Nad horyzontem niebo zaczęło różowieć, słońce miało wkrótce wzejść. W przedziale wszyscy spali, tylko Zenon nie mógł zasnąć, tylko on obserwował narodziny nowego dnia. Leżał na górnej półce i patrzył przez okno. Coraz częściej migały wsie, stacje z pustymi peronami. Czyżby naprawdę już niedługo miał być w domu?
Drzwi przedziału uchyliły się, zajrzała konduktorka. — Za pół godziny wasza stacja. Postój pociągu dwie minuty — powiedziała i zamknęła drzwi.
Zenon słyszał, jak budziła kogoś w sąsiednim przedziale. Znów spojrzał w okno, ale widok wschodu słońca stracił już swój urok. Usiadł, potem zeskoczył lekko na dół. Mężczyzna na dolnej półce westchnął i odwrócił się do ściany.
Zenon wziął ręcznik i wyszedł do korytarza. W prawie wszystkich przedziałach drzwi były uchylone, było duszno. W niektórych pasażerowie też już wstawali.
Toaleta była zajęta. Zenon odwrócił się do okna. Nie był w domu od czterech lat. Nikt go nie oczekiwał, bo nikt nie wiedział, że wróci. Postanowił zrobić niespodziankę. Teraz uznał, że to głupi pomysł. Sam się zdenerwował, nie spał całą noc. A co będzie z mamą, gdy zobaczy go w drzwiach?
Po śmierci taty często chorowała. Radość, jak i smutek, mogły przyprawić ją o ból serca, podnieść ciśnienie. Trzeba było chociaż Mietkowi zadzwonić, uprzedzić. On by mamę przygotował.
Zenon wrócił do przedziału, ubrał się, wziął plecak. Przed wyjściem rozejrzał się — czy czegoś nie zapomniał. Stanął przy oknie w korytarzu, czekając na swoją stację.
Mieczysław. Mama zawsze nazywała go tylko tak. Po śmierci taty zajął jego miejsce w rodzinie. Przyzwyczajona radzić się we wszystkim ojca, teraz radziła się starszego syna. Dumna była z mądrego i poważnego pierworodnego.
A Zenon zawsze był Zenkiem, młodszym, urwisem, psotnikiem. Zdeńkowi wydawało się, że mama kocha Mieczysława bardziej niż jego. Ale tata bardziej kochał Zenka.
— W kogo ty taki? — dziwiła się mama, widząc w dzienniczku uwagi o złym zachowaniu.
— W rodzinie musi być ktoś wesołkiem. Jak w bajce. Nic, przyjdzie czas, ty też będziesz ze mnie dumna — przechwalał się Zenek.
Mama wzdychała.
Mieczysław skończył szkołę ze złotym medalem, bez problemu dostał się na ekonomię. Uczył się świetnie, mama była z niego dumna i stawiała brata Zenkowi za wzór. A ten lubił grać w piłkę, chodzić do kina i czytać książki o piratach, fantastykę, marzył o podróżach.
Zenka irytowała matczyna adoracja starszego brata. Gdy chwaliła Mieczysława, stawiała go za przykład, Zenek z przekory robił wszystko na odwrót, na złość, jeszcze gorzej. Był sobą i nie zamierzał naśladować brata, choć doceniał jego rozum.
Gdy Mieczysław skończył studia, Zenek otrzymał świadectwo dojrzałości. Różnili się nawet wyglądem. Mieczysław był podobny do matki, jasnowłosy, niebieskooki, z pulchnymi, niemal kobiecymi ustami. A Zenek miał ciemne, niesforne włosy, zawsze sterczące na wszystkie strony. Oczy żółtawe, jak u kota. Mama w dzieciństwie nazywała go kotkiem. A jak nazywała Mieczysława? Zenon nie mógł sobie przypomnieć. Pewnie od zawsze wołała go po imieniu.
I oczywiście, miał iść na studia, jak starszy brat. Zenek oszukał, nie złożył dokumentów, a potem skłamał, że nie starczyło punktów.
— Chociaż do technikum byś poszedł, może się uda. Do wojska cię wezmą — wzdychała mama. — Mietek, powiedz mu coś.
— Zenek, bez wykształcenia teraz ani rusz, kariery nie zrobisz. Mama ma rację. Spróbuj w technikum. Chcesz, pójdę z tobą? Potem będziesz pracował, zaocznie studiował. Nie zawódź mamy.
— Jeszcze nie wiem, kim chcę być. Wystarczy w rodzinie jednego mądrali. Ktoś musi służyć w wojsku. Jeśli wszyscy będą profesorami, kto będzie bronił ojczyzny? — odpowiadał Zenek.
— Zobaczysz, doprowadzisz do biedy. Pomyśl o mamie, przeżywa.
Zenek poszedł do wojska. Z początku było ciężko, potem wciągnął się, znalazł przyjaciół. Z jednym nawet po służbie wyjechał na Śląsk. Tam ruszała wielka budowa. Zadzwonił do mamy, powiedział, że chce popracować. Mama płakała, namawiała, by wrócił. Dzwonił i krzyczał Mieczysław. Ale Zenek postawił na swoim.
Dlaczego miał iść śladami brata? Nawet ubrania zawsze nosił po nim. Mieczysław nie grał w piłkę, nie drąZenek spojrzał w oczy Alinie, uśmiechnął się i szepnął: „Wiesz, że zawsze będziemy razem, prawda?” — a ona, ściskając jego dłoń, skinęła głową, bo w tej chwili zrozumiała, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wyjaśnień, wystarczy, że jest.



