczynce szans na przyjaźń z takim liderem.

Poza tym, wokół Piotra zawsze kręcili się przyjaciele i przyjaciółki – nie można było się przebić. Nigdy nie był sam. Zawsze w tłumie chłopców i dziewcząt. Nawet rzadkie spotkania na szkolnym korytarzu podczas przerw były dla Zosi radością. Ale i tu przeszkadzała jej niepewność siebie. Mijając Piotra, ledwie spojrzawszy na niego, natychmiast odwracała wzrok…

Zosia nikomu nie mówiła o swojej dziecięcej miłości, ale wydawało jej się, że cały świat widzi i zna jej tajemnicę, i tylko na myśl, że będą się z niej śmiali koledzy z klasy albo, co gorsza, sam Piotr, robiło jej się gorąco…

Postanowiła więc za wszelką cenę zapomnieć o przystojniaku, starać się nie zwracać na niego uwagi i nie myśleć o nim wcale. Na początku szło jej to opornie, ale wysiłek woli przyniósł efekty. Zosia się uspokoiła i poczuła się lepiej. Nawet zaczęła być z siebie wewnętrznie dumna.

– Najważniejsze, żeby się z nim nie spotkać zbyt blisko – szeptała do siebie. Gdy tylko widziała obiekt swojej fascynacji w szkole, od razu skręcała w inną stronę lub szybko przechodziła, chowając się za plecami innych uczniów.

Minęły dwa lata. Zosia dobrze się uczyła, urosła, przestała się tak wstydzić swojego wyglądu, bo przepowiednie mamy się spełniły: Zosia z dziewczynki stała się delikatną, smukłą dziewczyną dosłownie w jedno lato.

Po ósmej klasie Zosia przeniosła się do technikum. O losach Piotra i innych chłopaków dowiadywała się podczas rzadkich spotkań ze swoją byłą wychowawczynią. Pani Maria mieszkała na tej samej ulicy co Zosia.

Na szkolne wieczory wspomnień Zosia nie chodziła. Ich klasa nie była zbyt zgrana i Zosia nie miała szkolnych przyjaciół. Jednak raz, gdy z okazji jubileuszu pani Marii zebrali się wszyscy, Zosia postanowiła pójść, by złożyć ulubionej nauczycielce życzenia.

Od ukończenia szkoły minęło przecież trzydzieści lat! Spotkanie było wzruszające, bo wielu nie widziało się od czasów szkolnych. Przyszli także uczniowie z równoległej klasy.

Zosia drgnęła, widząc Piotra. Wysoki, elegancki mężczyzna z siwizną, zadbaną brodą. Niewiele przypominał dawnego urwisa. Tylko oczy były te same – te radosne iskierki.

W auli było głośno. Po gratulacjach dla pani Marii uczniowie stali w grupkach, rozmawiając, wielu się obejmowało.

Jakie było zdziwienie Zosi, gdy Piotr podszedł do niej i szeroko się uśmiechając, przywitał:

– A oto moja tajemna szkolna miłość… Zosia.

Ukłonił się lekko i pocałował ją w rękę. Jakby nie minęły dziesiątki lat – Zosia poczerwieniała.

– Miłość? Ja? – wybuchnęła – a czemu dowiaduję się o tym tak późno?

Oboje się zaśmiali. Oczywiście, wszyscy mieli już swoje rodziny, dzieci. Tak jak Piotr, tak i Zosia.

Piotr i Zosia stali na uboczu. Opowiadał jej o swojej pracy, rodzinie i synu.

– Ja też mam syna – odpowiedziała Zosia, jak zawsze marzyła. Westchnęła i patrząc na Piotra, nagle zapytała:

– Ale powiedz mi: dlaczego? Dlaczego ci się podobałam? Przecież byłam najspokojniejsza i najskromniejsza… Do tego niezbyt ładna…

– Właśnie o to chodzi. Że nie chciałaś być ze mną jak wszyscy. Zawsze przechodziłaś obok z dumnie uniesioną głową… Nigdy bym nie pomyślał, żeby do ciebie podejść. Dumną byłaś. Ale bardzo mi się podobałaś. Chociaż teraz to już tylko miłe wspomnienie młodości.

– Ty też mi się podobałeś, nawet nie potrafię ci wszystkiego powiedzieć… – wyznała nagle Zosia – ale nie można było się przebić przez tłum twojej świty… Podchodzić pierwsza nie mogłam. Ale to wszystko, rzeczywiście, była tylko dziecięca miłość.

– Kto wie… – zadumał się Piotr – może nieświadomie coś nam umknęło w życiu.

– Może – zaśmiała się Zosia – może spotkamy się w następnym życiu…

– Będę szukać twoich zielonych oczu – szepnął Piotr i lekko się uśmiechnął. Widać było, że Zosia go oczarowała. A ona naprawdę była piękna. Późny kwiat – jak mówiła kiedyś jej mama.

Nagle Zosię ktoś zawołał.

– Mamo! Zajechaliśmy z tatą po ciebie, jak prosiłaś…

Do Zosi i Piotra zbliżał się młody mężczyzna.

– Poznaj syna… – powiedziała Zosia. Uśmiechała się.

– Piotr – żywo podał rękę syn Zosi.

– Piotr Kwiatkowski – powiedział z szerokim uśmiechem Piotr. Spojrzał na Zosię, w jego wzroku było zdziwienie, czułość i zagubienie.

A Zosia pomachała mu i skierowała się do wyjścia. Już na progu szkoły Piotr dogonił ją.

– Posłuchaj, Zosiu… – patrzył jej w oczy – dziękuję ci…

– Za co? – zdziwiła się Zosia.

– Za syna. Rośnie kolejny Piotrek. Dziękuję za pamięć…

Zosia skinęła głową. Podeszła do samochodu i wsiadła na tylne siedzenie.

Mąż Zosi zapytał:

– Jak poszło?

– Dobrze – odpowiedziała Zosia – Dużo ludzi przyjechało. Miło było zobaczyć się z nimi. I trochę smutno, oczywiście. Czas nas zmienia… Cieszę się za panią Marię. Bohaterska nauczycielka. Niech Bóg jej da zdrowie na wiele pokoleń uczniów…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 4 =

Spotkanie o Zmierzchu