*Dziennik osobisty*
Przyjechałem do wsi na wakacje, żeby odpocząć od miejskiego zgiełku i odetchnąć świeżym powietrzem. Tym razem jednak w moim plecaku oprócz ubrań znalazło się coś niezwykłego – wykrywacz metalu. Dziadek Józef od razu zauważył moje dziwne zachowanie i, obserwując mnie podejrzliwie, w końcu nie wytrzymał:
— Co ty tam kombinujesz, Wojtku? Wędy na ryby zapomniałeś?
— Dziadku, to nie wędka. To wykrywacz metalu, prawie profesjonalny. Czytałem w internecie, że podobno tu w okolicy ukryto kiedyś złoto. Chcę spróbować je znaleźć.
Staruszek uśmiechnął się, zamyślił się na chwilę i powiedział wolno:
— Oj, słyszałem tę historię jeszcze od mojego ojca… I wiesz co? Chyba nawet wiem, gdzie to złoto może być. Szkoda tylko, że teraz na tym miejscu stoi dom.
Podskoczyłem z ekscytacji:
— To może uda się jakoś wejść na tę posesję?
Dziadek wzruszył ramionami i mrugnął porozumiewawczo:
— Może bym coś wykombinował, ale i tak nie dadzą ci tam kopać. Nawet jeśli coś znajdziesz, wszystko zgodnie z prawem będzie należało do nich. Dom jest ich własnością. Ale… jest inny sposób.
Zmrużyłem oczy:
— Jaki inny sposób?
— W tym domu mieszka teraz dziewczyna, córka gospodarzy. Przyjechała na wakacje z miasta. Mądra, sympatyczna… skromna, nie rozpuszczona. Prawdziwy skarb.
— Dziadku, znowu swoje! Nie przyjechałem tu za dziewczynami, tylko za skarbem.
— A kto mówi, że nie za skarbem? — roześmiał się dziadek. — Tylko pamiętaj, że skarb dla każdego wygląda inaczej. Jeśli się z nią zaprzyjaźnisz i opowiesz o swoim pomyśle, może uda ci się przekonać rodziców, żeby pozwolili ci pochodzić z wykrywaczem. A jeśli znajdziesz złoto, może cię nawet wciągną w udziały.
Zawahałem się, ale iskra nadziei nie zgasła:
— Jesteś pewien, że złoto tam jest?
— Pewien jak swojej przeszłości. Mój ojciec opowiadał mi, że sto lat temu, gdy szalała rewolucja, pewien urzędnik uciekając, zakopał tu majątek. Przepadł bez śladu, a potem postawiono dom – i koniec historii.
— I przez całe życie wiedziałeś, ale nie szukałeś?
— A jak miałem szukać? Łopatą całe pole przekopać? Nie miałem takiego sprzętu jak ty. Ale teraz… przyjechałeś.
— No dobrze. Tylko jak mam do niej zagadać?
— To już nie do mnie pytanie, tylko do losu. Chodźmy tak, niby przypadkiem. Ja zacznę rozmowę o mszycach – spojrzyj tylko, jak obgryzły jabłonie. A ty się przedstawisz, poznacie się. No, bądź mężczyzną!
Po krótkim wahaniu zgodziłem się. Dziesięć minut później staliśmy przy furtce starego domu. Dziadek zagaił rozmowę z gospodarzem, a ja spotkałem wzrok dziewczyny, która wyszła na podwórze. Kinga. Ciemne włosy, brązowe oczy i uśmiech, który od razu rozproszył moje wątpliwości.
Rozmawialiśmy. Potem poszliśmy razem nad jezioro, a później poprosiła mnie, żebym pomógł jej przy nowej altanie pod winorośle. Wykrywacz metalu leżał zapomniany w kartonie. Każdego wieczora wracałem do dziadka tylko po to, żeby się przespać. Nie wspominałem o złocie ani o urządzeniu. Skarby stały się nieistotne.
Po tygodniu szykowałem się do wyjazdu. Dziadek siedział na ławce, pykając fajkę, i uśmiechał się pod nosem:
— No i co, znalazłeś swój skarb?
Spojrzałem w niebo, gdzie gromadziły się wieczorne chmury, i odpowiedziałem z uśmiechem:
— Znalazłem, dziadku. Tylko nie ten, którego szukałem.
— A nie mówiłem… Prawdziwe złoto nie leży w ziemi. Ono kryje się w ludziach.
Wykrywacz metalu został w stodole, przykryty starą derką. A Kinga – w moim sercu.



