Cudze Szczęście
Zofia grzebała w swoim ogródku, choć wiosna tego roku była wyjątkowo wczesna pod koniec marca cały śnieg już znikł. Wiedziała, że chłody jeszcze wrócą, lecz póki słońce przyjemnie grzało, postanowiła wyjść i zrobić coś pożytecznego: podeprzeć chwiejący się płot, naprawić drewutnię.
Myślała, że wkrótce warto by zaopatrzyć się w kilka kur, świnkę, a może także psa i kota. Już wystarczy, pomyślała z uśmiechem, napracowałam się w tym życiu. Ale jednak korciło ją, żeby szybko spulchnić ziemię, zająć się grządkami, poczuć zapach rodzinnej gleby. Tak jak dawniej, kiedy biegała boso po świeżo przekopanym ogródku, czując wilgotną, ciepłą ziemię pod stopami.
Pożyjemy jeszcze rzuciła do nie wiadomo kogo, patrząc na dom.
Dzień dobry!
Zofia aż podskoczyła. Przy furtce stała dziewczyna, nastolatka, niemal jeszcze dziecko. W cienkim, szarym prochowcu Zofia znała te płaszcze z miejscowego technikum lichych butach i cielistych rajstopach. Zbyt wcześnie na taki strój, pomyślała, przemarznie. Buty papierowe, podeszwa jak karton, marne obuwie, tylko zanotowała dla siebie.
Dziewczyna przestępowała z nogi na nogę.
Dzień dobry odpowiedziała Zofia chłodno.
Przepraszam… czy mogłabym skorzystać u pani z toalety?
O proszę, no to idź. Prosto, potem za róg.
Zofia z zainteresowaniem patrzyła na uciekającą dziewczynę.
Dziękuję, uratowała mi pani życie. Szukam pokoju do wynajęcia. Nie ma pani może jakiegoś?
Nie planowałam, a po co ci?
Chciałam się wyprowadzić z akademika, tam piją, palą. Chłopaki plątają się wszędzie.
Tak? A ile chciałabyś płacić?
Pięć złotych… więcej nie mam.
No chodź, wejdź do domu.
Ojej, czy mogę jeszcze do toalety?
Idź.
Jak ci na imię? zapytała Zofia, wprowadzając dziewczynę.
Basia pisnęła jak myszka. Basia? No dobrze… Więc po co przyszłaś, Basiu? Zofia przyglądała się jej uważnie.
Ja chciałam pokój…
Nie zmyślaj mi, Basiu. Po co przyszłaś naprawdę?
Przepraszam… mogę do toalety jeszcze raz?
Co z tobą dziewczyno?
Nie wiem, nie mam siły już wytrzymać odpowiedziała przez łzy dziewczyna.
No leć.
Zofia ruszyła za nią.
Sikać latasz tyle razy? Czy może…?
Nie, tylko siusiu, wszystko mnie piecze… Zaraz pogadamy, a teraz powiedz, po co przyszłaś.
Cisza, dziewczyna zbierała w sobie odwagę.
Słucham. Jeśli chcesz coś ukraść, nie znajdziesz tu nic wartościowego. Kto cię przysłał?
Nikt, przyszłam sama. Czy pani Zofia Nowak?
To ja… No tak…
Nie poznajesz mnie… mamo? Jestem ja, Basia… twoja córka.
Zofia siedziała wyprostowana, na jej zmęczonej twarzy nie drgnął żaden mięsień.
Basia… wyszeptała kobieta. Córeczko…
Tak, mamusiu… To ja… W domu dziecka nie chcieli mi podać twojego adresu, wyobrażasz sobie? Powiedzieli, że nie można. Namówiłam nauczycielkę, panią Jadwigę, bardzo dobrą osobę pomogła mi, wystąpiła o dane i tak dowiedziałyśmy się, kim jesteś, a potem znalazłyśmy adres… I jestem.
Zofia trwała nieruchomo, łzy spływały jej po policzkach.
Basieńko, córciu…
Mamuniu! zakrzyknęła dziewczynka, zrywając się i rzucając Zofii na szyję. Jak długo Cię szukałam. Pisałam listy, a oni się śmiali i mówili, że mnie porzuciłaś, oddałaś jak rzecz. Ale ja wierzyłam, mamusiu, wierzyłam…
Zofia nieśmiało objęła płaczącą dziewczynę. Jej spracowane, zgrubiałe dłonie tuliły Basię, córę, córeczkę…
Siedziały tak w uścisku, nie chciały mówić wszystko było jasne bez słów.
