Ślubu nie było. Pan młody nie przyjechał po narzeczoną.
Ile dziewczynek od małego marzy o białej sukni, wianku z kwiatów, o dreszczu na skórze od słów „ogłaszam was mężem i żoną”… Kinga była jedną z nich. Dorastała jako cicha, skromna dziewczynka – marzycielska i wrażliwa. Ile razy zamykała oczy, gdy w telewizji pokazywali ślubne ceremonie, i wyobrażała sobie, że pewnego dnia i ona przejdzie ramię w ramię z ukochanym – przy dźwiękach muzyki, pod zachwyconymi spojrzeniami, z drżeniem w sercu.
Jego – Krzysztofa – poznała jeszcze na uniwersytecie. Studiowali prawo, ale w różnych grupach. On wysoki, jasnowłosy, wysportowany, z figlarnymi oczami. Ona – zgrabna, smukła, z elegancką postawą i łagodnym uśmiechem. Cały wydział mówił, że są dla siebie stworzeni. Krzysztof nie odstępował jej na krok. Odprowadzał do domu, przynosił kawę w mroźne poranki, rysował serduszka w zeszytach. Ich związek był jak z romantycznej powieści – czysty, delikatny, szczery.
Minął rok – i oświadczył się. Na obronie prac dyplomowych rodzice już się znali, wspólnie jeździli na działkę, zaprzyjaźnili się. Postanowili wziąć ślub zaraz po studiach. Wszystko szło idealnie. Kinga z koleżankami tygodniami wybierała suknię, przeglądała katalogi, biegała po salonach. Aż pewnej nocy, ujrzawszy we śnie suknię swoich marzeń – najdelikatniejsze koronki, kremowy jedwab i lekki tren – obudziła się z myślą: „To musi być moje”.
Pojechała do najbliższego salonu z przyjaciółkami. Sprzedawczyni Ola, wysłuchawszy jej opowieści, nagle się uśmiechnęła i powiedziała:
— Niedawno oddano jedną suknię, dokładnie taką, jak pani opisała. Chce pani zobaczyć?
Kinga zakochała się w niej od pierwszego wejrzenia, nawet bez przymierzania. Była jak utkana z jej snu. Tylko koleżanka szepnęła jej do ucha: „Ola mówiła, że tamta ślub się nie odbył… Może lepiej nie?” Ale Kinga nie chciała słuchać. Jeśli to los, to los. Suknię zapakowano, a ona z drżeniem czekała na wyznaczony dzień.
W przeddzień ślubu zatrzymała się w hotelu – by pobyć sama, pomyśleć. Jeszcze raz włożyła suknię, pokręciła się przed lustrem. I nagle wydało jej się, że w odbiciu ma na głowie czarną wstążkę. Przeszedł ją dreszcz, ale zignorowała to, zrzucając na nerwy.
Rankiem wszystko szło jak po maśle: makijaż, fryzura, suknia… Kinga wyglądała jak z okładki magazynu. Rodzice, wchodząc do pokoju, oniemieli z zachwytu. Pozostało tylko czekać na Krzysztofa. Minęła godzina. Potem jeszcze trzydzieści minut. Kinga już się nie uśmiechała. Przez okno zobaczyła policyjny radiowóz. Coś w jej piersi pękło. Wyszła na korytarz, ledwie trzymając się na nogach.
— Przepraszam… pani Kinga?.. — zapytał młody sierżant. — Wasz narzeczony… Krzysztof… zginął. Wypadek. Pijany kierowca wjechał na przeciwległy pas. Zmarł na miejscu.
Kinga nie płakała. Po prostu zastygła. Potem usiadła na podłodze i zakryła twarz dłońmi.
Minęły trzy dni. Stała na cmentarzu, w tej samej sukni, ale teraz z czarną wstążką we włosach. W dłoni trzymała ich wspólne zdjęcie. Położyła je w trumnie, pochyliła się, pocałowała zimne czoło ukochanego i szepnęła:
— Wybacz… gdybym wiedziała, nie puściłabym cię…
Od tamtej pory nikt nie widział jej uśmiechniętej. Jakby gasła w oczach. Żyła jak automat. Rodzice mówili, że to depresja. Lekarze – że zaburzenie adaptacyjne. Ale matka wiedziała: jej córka powoli odchodzi.
Dokładnie rok później, w dzień, który miał być ich rocznicą, serce Kingi stanęło. Lekarze napisali: „nagłe zatrzymanie krążenia we śnie”. A w jej dłoniach znaleziono to jedno ślubne zdjęcie.
Miłość była prawdziwa. Zbyt prawdziwa, by ją przeżyć.
Czy wierzycie, że miłość może być tak silna, że bez niej nie da się żyć?…



