Ślub bez pana młodego

Izabela Przybysz stała przed lustrem w białej sukni, nie mogąc uwierzyć, że wszystko potoczyło się tak właśnie. Suknia leżała idealnie mama trzy tygodnie dłubała przy każdej fałdce, każdej cekince. A teraz to cudo wisiało na niej jak całun.

Iza, gotowaś? zajrzała do pokoju ciocia Halina, przyjaciółka mamy. Goście się schodzą, auta podjechały.

Gotowa skłamała Izabela, poprawiając welon. Ciociu Haniu, może jednak odwołamy? To jakoś takie… niesłuszne…

Co ty wygadujesz, dzieciaku! załamała ręce kobieta. Twoja mamusia tyle siły włożyła, tyle złotówek wydała! I goście przyjechali, stoły suto zastawione. A ten twój Krzyś… ciocia Halina pokiwała głową. Sam sobie winien. Nie miał prawa zwiewać w ostatniej chwili!

Mama weszła do pokoju z oczami czerwonymi od płaczu, ale z miną jak ułańska szarża.

Wszystko, Izuś! Koniec marudzenia! stwierdziła stanowczo. Nie pozwolę temu głupkowi zepsuć nam święta. Wesele się odbędzie i niech cała Łódź zobaczy, jaką mam piękną córkę!

Mamo, ależ to niedorzeczność! Wesele bez pana młodego! Co ludzie powiedzą?

A niby co? mama podeszła, poprawiła Izabeli kolczyki. Powiedzą, że Barbara Nowakowska to kozak, że nie roztopiła się w łzach, tylko pokazała światu, że jej córka zasługuje na fajnego chłopa! Ot, co powiedzą!

Izabela westchnęła. Mama była w swoim żywiole gdy coś postanowiła, szanse na zmianę zdania były zerowe. Zdecydowała zaraz wczoraj wieczorem, gdy Krzyś zadzwonił i oznajmił, że nie czuje się gotów na wspólne gniazdko.

Mamo, pomyśl tylko, jaka kompromitacja! spróbowała jeszcze Izabela.

Kompromitacja to gdy dziewczyna życie marnuje na chłopa, który grzanek nie wart! A my pokażemy, że radzimy sobie bez niego! mama odwróciła się do drzwi. Koniec gadania. Idziemy!

W sali zebrało się już z czterdzieści osób. Krewni, sąsiedzi, współpracownicy mamy z pracy. Wszyscy szeptali między sobą, rzucając współczujące spojrzenia. Izabela czuła się jak w jakimś absurdalnym teatrzyku.

Oj, Izuś, jakaż ty śliczna! podbiegła kuzynka Krysia. A gdzie… no wiesz… jak się czujesz?

Jak widzisz odparła Izabela sucho.

Mama weszła na małe podwyższenie, gdzie zwykle siedziała kapela, i zastukała łyżeczką w kieliszek.

Drogie moje! zaczęła. Dzisiaj dzień wyjątkowy! Moja córka Izabela wychodzi za mąż… za swoje nowe życie! Za wolność od niegodziwców! Za prawo do szczęścia!

W sali zapadła martwa cisza. Ktoś zakaszlał dyskretnie.

Basiu, ty kompletnie odleciałaś? wyszeptała mama siostra, ciotka Alina.

Wręcz przeciwnie, pierwszy raz trzeźwo myślę! odparła mama. Izabelko, chodź tu!

Izabela niechętnie podeszła do mamy. Ta objęła ją ramieniem serdecznie.

Oto ona, moja piękność! Rozumna, dobra, złote rączki! A ten… jak mu tam… Krzyś, jej nie wart! I niech wszyscy wiedzą my nie beczymy, my świętujemy!

Mamo, skończ syknęła Izabela przez zęby.

Nie skończę! mama podniosła kieliszek. Za moją córkę! Za to, że w porę pojęła, z kim lepiej nie wiązać życia na dobre i złe!

Goście niepewnie unieśli kieliszki. Ktoś mruknął: „Za Izie”, ktoś inny poprzestał na cichym łyku.

A teraz do stołu! obwieściła mama. Czas na huczne rozgardiasz!

Izabela usiadła na swoim miejscu na czele stołu. Obok stał pusty fotel, udekorowany wstążkami miejsce pana młodego. Widok był żałośnie komiczny.

Słuchaj, może ten fotel schowamy? zaproponowała ciocia Halina.

Ani mi się waż! odcięła mama. Niech wszyscy zobaczą, kogo tu zabrakło! Niech wyciągną wnioski!

Podano sałatki. Goście jedli, milcząc jak zaklęci, ucinali tylko krótkie, nic nie znaczące wątki. Atmosfera była napięta jak gumka w ligawkach.