Potem dopiero Zofia, pamiętając to, czego babcia ją uczyła, krzątała się: wodę grzała, koper parzyła, córę naparzała i poiła. Basieńka, sens życia. Jest dla kogo być, jest dla kogo żyć… Bóg się zlitował, nie wszystko stracone.
Ogródek, świnka, trzeba płaszczyk poprawić. Oszczędności jakieś jeszcze są. Myślała, żeby już umierać, a tu córeczka Basia…
***
Mamusiu…
Tak, córeczko?
Mamuniu…
No mów, powiedz.
Basieńka wzięła z talerza pieroga, którego mama ugotowała. Policzki już zrobiły się jej okrągłe, mama ubrała córkę elegancko, aż sama jakby młodniała.
Mamuniu…
Co tam, córeczko? Zofia spojrzała badawczo.
Mamo, zakochałam się.
O!
Tak. Mamo, on taki cudowny. Nazywa się Kacper, chciałby cię poznać…
Nie wiem… myśli Zofia, że radosne dni już się kończą, Bóg dał, Bóg zabiera.
Mamusiu, co z tobą?
Nic, córuś, nic. Tak szybko dorosłaś. Nie nacieszyłam się tobą, nie zdążyłam… wybacz.
Mamo, nawet tak nie mów. Przecież wiesz, że cię kocham… Ja i Kacperek jeszcze wnuki ci damy jesteś dla mnie wszystkim, mamuniu.
Poznanie z Kacprem przebiegło świetnie. Chłopak ze wsi, zaradny, rozsądny, Zofii przypadł do gustu. Pomyślała: za takiego można córkę wydać.
Czasy były trudne niektórzy nie mieli co jeść, a inni lepiej karmili psy niż ludzi.
Zofia, Basia i Kacper nie biedowali. Zofia dobrze szyła choć zamknęli zakład, przeszła do spółdzielni i zarabiała nieźle. Córka w markowe szaty, zięć porządnie ubrany.
Kacper nie próżnował płot nowy postawił, dolne belki w domu z braćmi wymienili, saunę poprawili, świnkę przyjęli pod dach. Dom rozśpiewał się jeszcze bardziej niż gdy Basia się odnalazła.
Serce Zofii rozmarzło i ogrzało się na nowo. Żyć się chciało ze zdwojoną siłą, za wszystkie zmarnowane lata, za to, co próbowała zapomnieć. Tylko czasem w nocy wspomnienia napływały, tak że jęk z siebie wydać musiała.
Mamuniu, boli coś?
Nie, córuś. Śpij dobrze, skarbie.
Mamo, mogę się do ciebie przytulić?
Oczywiście Zofia przesunęła się do ściany, robiąc miejsce dla córki.
Moja mała dziewczynka… Serce pęka z miłości. Tak wielka jest macierzyńska miłość dzięki Ci, Boże, że pozwoliłeś to poznać.
Wesele było piękne. Młodzi zostali u Zofii, ta rozkwitła jak mak. Nawet w pracy zauważyli, że zawsze poważna Zofia Nowak uśmiecha się coraz częściej.
Wnuczka albo wnuczek się szykuje wyszeptała koleżankom na przerwie. Aż się denerwuję.
Szczęśliwa ta Zofia! wzdychały.
Wnuczek się urodził Jaś! Po babci nazwali, matce Zofii, Antoninie, kobiecie surowej, ale sprawiedliwej. Przystojniak! cieszyła się Zofia. Nigdy niemowlęcia nie trzymałam na rękach… to znaczy od Baśki tyle lat nie minęło…
Teraz tylko Jaś był jej myślą. Najpiękniejszy, najwspanialszy. Wnuczek kochał babcię, nie odstępował jej na krok.
Kacper zbudował nowy dom, wielki, z miejscem dla Zofii. Bez mamy ani rusz!
Młodzi dobrze sobie radzili firmę budowlaną z braćmi założyli, sklep z materiałami otworzyli, rodzina żyła spokojnie.
Wkrótce kolejna radosna nowina dziewczynka się pojawi. Zofia poszyła wnuczce Marcie stroje i fatałaszki wszelakie miała piękną wnuczkę!
Dziecięcy śmiech nie cichł w domu.
Wszystko układało się dobrze, lecz coraz częściej coś ją piekło w piersi, mocniej i mocniej.
Mamo, co ci, mamo…? Gdzie boli?
Wszystko dobrze, córuś, naprawdę…
***
…Za późno. Jesteśmy bezradni.
