Słońce po deszczu…

Słońce po deszczu…

Kasia, wpadnij do mnie. Byłam w spiżarni, nazbierałam dla was trochę ziemniaków.

Katarzyna skierowała się w stronę podwórka sąsiadki.

Ojej, dziękuję, ciociu Marianno! Na pewno się odwdzięczę.

A czymże się odwdzięczysz, moja droga? Ojej, biedactwo. „Odwdzięczy się”. Trzeba było wcześniej myśleć, zanim dzieci rodziłaś. Piotrek nigdy nie był porządnym facetem.

Kasia przełknęła gorzkie słowa, bo wiedziała, że do wypłaty jeszcze tydzień, a na samym mleku długo nie pociągnie. No dobrze, ona by sobie poradziła, ale w domu czekała na nią trójka maluchów. Piotrek, o którym sąsiadka tak pogardliwie mówiła, był jej mężem a raczej byłym, bo w zeszłym roku odkrył, że państwo nie da im ani samochodu, ani mieszkania za trójkę dzieci, więc spakował manatki i oświadczył, że w takiej nędzy żyć nie zamierza. Kasia akurat wtedy zmywała naczynia i aż upuściła talerz.

Piotr, co ty mówisz? Jesteś mężczyzną! Znajdź porządną pracę, gdzie dobrze płacą, i nie będzie żadnej nędzy. To twoje dzieci! Zawsze mówiłeś, że chcesz dużej rodziny!

Chciałem, ale nie wiedziałem, że państwo ma w nosie wielodzietne rodziny. A pracować na próżno? Nie widzę sensu odparł Piotr.

Kasia opuściła ręce.

Piotr, a co z nami? Jak ja sobie sama z nimi poradzę?

Kasia, no nie wiem. A tak w ogóle, to czemuś nie uparła się, że jeden wystarczy? Jako kobieta powinnaś była to przewidzieć.

Nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo Piotr wypadł z domu i prawie biegiem pognał do przystanku. Łzy zakręciły się jej w oczach, ale wtedy zobaczyła trzy pary dziecięcych oczu wpatrzonych w nią. Szymon był najstarszy, w tym roku szedł do szkoły. Michał miał pięć lat, a ich mała gwiazdeczka, Róża, skończyła właśnie dwa latka. Kasia przełknęła ślinę, uśmiechnęła się.

No to kto jest za naleśnikami?

Dzieci z piskiem wyraziły entuzjazm. Tylko Szymon wieczorem zapytał cicho:

Mamo, a tata już nie wróci?

Kasia próbowała wymyślić odpowiedź, ale w końcu tylko westchnęła:

Nie, synku…

Chłopiec przez chwilę pochlipywał, a potem powiedział stanowczo:

No to trudno. Bez niego sobie poradzimy. Ja ci pomogę.

Gdy Kasia wracała z wieczornego dojenia, wiedziała, że maluchy są już nakarmione i w łóżkach. I w ogóle dziwiła się, jak szybko jej syn dorósł.

***

Podziękowawszy za ziemniaki, ruszyła w stronę domu. *Boże, kiedy wreszcie zrobi się cieplej? Jakaś nienormalna zima w tym roku.* Ziemniaków starczyłoby, ale kilka dni temu mróz był tak ostry, że nawet w piwnicach wiele osób je straciło. Wiejskie kobiety współczuły im, choć przy okazji przypominały, jaka z niej głupia. No ale niby dlaczego głupia? Teraz nie wyobrażała sobie życia bez któregoś z dzieci. Choć było ciężko, dawali radę. Nowe ubrania, zabawki marzyli, ale nie prosili. Wiedzieli, że mama kupi, jak tylko będzie mogła. W tym roku z Szymonem nawet zaplanowali budowę dużej szklarni na razie z folii, ale przeliczyli już, ile słoików ogórków i pomidorów więcej uda się przygotować na zimę. Kasia przemieszała wiadro do drugiej ręki i nagle dostrzegła tłum. No, jak tłum na wiejskie warunki już trzy osoby to tłum. Skierowała się tam, bo ów tłum stał pod jej płotem. Zanim podeszła, usłyszała:

Ogromny, pewnie myśliwski.

Może dzik go podrapał. Nie, nie ma szans.

Kasia spojrzała tam, gdzie patrzyli ludzie, i aż krzyknęła.

No co wy stoicie?! Trzeba mu pomóc!

Sąsiedzi odwrócili się do niej. Jeden mruknął:

Kasia, no co ty. Widzisz te kły? Kto się do niego zbliży? I tak mu już nie pomożesz.

Jak to nie pomożesz? Przyszedł do ludzi po pomoc!

Na śniegu leżał pies może myśliwski, może nie. Kasia się na tym nie znała, ale widziała, że ma poważnie poraniony bok. Zwierz był ogromny, ale Kasia wcale się go nie bała. Widziała tylko ból w jego oczach! Ludzie się pośmiali i rozeszli. Nikomu nie chciało się kłopotów.

Kasia ostrożnie pogłaskała psa między uszami.

Wytrzymaj jeszcze chwilę. Zaraz przyniosę koc, przeniesiemy cię i spróbujemy dotrzeć do domu.

Za nią rozległ się szelest.

Mamo, przyniosłem koc. I jeszcze drzwiczki od starej lodówki mogą posłużyć za nosze.

Kasia odwróciła się gwałtownie. Obok stał Szymon, w jego oczach błyszczały łzy. Widział, jak bardzo psu jest źle. Pies zacisnął zęby na kocu i cicho zajęczał. Zamilkł, gdy Kasia przemywała ranę. Jeśli psy tracą przytomność, to teraz właśnie to się stało. Młodsze dzieci śledziły sytuację z kanapy, szeroko otwartymi oczami.

Mamo, on przeżyje?

Szymon głaskał psa po głowie, aż ten w końcu otworzył zamglone oczy.

Musi przeżyć. Będziemy się nim opiekować.

Następnego dnia, gdy Kasia przyszła do obory, otoczyły ją dojarki.

Kasia, co ty masz w głowie? Po co ci wielki, obcy pies w domu, i to jeszcze z dziećmi?

No właśnie. Jakbyś nie miała i tak pełnej gęby roboty, a tu jeszcze taki ciężar. I po co? I tak zdechnie, a jak nie, to jeszcze kogoś zagryzie.

Kasia nawet podniosła głos:

Nie rozumiem, wy macie swoje problemy, czy tylko moimi się interesujecie? Zosia, wczoraj Krysia mówiła, że wytarga cię za włosy, bo ktoś jej doniósł, że twój chłop pod twoje okna zachodzi. A ty, Maryśka, lepiej u siebie ogarnij, zamiast w moje sprawy się wtrącać. Twój Jasiek znowu wczoraj pił piwo za sklepem, a ma ledwie czternaście lat.

Baby nagle zamilkły, a nawet cofnęły się, bo Kasia nigdy wcześniej nie pozwalała sobie na taką szczerość. A Kasia poszła dalej pracować. *Trzeba jeszcze nie zapomnieć wziąć mleka. Może Burek choć trochę wypije.*

Burkem psa nazwał Szymon. Nie odstępował go na krok przynosił wodę, poprawiał mu głowę, podk

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × cztery =

Słońce po deszczu…