No co wy takie markotne? wsta
Kinga stała przed lustrem w sukni ślubnej, kompletnie oszołupiona absurdem sytuacji, podczas gdy w kuchni jej mama, Jadwiga, energicznie szurała filiżanką pod nosem milczącemu wujkowi Kazikowi.
– To absolutnie groteskowe, lecz skoro już te wszystkie zsiadłe mleko wyszły spod lady westchnęła ciocia Hanna, poprawiając Kingi fallusowy kapelusz. Pomyśl tylko, co powiedzą w całym Tychach! Ślub bez pana młodego!
– A powiedzą: chwała Jadwidze, że nie zamurzyła córki w kisielu rozpaczy! Jadwiga przygarnęła Kingę, której suknia falowała jak żagiel w zatoczce. Pokazałyśmy temu Kubie z Krakowa! Masz facjata jak z obrazka, kredens aż się ugina od pierogów, a ci Bogdanowie z parteru przynieśli dwa blachy sernika! Chodź, królewno!
W salonie, gdzie zgromadziła się połowa osiedla Ludźmierz Plus, panowała atmosfera bardziej przypominającą pogrzeb szwagrostwa niż wesele. Goście żuli kiełbasę z ogórkiem w ciszy, zerkały na pusty fotel pana młodego, przybrany wstążkami i pojedynczym goździkiem.
– Kuba zadzwonił? szepnęła do ucha koleżanka z pracy, Basia.
– Trzykrotnie przyznała Kinga, nim nabrała powietrza, wstała i stuknęła nożem w kieliszek do kompotu. Słuchajcie! Może i Kuba wpadł na genialny pomysł, że nie jest gotów… Ale wiecie co? Ja jestem gotowa! Gotowa na życie bez tych wszystkich męskich „jeszcze nie teraz” i „muszę przemyśleć”! Mam robotę w Poznaniu, mieszkanie po babci, a jego trzy psie budy mogą sobie wsadzić między pokrzywy!
Rozrzewniona ciocia Halinka wybuchnęła:
– Jak to dobrze powiedziałaś, dziecko! Mój Heniek też myślał, że jak wyjdzie po karmę dla kota, to ja się rozpuszczę na dywanie! A ja się rozpuściłam… ale tylko na karnawale w Sochaczewie! Teraz do tanga nie potrzebuję nawet listonosza, tańczę sama!
Rozmowa potoczyła się jak Wisłoka po ulewie. Pani Zosia spod piątki wyznała, jak rozwiodła się ukradkiem i wyniosła meble przez okno, gdy były małżonek łowił ryby. Głos zabrała nawet ciotka Maryla z Kotliny Kłodzkiej, wspominając, jak zdobyła patent pilota wycieczek w wieku lat „niepytaj”.
– Wystarczy tego męskiego gderania! Jadwiga uderzyłą w guzik starego magnetofonu Polmozbyt, z którego wytrysnęła „Jolka, Jolka pamiętasz?” Czas na fanaberie! Chodźcie!
Podrygiwali wszyscy: Kinga w swej białej szacie, która teraz nadawała się bardziej na dancing w Sopocie niż przed ołtarz, ciocie w kimonach, sąsiad Wiesiek z psem na smyczy ku uciesze dzieci. Nawet ponury wujek Kazik pozwolił sobie na ruch biodrami przy refrenie.
– To może ustanowimy coroczną fetę? zawołała farmaceutka Renata, podrygując energetycznie. Nazwijmy to „Balem Bez Bukietu” albo „Zlotem Samowystarczalnych Hosteś”?
Gdy w końcu po północy goście się rozchodzili, całując Kingę w oba policzki („Trzymaj się, złotko!”, „To on jest frajerka, nie ty!”), a wujek Kazek wręczył jej paczkę kruchego palonego ze słowami: „Kuba aż tak cię nie wart, dziewczynko”, Kinga usiadła w końcu przy kuchennym stole, oblizując lukier z kawałka karpatki.
– No i co, Królewno? mruknęła Jadwiga, nalewając herbatę. Żałujesz naszej szalonej „weselnicy”?
Kinga spojrzała na pusty fotel młodzieńca, gdzie teraz drzemał kot Filemon.
– Wiadomo co, mamo? Żadnego żalu. To był najlepszy „ślub” pod słońcem. Jutro zakładam suknię do tektury… na wypadek jeśli kiedyś zechcę być księżniczką na własną prośbę, bez książęcia.
Przed powrotem do pokoju przestawiła fotel pana młodego pod ścianę, robiąc miejsce dla krzesełka Filemona.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × trzy =

Ślub bez pana młodego