**Śmiech przez łzy**
Halina Stanisławówna postawiła przed wnuczką talerz z czerwonym barszczem i usiadła naprzeciw, uważnie obserwując, jak Zosia bawi się łyżką, rysując wzory na powierzchni zupy.
— Nie smakuje? — zapytała babcia, choć dobrze znała odpowiedź. Wnuczka krzywiła się przy każdej łyżce od kilku dni.
— W porządku — burknęła Zosia, nie podnosząc wzroku. — Po prostu nie jestem bardzo głodna.
— Ach, oczywiście, nie głodna — przeciągnęła Halina Stanisławówna. — A wczoraj widziałam, jak grzebałaś w lodówce, szukając czegoś. Chciałaś te mrożone pierogi, prawda? Te, które specjalnie kupiłam?
Zosia westchnęła i odłożyła łyżkę.
— Babciu, no co ty znowu zaczynasz? Mówiłam — wszystko w porządku. Po prostu jestem zmęczona po pracy, nie mam apetytu.
— Zmęczona… — Halina pokiwała głową. — W twoim wieku ja po pracy jeszcze podlewałam ogródek, prałam ręcznie, prasowałam. A ty cały dzień siedzisz przy komputerze i mówisz, że zmęczona.
Wnuczka gwałtownie wstała od stołu, talerz zadźwięczał.
— Wiesz co, babciu? Dość tego! Każdego dnia to samo. Albo jedzenie nie takie, albo praca nieodpowiednia, albo chłopacy ci się nie podobają. Mam serio dość!
— Tak to się teraz rozmawia ze starszymi? — oburzyła się Halina. — Twoja matka tak cię wychowała?
— Moja matka w ogóle mnie nie wychowała! — wyrwało się Zosi, po czym natychmiast zatkała usta dłonią.
Zapadła cisza. Halina powoli wstała, zebrała talerze ze stołu. Ręce lekko się jej trzęsły, ale głos brzmiał spokojnie:
— Rozumiem. Więc to wszystko moja wina. Nawet to, że zabrałam cię do siebie po rozwodzie rodziców — też źle. I że karmię, poję — też niedobrze.
— Babciu, nie to miałam na myśli… — zmieszała się Zosia.
— A co miałaś? — Halina odwróciła się, i wnuczka zobaczyła, że oczy babci lśnią od łez. — Że jestem starą głupią, która ci przeszkadza żyć? Pewnie tak jest. Młodych ze starymi niełatwo, rozumiem.
Zosia chciała coś powiedzieć, ale babcia już poszła do kuchni. Słychać było szum wody, stukot naczyń. Dziewczyna stała przez chwilę zdezorientowana, w końcu poszła do swojego pokoju.
Halina zmywała talerze i cicho płakała. Gorące łzy spływały do wody z mydlin, a w piersi czuła palący żal. Czy naprawdę stała się ciężarem? Czy wszystko, co robi dla wnuczki, to tylko zrzędzenie i moralizowanie?
Przypomniała sobie, jak trzy lata temu Zosia przyszła do niej z jedną walizką i zapłakanymi oczami. Rodzice się rozwodzili, ojciec odszedł do młodej sekretarki, matka zaczęła pić. Gdzie miała iść dwudziestoletnia dziewczyna? Oczywiście, do babci. Halina przyjęła ją bez pytań, oddała najlepszy pokój, gotowała, prała, dbała.
A teraz okazuje się, że to wszystko było niepotrzebne? Że tylko irytuje swoją troską?
— Halina Stanisławówna! — rozległ się głos z korytarza. — Jest pani w domu?
Babcia szybko otarła twarz ręcznikiem i poszła otworzyć. W drzwiach stała sąsiadka, Wanda Bronisławówna, z paczuszką w rękach.
— Wejdźcie, proszę — zaprosiła Halina, starając się brzmieć energicznie. — Herbaty się napijecie?
— Nie, nie ma czasu. Wnuczka przywiozła mi coś z Warszawy — Wanda wyciągnęła paczkę. — Jakieś zagraniczne czekoladki. Pomyślałam, że się podzielę.
— Dziękuję bardzo — Halina wzięła paczkę. — A wnuczka na długo przyjechała?
— Na tydzień tylko. Praca, wiecie, nie pozwala. Ale jak tylko przyjechała — od razu do babci! Kwiatki przyniosła, perfumy dała. Mówi: „Babciu, tęskniłam!” — Wanda promieniała. — Taka radość!
Halina kiwała głową i uśmiechała się, ale w środku czuła ukłucie bólu. U Wandy wnuczka kochająca, wdzięczna. A u niej? Tylko narzekanie.
— A wasza Zosieńka jak? Wciąż pracuje? — dopytywała się sąsiadka.
— Pracuje, pracuje — pospiesznie odpowiedziała Halina. — Dobra dziewczyna, we wszystkim pomaga.
— Oczywiście, że dobra! Taka ładna, mądra. Szczęście macie z wnuczką — uśmiechnęła się Wanda. — No to biegnę, jeszcze raz dzięki za czekoladki!
Gdy wyszła, Halina oparła się o drzwi i zamknęła oczy. Jak boleśnie kłamać, udawać, że wszystko w porządku! A przecież kiedyś naprawdę była z wnuczki dumna, wszystkim opowiadała, jaka Zosia zdolna, jak pięknie się uczy, jak wspaniale tańczy…
— Babciu, kto był? — Zosia wyjrzała z pokoju. Miała winny wyraz twarzy.
— Wanda Bronisławówna. Czekoladki przyniosła — odpowiedziała krótko babcia.
— Słuchaj, może napijemy się herbaty? Z tymi czekoladkami? — Zosia podeszła bliżej. — Chciałam… przeprosić. Nagadałam głupot.
Halina w milczeniu poszła do kuchni, nastawiła czajnik. Zosia usiadła przy stole, rozłożyła czekoladki na spodku.
— Ładne — mruknęła. — W złotych papierkach.
— Wnuczka Wandy przywiozła z Warszawy — zauważyła babcia, wyjmując filiżanki. — Dba o babcię.
Zosia zrozumiała aluzję i poczerwieniała.
— Babciu, no co ty? Ja też cię kocham, tylko… czasem wydaje mi się, że się czepiasz. Jak dziś z barszczem.
— Czepiam się? — Halina odwróciła się. — A ja myślę, że się martwię. Schudłaś, blada jesteś. Może chorujesz?
— Nie, nie choruję. Tylko w pracy teraz stres. Projekt oddajemy, wszyscy nerwowi.
Babcia nalała herbatę, usiadła obok wnuczki.
— Dlaczego mi nic nie mówisz? Wcześniej opowiadałaś — o pracy, o przyjaciołach. A teraz milczysz jak zaklęta.
Zosia wzięła czekoladkę, pokręciła nią w palcach.
— Nie wiem… Myślałam, że cię to nie interesuje. Przecież nie rozumiesz tych programów, tego designu…
— A spróbuj wytłumaczyć! — oburzyBabcia i wnuczka siedziały do późna, śmiejąc się z opowieści o dawnych czasach, a w sercu Haliny Stanisławówny rozkwitała ciepła pewność, że najważniejsza jest ta prosta chwila razem, pełna zrozumienia i prawdziwej bliskości.