Panie doktorze! To niemożliwe, przecież to moja mama…
Przykro mi, naprawdę…
***
Córuś, Basieńko… czas już na mnie. Przepraszam, już za długo tu jestem. Dawno już mnie skreślili, a ty mnie uratowałaś, wtedy przyszłaś… kochanie moje…
Mamo, proszę, nie mów tak…
Chcę, Basiu, powiedzieć… ciężko… nie przerywaj, skarbie. Ja nie jestem twoją mamą, Basia. Przepraszam…
Mamo! Nigdy, rozumiesz, nigdy tak nie mów, nawet do nikogo! Jesteś moją mamą! Nie chcę słyszeć inaczej!
Tak, tak… Córuś… tam, w tej szufladzie jest mój zeszyt, pamiętnik… Wybacz mi, Basieńko. Kocham cię, dziecko…
I ja ciebie, mamusiu… Mamo… Mamo…
***
Basia, zjadłabyś coś…
Zaraz, Kacper… Ty idź.
Basia została w pokoju mamy, czytała jej zeszyt. Tam była cała Zofia życie, prawda i gorycz, śmiech i łzy. Surowa matka, Antonina Karwowska, ojciec na wojnie zginął.
Zosieńka, Zofia, Zosieńka-Kwiatuszek.
Zakochała się w złodzieju, młode lata, niepokorność, przygoda, młodość. Z nim uciekła…
Zatonęła w tym świecie, lata szybko przeleciały, a potem nagle starość. Przeleciało życie jak ważka.
Złodziej przepadł w więzieniach, nikogo nie było wokół…
Z dzieckiem mogła zostać, lecz przeziębiła je ciężko kiedy pomagała ukochanemu w ucieczce młodość, głupota.
Wszystkiego się wyrzekła, została sama dom po matce, więc zamieszkała, trochę odtajała.
Lekarze kazali czekać albo śmierć, albo cud. Poszła do kościoła, modliła się o wybaczenie, było ciężko…
I przysłał Bóg nieoczekiwaną radość, Basieńkę. Nie chciała stracić szansy. Myślała, że choć chwilkę pobędzie matką…
Córko, Basieńko, światło mojego życia. Nie sądziłam, że dożyję tylu szczęśliwych dni pisała o sobie w trzeciej osobie szczęście, zwykłe ludzkie życie.
Jest córeczka, jest miłość, nawet choroba ustąpiła.
Przepraszam, że cię prosiłam o miłość, że skradłam cię twojej prawdziwej mamie. Takie moje cudze szczęście…
Mamusiu… szlochała Basia. Moja kochana mamusiu. Mam nadzieję, że mnie słyszysz.
Ja wiedziałam, prawie od początku. Gdy u ciebie zamieszkałam, okazało się, że fikcyjne dane były podane w papierach, Zofia była inna znalazłam ją, z ciekawości.
Ona sama mnie oddała, wyszła za mąż, przeszkadzałam jej. Bała się mnie, dawała mi pieniądze, od nich uciekłam. Potem poważnie zachorowałam gorączka, pamiętasz mamusiu? Ty mnie wtedy ratowałaś.
Dziękuję Bogu, że nas połączył. Tak długo cię szukałam. Ty jesteś moją mamą, tak miało być. Może to nie była pomyłka tam wysoko wiedzą, co komu przysłać.
Jak żyć bez ciebie, mamo…
Basia, Basieńka…
Kacprze, pozwól jej, niech popłacze, matkę pochowała, zostaw…
***
Babciu, a czy babcia Zosia była dobra?
Bardzo, kochanie.
A była ładna?
Najpiękniejsza, Aniu.
Kto ją tak nazwał?
Nie wiem, może jej tata albo mama.
Twój dziadek czy babcia tak ją nazwali?
Tak, mój dziadek czy moja babcia.
A ja jestem nazwana po prababci? Po twojej mamie?
Tak, ja i twój tata, bardzo kochał swoją babcię.
A ona mnie widzi?
Oczywiście, widzi i zawsze ci będzie pomagać.
Kocham cię, prababciu Zosiu dziewczynka kładzie na mogile wianek z mleczy.
I ja ciebie, kochana szumi brzózka i my cię kochamy podchwytuje wiatr…
Bo w życiu ważne jest nie to, skąd jesteśmy, lecz kogo nosimy w sercu i jaką miłość dajemy innym. Szczęście łatwo pomylić z tym, co nie nasze, lecz prawdziwe przychodzi wtedy, gdy umiemy kochać naprawdę.



