Ślubu nie będzie

Martyna skończyła studium pedagogiczne z wyróżnieniem, marzyła o uniwersytecie. Ale marzenia nie miały się spełnić. Ojciec miał poważny wypadek, długo leżał w szpitalu. Gdy go wypisali, mama wzięła urlop, by opiekować się nim w domu, dopóki nie przywyknie do wózka inwalidzkiego.

W ich mieście nie było uniwersytetu, trzeba było jechać do wojewódzkiego. Martyna postanowiła, że złoży papiery za rok. Nie mogła zostawić rodziców samych w tak trudnym czasie. Zatrudniła się w szkole.

Lekarze dawali nadzieję, że z czasem ojciec wstanie na nogi, jeśli będzie robił ćwiczenia, masaże, brał leki. Mama sprzedała działkę rekreacyjną, by zatrudnić rehabilitanta, kupować lekarstwa. Ale ojciec nigdy nie opuścił wózka.

„Już dość, nie trwonić pieniędzy. Nic mi nie trzeba, i tak nie wstanę” – powiedział któregoś dnia.

Jego charakter się popsuł, stał się kapryśny i podejrzliwy, do wszystkiego się czepiał. Najbardziej ucierpiała mama. Gdy wołał, musiała wszystko rzucać i biec. Zwykle chciało mu się pić, coś zapytać lub po prostu pogadać. A wtedy obiad przypalał się na kuchence.

„Janie, mógłbyś sam podjechać do kuchni. A teraz ziemniaki się spaliły” – strofowała mama.

„Moje życie się spaliło, a tobie żal ziemniaków. Łatwo ci mówić, stoisz na własnych nogach. Tak trudno przynieść szklankę wody?” – złościł się ojciec.

Czasem w gniewie rzucał w mamę szklanką lub talerzem. Coraz częściej prosił o wódkę. A gdy się napił, wyładowywał złość na matce. Jakby to ona była winna wypadkowi.

„Tato, nie pij, nie pomoże, tylko gorzej będzie. Nie masz co robić? Graj w szachy, czytaj książki” – przekonywała Martyna.

„Co ty tam rozumiesz. Odebrać mi ostatnią radość? W tych twoich książkach same kłamstwa. Sama je czytaj. W życiu jest inaczej. Jestem do niczego” – burczał ojciec.

„Mamo, nie kupuj mu więcej wódki” – prosiła Martyna.

„Jak nie kupię, to będzie wrzeszczał. Ciężko mu. Co teraz zrobić…” – wzdychała mama.

„Powinien nie pić, tylko ćwiczyć. Mówili, że może chodzić. On sam nie chce. Po prostu lubi nas męczyć, a my tańczymy wokół niego” – denerwowała się Martyna.

Ojca oczywiście żal, ale i im z mamą nie było lekko. Pewnego dnia Martyna wróciła ze szkoły zmęczona, bolało ją gardło, chciała się położyć. A ojciec co chwilę ją wołał. I Martyna nie wytrzymała.

„Dość. Jestem zmęczona, ledwo stoję. Ty masz wózek, sam podjedź do kuchni i pij, ile wlezie. Nie jesteś jedyny. Setki ludzi tak żyją, nawet pracują, startują w paraolimpiadach. A ty do kuchni nie możesz podjechać. Dawaj, sam. Ja nie mam czasu, muszę przygotować lekcje.” I poszła do swojego pokoju.

Słyszała, jak po podłodze skrzypiał wózek, jak ojciec postawił szklankę na kuchennym stole, jak wózek przejechał koło jej drzwi, na chwilę zwalniając. Czekała, że roztrzaska drzwi wózkiem, zacznie krzyczeć. Ale wózek pojechał dalej. Od tamtej pory ojciec stał się bardziej samodzielny.

W ciepłe dni Martyna zostawiała otwarte drzwi balkonowe. Ojciec podjeżdżał i siadał przed nimi – „spacerował”. Przejechać przez wąskie drzwi i próg nie mógł. Oczywiście, trzeba by poszerzyć drzwi i balkon, tylko skąd wziąć pieniędzy.

„Oddać mnie do przytułku” – prosił ojciec po pijanemu.

„Co ty mówisz? Jak można? Żyjesz, to najważniejsze. Reszta się ułoży” – uspokajała go mama.

„Teraz tak mówisz, ale znudzi ci się wynoszenie nocników. Będziesz żyć z litości. Po co ci kaleka? Jesteś jeszcze młoda…”

Tak żyli. Niepostrzeżenie minął rok, znowu nadeszła deszczowa jesień. Pewnego dnia Martyna wyszła ze szkoły, ale nie zdążyła dojść do przystanku, gdy zaczął się ulewny, zimny deszcz. Schroniła się pod szklanym daszkiem przystanku, ale krople i tam przelatywały. Przejeżdżające samochody nie zwalniały, pędziły prosto przez kałuże, oblewając ludzi na przystanku błotem. Martyna stała jak nastroszony wróbel.

Nagle obok zatrzymała się ciężarówka. Wysiadł z niej chłopak. Trzymając nad głową kurtkę, podbiegł pod daszek do Martyny.

„Wsiadaj, podwiozę cię do domu.”

Martyna już mocno zmarzła, buty miała przemoknięte. Wślizgnęła się pod jego kurtkę, pachnącą benzyną i smarem. Pomógł jej wsiąść do kabiny. Tu było sucho i ciepło.

„Bartosz” – przedstawił się.

„Martyna.”

„Martyna, czyli? Dokąd jedziemy, Martyno?”

Martyna podała adres. Przez całą drogę Bartosz opowiadał, dlaczego został kierowcą.

„Mama sama mnie wychowała. Przyszedł czas, bym się nią zaopiekował. Sąsiad zabrał mnie do warsztatu. A gdy wróciłem z wojska, sam usiadłem za kółkiem. A co? Płacą dobrze, do tego można dorobić – podwieźć, przywieźć. Więc jak coś, dzwoń, zawsze do usług.” Tak łatwo przeszedł na „ty”.

„A ty się uczysz, pracujesz?” – zapytał Martynę.

„Pracuję w szkole, jestem nauczycielką.”

„Nieźle” – pochwalił. „Podjadę pod szkołę, wyjdziesz, wsiądziesz do kabiny, i wszyscy ci zazdroszczą. Czego się śmiejesz? Auto duże. Nikt takiego nie ma.”

Z nim było łatwo. A jeśli naprawdę będzie potrzebna pomoc? Martyna dała mu swój numer. Wieczorem zadzwonił i zaprosił ją do kina.

„Przepraszam, nie mogę. Mam ojca na wózku, nie zostawię go.”

„A jeśli podjadę pod dom, wyjdziesz?”

„Po co miałbyś podjeżdżać?” – spytała Martyna.

„Chcę cię zobaczyć. Spodobałaś mi się” – szczerze przyznał Bartosz.

„A może nie jesteś w moim guście. To cię nie obchodzi?” – spytała Martyna.

„Jak to? Brzydki jestem? Czy wstydzisz się kierowcy?” – ze złością zapytał.

„Przepraszam, nie chciałam cię urazić. Dobrze, wyjdę” – powiedziała Martyna i rozłączyła się.

Następnego dnia usłyszała klakson, wyjrzała przez okno i zobaczyła ciężarówkę.

„Co ty tak lataMartyna spojrzała na Bartosza przez okno, wzięła głęboki oddech i postanowiła w końcu powiedzieć mu prawdę – że jej serce należy do kogoś innego, a ich wspólna przyszłość to tylko złudzenie, które już dawno powinno się skończyć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 4 =

Ślubu nie będzie